38

Microsoft nudny jak grzybobranie na asfalcie. Ale jest nadzieja

Najpierw Wam udowodnię, że Microsoft zrobił kilka fajnych rzeczy. Potem Wam pokażę, że odrobinę zbastował. Może i dopada mnie boomerska przypadłość gloryfikowania przeszłych czasów, bo teraz czasów nie ma i "nowe" po prostu śmierdzi. Mam jednak wrażenie, że Microsoft jak na razie głównie trzepie niesamowite pieniądze. Opadł natomiast z sił w pokazywaniu, że jest po prostu "fajny". Kiedyś mu się udawało. Możliwe, że za chwilę znowu się będzie "działo".

Wiem, obrazicie się za to, że śmiem nazywać jakąkolwiek korporację „fajną”. Korporacje fajne nie są, są nastawione na to, by zarabiać pieniądze – tyle, koniec bajki. Potraktujmy „fajność” jako skrót myślowy, zjawisko. Coś, co oznacza że firma robi atrakcyjne, ciekawe rzeczy. Jej produkty zyskują szerokie uznanie i specyficzną uwagę. Dlaczego specyficzną? Bo o ile zgodziliśmy się przed chwilą, że tak naprawdę żadna korporacja nie jest fajna, to jednak technologie wywołują ogromne emocje. Gdyby tego nie robiły, to byście nie czytali Antyweba. Proste jak jazda automatem.

Fajny Microsoft. Rzeczy, które „urywały klejnoty”

Nie wspomnę o Windows Phone / Windows 10 Mobile, bo mi tego projektu szkoda. Microsoft go ostatecznie zepsuł, nie dał rady z Lumiami. Projekt Windows 10 coraz mniej mi się podoba. Da się z niego korzystać, nie wyrzuciłem jeszcze komputera z tym systemem przez okno. Niby jest w porządku, ale czuję coraz większe zmęczenie okienkami. Trawa w środowisku Apple’a wydaje się być coraz bardziej zielona, ale może to po prostu złudzenie?

Choć z Linuksem (dystrybucjami różnymi) ostatecznie się nie pokochaliśmy, to na pewno się lubimy. Nie jestem po prostu stworzony do pracy w takim środowisku, ale kłaniam się nisko przed wszystkimi fanami pingwinka. Microsoft swego czasu elektryzował świat technologiami czymś, co na przykład dwie dekady temu wydawałoby się niemożliwe. Kiedyś widział w Linuksie coś zdecydowanie gorszego, projekt uznawał za „śmieszny”. Sporo się zmieniło i Microsoft generalnie lubi się z Linuksem na tyle, że zrobił wokół niego kilka ciekawych projektów.

Sprawdź również: 5 rzeczy, które możesz zrobić z Gmail, a o których nie wiedziałeś

Microsoft Edge na Linuksa. W dalszym ciągu w wersji testowej, ale jednak. Wariant Insider Preview, który służy gigantowi do zbierania danych potrzebnych do stworzenia lepiej działającego oprogramowania jest dostępny dla osób, które popylają na pingwinku. Od ogłoszenia wejścia Edge’a w świat Linuksa w formie testów minęło co prawda dwa lata i w dalszym ciągu nie doczekujemy się wersji dostępnej dla szerokiej publiczności, ale… to i tak dużo. Microsoft Edge dopiero po latach stał się tym, czym powinien być od samego początku. Szybką, lekką, po prostu dobrą przeglądarką dostępną na wszystkich platformach. Spójrzcie, ile platform obsługuje się w ramach programu Insider Preview:

Windows Subsystem for Linux. Nie ma problemu z tym, żeby wejść sobie do Sklepu Windows i zainstalować sobie Ubuntu i operować na nim w przygotowanym sandboksie. Mało tego, w pliki systemu plików Ubuntu można sobie zajrzeć w Eksploratorze Windows, obecnie już bez ryzyka popsucia czegoś. Jak to działa? Całkiem nieźle, ale trzeba pamiętać, że czym wyższa jest wydajność maszyny, na której w taki sposób stawiamy Ubuntu, tym lepiej wszystko będzie hulać.

Urządzenia Surface. Microsoft najpierw był wyśmiewany za te komputery, potem wypracował wokół nich solidny szacunek. Szokował wręcz rynek innowacyjnymi urządzeniami. Surface Studio? Nikt nie spodziewał się takiego sprzętu od Microsoftu, serio. Pamiętam konferencję, na której prezentowano kolejne maszyny giganta i był po prostu wielką niespodzianką. Nie pamiętam dobrze, jaka była moja reakcja, ale na pewno przekląłem. Z wrażenia. Chłopaki z redakcji byli podobnie zaskoczeni jak ja. Wyglądało to tak, że w Redmond pozbyto się już kompleksów w stosunku do Apple i stworzono portfolio mogące swobodnie konkurować z maszynami do pracy projektowanymi w Cupertino. Miałem w rękach kilka komputerów Surface i zawsze po cichu liczyłem, że kurier zapomni i nie zabierze go ode mnie. Nigdy nie dorobiłem się takiego, bo w trakcie wyboru komputera trudno było mi bez żalu dopłacić minimum 2 tysiące. Bywa.

