Recenzje gier

The Last of Us Part I wraca w nowej, ale bardzo znajomej odsłonie

Piotr Kurek
16

Wielu się śmieje, że Rockstar przesadza sprzedając tę samą grę od prawie 10 lat. GTA V, które na PS3 zadebiutowało w 2013 r., pojawiło się też w wersji na PS4 oraz na PS5. I wciąż sprzedaje się jak ciepłe bułeczki. Czy na to liczy PlayStation sprzedając po raz trzeci pierwszą część The Last of Us?

Już za kilka dni, bo 2 września, w sklepach pojawi się The Last of Us Part I. Remake gry z 2013 r. za które odpowiada studio Naughty Dog będącego obecnie częścią PlayStation Studios. Czy w 2022 r. wciąż warto w tę zagrać? Czym twórcy zachęcają graczy, którzy z The Last of Us mieli już wcześniej do czynienia, by do gry wrócili po raz kolejny? Sprawdźmy.

Zacznę jednak od najważniejszego. Nie będzie to typowa recenzja, gdyż pierwsza część The Last of Us recenzowana była u nas już w 2013 r. Pod względem fabularnym i rozgrywki remake The Last of Us z dopiskiem Part I jest tą samą grą, co 9 lat temu i nie będę się tu zbytnio nad nią rozpisywał. Na przestrzeni prawie całej dekady, historia rozebrana została na czynniki pierwsze, poddana setkom analiz, a wraz z premierą The Last of Us Part II w 2020 r. pytania, które przez lata nia miały odpowiedzi, nie są już żadną tajemnicą. Przygoda Joela i Ellie na PlayStation 5 jest odpowiedzialna w dokładnie ten sam sposób - z kilkoma drobnymi zmianami kosmetycznymi, które z pewnością dostrzegą fani serii.

Podobnie sprawa wygląda w przypadku dodatku fabularnego Left Behind, który w oryginale pojawił się jako osobny tytuł i jest zawarty w wersji Remastered i wychodzącym właśnie remake’u. Uruchamiany jest z menu głównego The Last of Us Part I, jednak warto to zrobić dopiero po ukończeniu gry, gdyż jego akcja osadzona jest w trakcie wydarzeń przedstawionych w głównym wątku fabularnym.

Bez względu na to czy gramy w The Last of Us Part I czy w Left Behind wciąż będziemy towarzyszyć bohaterom w trudnych czasach, przedzierać się przez ruiny amerykańskich miast, walczyć z dziesiątkami przeciwników i rozwiązywać mało skomplikowane zagadki środowiskowe.

The Last of Us Part I na nowo. Z myślą o PlayStation 5

A czym chwali się Naughty Dog jeśli chodzi o remake The Last of Us Part I? To przede wszystkim fakt, że gra ma być stworzona na nowo z wykorzystaniem najnowszej wersji silnika gwarantującego bardziej szczegółową grafikę, pełne wsparcie dla kontrolerów DualSense i funkcji oferowanych przez PlayStation 5. The Last of Us Part I to również unowocześniona mechanika gry, usprawnione sterowanie i rozszerzone opcje dostępności. A tych jest naprawdę sporo. I to nie tylko tych przygotowanych z myślą o osobach z niepełnosprawnościami, o czym kilka dni temu pisał Patryk.

Twórcy oddają w ręce ogromne możliwości dostosowania gry do swoich potrzeb. Od zaawansowanych opcji związanych z ustawieniami trudności, poprzez niestandardowe zachowanie przycisków kontrolera, ułatwienia w eksploracji, a na wzmocnieniu bodźców kończąc - zarówno słuchowych, wzrokowych, jak i dotykowych. Każdy znajdzie coś dla siebie lub skorzysta z predefiniowanych, dokładnie opisanych, ustawień.