Microsoftu mariaż z Androidem. Ostatnie miesiące życia projektu Windows 10 Mobile upłynęły pod znakiem polityki „eksternalizacji” Microsoftu. Produkty software’owe skierowane do klienta biznesowego oraz zwykłego konsumenta zaczęły masowo lądować na Androidzie i nie tylko, bo wiele programów giganta zyskał także iOS. Korzystacie z Outlooka na systemie od Apple i Google? Z Office’a? Z możliwości „dogadania” smartfonów z iOS i Androidem z komputerem z Windows na pokładzie? (tutaj już pewnie mniej licznie) Gigant zrobił sporo, aby zapełnić mobilną lukę w swoich szeregach i wykorzystał do tego zdobycze konkurentów. Linia Surface doczekała się także Neo oraz Duo. To był niesamowity punkt historii Microsoftu. Niekoniecznie udany biznesowo.

Microsoft

Ogółem, zmieniła się w pewnym momencie komunikacja samego Microsoftu. Zaczął pokazywać się od innowacyjnej, zorientowanej na społeczność strony. Program Windows Insider zyskał mnóstwo fanów / testerów, ale ostatecznie okazało się, że Windows 10 niekoniecznie na nim zyskuje. Dlaczego? Bo wersje w kanałach testowych były często sprawdzane na maszynach wirtualnych, gdzie nie dało się zweryfikować zgodności OS-u z różnymi typami komponentów. Windows jest zbudowany bowiem tak, żeby móc działać na każdej konfiguracji – ale czasami coś dzieje się nie tak jak trzeba i niektóre moduły komputera powodują problemy po aktualizacjach Windows 10.

Konferencje Microsoftu, do których zasiadaliśmy z kolegami z redakcji po prostu porywały. Od momentu pojawienia się (nieoczekiwanie, zaznaczam) Surface Studio, właściwie bez szemrania ogrywaliśmy kolejne live’y z Redmond, bo oczekiwaliśmy kolejnego „wow!”. Google w owym czasie również trochę się rozbrykał, pokazywał świetne telefony Pixel, urządzenia z linii Home (dzisiaj Nest). Działo się naprawdę sporo.

A dzisiaj? Nuda. Microsoftowi znudziło się bycie „fajnym”?

Spójrzmy na Microsoft od ostatniego roku. Gigant odrobinę przygasł i nie dzieje się nic szczególnie ciekawego. Efekt koronawirusa? Ejże, konkurenci dalej robią swoje, albo… zwijają się z rynku smartfonowego (farewell, LG…). Pandemia nie jest równoznaczna z pojawieniem się przedłużonego „okresu ogórkowego” w technologiach. Udowodniono wiele razy, że w jej trakcie również można gruchnąć czymś mocnym. Zaskoczyć. Zadziwić. Ale to nawet nie o rok chodzi, a właściwie czas nawet odrobinę dłuższy. Co ciekawego działo się ostatnio w Microsofcie?

Porażka Mixera została dostrzeżona przez rynek. Jak wspominał Grzegorz, nie da się kupić społeczności. Microsoft wpakował mnóstwo pieniędzy w najlepszych twórców – streamerów, by przeszli oni do Mixera. I przeszli. Ale ludzie za nimi – nie. Wzrosty rzecz jasna zanotowano, ale nijak Microsoft nie może mierzyć się z Twitchem. Mixer to platforma dużo mniejsza i po prostu mniej oblegana przez wielbicieli streamerów. na tym interesie zarobili głównie ci streamerzy, którzy zrobili „deala” z gigantem.

Windows 10X pogrzebany. Z jednej strony, na pałąk komu „mały” Windows, skoro ludzie potrzebują po prostu uniwersalnego kombajnu do tańca i do różańca. Wybrakowany system nie jest nikomu potrzebny – jest zapchajdziurą, która – zaprezentowana wraz z Neo – po prostu nie przeszła pozytywnej weryfikacji nawet wewnątrz giganta. Uznano zapewne, że rozwój „odnogi” Windows jest kosztem, a ten się po prostu nie zwróci. Nadella jest jeszcze lepszym księgowym niż Ballmer, więc projekt Windows 10X zwyczajnie był łatwym celem do odstrzału.