Nowością jest również tryb speedrun. Włącza on licznik w grze, który śledzi czas rozgrywki, nie uwzględniając filmów i przejść między scenami - tryb ten można aktywować wyłącznie przed rozpoczęciem nowej rozgrywki. Po zakończeniu gry w podsumowanie speedrunu można zobaczyć czasy przejścia poszczególnych rozdziałów i całkowity czas rozgrywki dla poprzedniego rekordu - wszystkie rekordy można przeglądać w sekcji Dodatki > Podsumowanie speedrunu. W sekcji z dodatkami, po przejściu gry, pojawią się extra funkcje odblokowywane za punkty. Filtry graficzne, skórki dla postaci i broni, itp. Można też odblokowywać grafiki koncepcyjne, modele 3D postaci i przeciwników i wiele innych.

The Last of Us Part I. Graficzny rollercoaster

Pod względem graficznym The Last of Us Part I może zachwycać. Może też rozczarowywać. Różnica między oryginałem, wersją Remastered, a najnowszą odsłoną jest diametralna - widać to już w pierwszych minutach Prologu, który robi ogromne wrażenie pod względem zmian w grafice. Niestety widać, że w niektórych miejscach twórcy poszli na łatwiznę, zapomnieli “dopieścić” graficznie niektórych miejsc lub zwyczajnie zabrakło na to chęci lub czasu i wygląda niemal identycznie jak na PS4 (na szczęście nie tak jak na PS3).

Zatrzymajmy się jednak na chwilę przy ustawieniach graficznych dostępnych w grze. The Last of Us Part I oferuje dwa tryby: Wierność odtwarzania obrazu oraz Wydajność. Ten pierwszy oferuje wyższą rozdzielczość przy niższej wydajności. Obraz renderowany jest w 4K, 40 Hz i 40 klatkach na sekundę. Wydajność oferuje pełne wsparcie dla 60 klatek na sekundę, jednak kosztem rozdzielczości, która, w zależności od potrzeb, zmienia się dynamicznie między 4K a 1440p. W obu trybach można skorzystać z dodatkowej opcji nieograniczonej liczby klatek na sekundę, która odblokowuje "FPS-y".

Ta funkcja jednak u mnie nie działała, mimo, że grałem na telewizorze kompatybilnym z VRR. Obraz migotał w scenach, gdzie pojawiały się źródła światła lub widoczne różnice w oświetleniu pomieszczenia. Czym jest to spowodowane? Nie udało mi się dojść do źródła problemu ani sposobu na jego rozwiązanie - nie pomagało wyłączanie VRR, trybu gier, ani zmiana kabla HDMI.

Wracając jednak do samej gry i jej wyglądu. Modele postaci, otoczenie, przeciwnicy. Wszystko zostało zaprojektowane na nowo i widać, że ekipa Naughty Dog spędziła sporo czasu nad przeniesieniem oryginału na nowy silnik. Scenki przerywnikowe generowane w czasie rzeczywistym w niektórych momentach mogą wywołać “opad szczeny” ze względu na swoją szczegółowość. Kto by pomyślał, że takie detale jak przebijające przez cienką skórę ucha światło latarki, płynące po policzku łzy, czy kropelki śliny wydobywające się z ust w czasie przekrzykiwania się bohaterów, można generować w czasie rzeczywistym i to bez widocznych różnic, bez korzystania z prerenderowanych przerywników.

Z drugiej jednak strony spory problem mam z faktem, że mimo obecności śledzenia promieni, część luster i obiektów odbijających światło zupełnie nie działa. Dziwne zagranie, tym bardziej, że w grze jest kilka miejsc, w których lustra działają jak powinno - o ile mają one wpływ na rozgrywkę, np. widzimy w nich przeciwników (zrzuty powyżej). Muszę jednak przyznać, że odbicie w lustrze przy schodach nie wygląda na Ray Tracing.  Również otoczenie wielokrotnie sprawiało wrażenie, że o czymś zapomniano - w szczególności w etapach rozgrywanych nocą, co też widać na załączonych poniżej zrzutach. Jest bardzo nierówno, jednak ze względu na dynamikę rozgrywki, można o tym szybko zapomnieć - bo w większości przypadków będziemy wpatrywać się w ekran z poczuciem, że jeszcze kilka lat temu nie dało się osiągnąć takiego poziomu detali.