Kupno Bethesdy. Szczerze? Ludzie nie byli zadowoleni z tego kroku Microsoftu twierdząc, że ten sztucznie chce pompować istotność projektu Xbox. I o to przecież chodzi, by jego platforma miała jak najwięcej exclusive’ów. Gracze spoglądają na takie rzeczy i zasadniczo, widać że kolejna generacja konsol będzie prawdopodobnie drugą z rzędu, w której Microsoft ustępuje Sony. Ale umówmy się, to nic nie znaczy. Gigant może dopłacać do samych urządzeń, ale ostatecznie przecież zarobi na usługach wokół Xboksa.

W maju natomiast Microsoft zaliczył kolejną wpadkę polegającą na „znikaniu” plików. Konta konsumenckie oraz biznesowe, które trzymały swoje pliki w OneDrive / Teams, zaczęły skarżyć się na znikanie plików. Sprawa oczywiście została wyjaśniona, błąd naprawiony – jednak media technologiczne podłapały temat, a Microsoft od co po niektórych otrzymał cięgi. To nie tak, że innym się to nie zdarza. Uznano, że Microsoftowi zwyczajnie to nie wypada. Czy słusznie? A, tego już osądzać nie powinienem.

Gdzie ten Fluent Design? Jak napisał Krzysiek Rojek – po czterech latach dalej go nie ma. I choć wiemy generalnie, że się pojawi, to cztery lata czekania wskazuje na pewien problem. Windows, który jest i projektem software’owym i usługą w jednym – tworem nigdy nie kończonym, a ciągle aktualizowanym jest zapewne ogromnym obciążeniem dla zasobów ludzkich w Microsofcie oddelegowanych do jego rozwoju. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić ogromu zespołu, który go rozwija oraz wygimnastykowania PM-ów, którzy dbają o to, by w szeregach wszystko działało jak trzeba. Nie mamy Fluent Design, ale mamy ciągle poprawianego Windows 10. On działa, ale czy to jest to, co nam obiecywano przed premierą? Coraz częściej mam wątpliwości. Właśnie dlatego wiele mówi się o tzw. „Windows 11” – czyli najprawdopodobniej grubej aktualizacji przy okazji której w mojej ocenie, Microsoft pozbędzie się numeracji. Pozostanie sam „Windows”. 24 czerwca Microsoft odkryje karty.

Ostatni rok był także rokiem Microsoft Teams, który szturmem dorwał się do wytworzonego przed pandemię rynku organizacji pracy online, także w szkołach. Microsoft wciągnął Slacka nosem, ale generalnie „tylko” dlatego, że miał ogromną bazę klientów już wykupujących jego produkty / usługi w atrakcyjnych modelach. Teams stał się ich składnikiem i po prostu wyparł pewne rozwiązania. Czy Slack na tym jakkolwiek ucierpiał? Raczej nie, generalnie to jedynie w tej batalii spuchł Microsoft. Jemu się po prostu udało, bo wykorzystał swoje niesamowite możliwości.

Emocje jak na grzybach w Microsofcie. Ten chce przekroczyć mityczną kapitalizację w wysokości 2 bilionów dolarów, ale to li tylko sprawy księgowe…

Microsoft w pewnym momencie nas chyba rozpieścił. Pokazał nam się z lepszej strony, Nadella gimnastykował się, żeby wypaść lepiej niż Ballmer, a szefowie konkretnych projektów obiecywali różne rzeczy. Na konferencjach widzieliśmy cuda i generalnie, to poznaliśmy ten ciekawszy i fajniejszy Microsoft. Taki, jakiego fajnie jest oglądać. Mój wpis nie traktuje o tym, że gigant na glinianych nogach za chwilę się przewróci i sobie buzię rozwali. Nie, nie. Microsoft będzie cały czas „rósł” finansowo, to jest absolutnie pewne. Ale czy nie mógłby być przy tej okazji po prostu ciekawy i „fajny”? Jak na razie, to trudno mi w taki sposób czarodziejów z Redmond ocenić.

Na szczęście stan rzeczy, o którym napisałem wyżej ma szansę się zmienić. Microsoft odrobinę zerwał z nudą i zapowiedział konferencję produktową dotyczącą Windows. Już 24 czerwca zapoznamy się z projektem, który na razie w mediach technologicznych funkcjonuje jako „Windows 11” – głównie po to, by odróżnić go od „dziesiątki” i zaznaczyć ogromne oczekiwania co do zapowiedzi. Najprawdopodobniej otrzymamy dużą aktualizację i zmianę w nazewnictwie. Jak będzie – zobaczymy. Ale trzeba na to poczekać.