The Last of Us Part I w pełnej cenie może bulwersować

Na koniec zostawiam najbardziej kontrowersyjną kwestię związaną z odświeżonym The Last of Us Part I. Cena. PlayStation już dawno pokazało, że doskonale wykorzystuje swoją pozycję na rynku i bez względu na swoje poczynania, gracze i tak będą wydawać swoje pieniądze. 339 zł, bo tyle trzeba za nią zapłacić w PlayStation Store to dla wielu cena zbyt wysoka. Tym bardziej, że mówimy o tytule, który pojawił się na dwóch poprzednich generacjach konsol - oryginalnie na PS3 i na PS4 w wersji Remastered.

Jednak nie jest to pierwszy tego typu przypadek. Podobny zabieg zastosowano przy okazji premiery Demon's Souls Remake - gry, która na rynku pojawiła się wraz z konsolą PlayStation 5. Jednak trzeba pamiętać, że mamy tu do czynienia z tytułem, który oryginalnie debiutował w 2009 na PlayStation 3 i nie pojawił się w żadnej edycji “Remastered” na kolejnej generacji.

Czy wprowadzone przez Naughty Dog zmiany usprawiedliwiają tę cenę? W mojej ocenie nie do końca. Przez ostatnie miesiące karmieni byliśmy informacjami, że The Last of Us Part I na PS5 stworzono od zera, jednak zachowując wierność oryginałowi. Szkoda, że twórcom zabrakło odwagi i nie zdecydowali się na wprowadzenie zmian tam, gdzie ich najbardziej potrzeba - w samej rozgrywce.

The Last of Us Part II było w stanie zaserwować graczom daleko idące zmiany, nie tylko na polu eksploracji postapokaliptycznych miast zachodniego wybrzeża USA, ale przede wszystkim walki. I o ile część rozwiązań z “dwójki” przeniesiono do “jedynki”, tak są to przede wszystkim funkcje “Quality of Life” mające na celu ułatwienie gry bez zmiany samej rozgrywki. Nie da się ukryć, że potyczki z przeciwnikami w The Last of Us Part I są dużo lepsze niż w oryginalne, jednak poprawa sztucznej inteligencji, wygodniejsze podnoszenie przedmiotów, czy płynne przechodzenie między różnymi atakami to zbyt mało, by mówić o prawdziwej rewolucji.

My wam zabierzemy, wy nam zapłacicie więcej

Jest jeszcze jeden problem. Z tytułu całkowicie wycięty został komponent multiplayer zatytułowany Frakcje. Dostępny zarówno na PS3 jak i PS4 nie trafił do remake’u na PlayStation 5. Jest to spowodowane zapewne faktem, że Naughty Dog od dłuższego czasu pracuje nad samodzielnym trybem wieloosobowym, który miał pojawić się po premierze The Last of Us Part II, jednak tak się nie stało. Gra jednak powstaje - o czym jeszcze kilka miesięcy temu przekonywał Neil Druckmann - reżyser obu części. Jednak na premierę Frakcji jeszcze poczekamy. Więcej informacji usłyszymy w przyszłym roku.

Dla osób, które nie miały jeszcze styczności z The Last of Us, wydanie 339 zł za cyfrową edycję nie będzie wielkim zaskoczeniem - prawie wszystkie tytuły AAA dostępne są w tej cenie. I podejrzewam, że cena nie będzie grała większej roli i gracze będą ją kupować. Warto jednak polować na pudełko, które nawet w przedsprzedaży można kupić za mniej niż 300 zł. Tym, którzy grali już w oryginał lub wersję Remastered i nie chcą wydawać takich pieniędzy na dobrze już znany tytuł, sugeruję poczekać. Do końca tego roku cena The Last of Us Part I powinna mocno spaść.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu