54

Dziś zmiana przeglądarki na inną to nie taka prosta sprawa… [felieton]

Firefox, Chrome, Opera, Internet Explorer… Wokół tych czterech programów kręci się świat przeglądarek internetowych. Każda ma swoich oddanych fanów, wobec każdej twórcy stosują inną strategię rozwoju. Czy w ciągu ostatnich kilku miesięcy zmieniałeś/aś przeglądarkę? Nie? Dlaczego mnie to nie dziwi… Kilka dni temu zapragnąłem również takich zmian i co się okazało? Od blisko dwóch lat […]

Firefox, Chrome, Opera, Internet Explorer… Wokół tych czterech programów kręci się świat przeglądarek internetowych. Każda ma swoich oddanych fanów, wobec każdej twórcy stosują inną strategię rozwoju. Czy w ciągu ostatnich kilku miesięcy zmieniałeś/aś przeglądarkę? Nie? Dlaczego mnie to nie dziwi… Kilka dni temu zapragnąłem również takich zmian i co się okazało?

Od blisko dwóch lat korzystam z Chrome. Nie pamiętam na jakim numerku zacząłem, ale widziałem ewolucję tego programu – jego interfejsu, szybkości działania i wprowadzanych z mniejszym lub większym bólem funkcji. Co mnie przyciągnęło do produktu Google? Przede wszystkim genialnie opracowany Omnibox oraz funkcja natychmiastowego wyszukiwania, które niesamowicie usprawniają przeglądanie stron www. Ale Chrome to także wady – nawet podstawowe funkcje jak obsługa kanałów RSS wymagają instalowania dodatkowych rozszerzeń, a zapotrzebowanie na pamięć RAM w ostatnim czasie przyprawia o ból głowy. Pozostaje też kwestia prywatności – mam świadomość tego ile danych na mój temat otrzymuje w ten sposób Google i niekoniecznie jest to komfortowe uczucie.

Zatem szybka decyzja – zmieniamy przeglądarkę! I tutaj pojawił się dylemat. Oczywiście faworytem był Firefox, który wiódł u mnie prym przez bardzo długi czas przed pojawieniem się Chrome. Zależało mi na najnowszych funkcjach – w tym miniaturkach na nowej karcie, do których tak bardzo się przyzwyczaiłem. Wybór padł zatem na mocno niestabilne wydanie Aurora. Program był domyślną systemową przeglądarką przez dwa dni. Czego zabrakło? Nie były to na pewno wtyczki – z powodzeniem zainstalowałem Readability, Spoola, Rapportive, a nawet zmajstrowałem sobie coś na wzór Omniboksa (dzięki rozszerzeniu o wymownej nazwie Omnibar). Nie potrafiłem się zwyczajnie przestawić na inny styl pracy. Pod Chrome wpisywałem w pasek adresu „f”, a następnie klikałem „enter” i byłem na Facebooku. Tutaj musiałem jeszcze zjechać kursorem po liście niżej i znaleźć serwis, gdzie chciałem się przenieść. Niby nic, ale przynajmniej kilka razy zamiast wejść na Antyweba, Facebooka, Google+ wyszukiwałem „an”, „f” i „pl”. Nawyki potrafią być czasem bardzo uciążliwe.

Po Firefoksie postanowiłem poeksperymentować z Operą. Tutaj najpierw wyrzuciłem pasek statusu zamieniając go na charakterystyczne baloniki z adresem typowe dla Chrome. Reszta została bez zmian. Muszę przyznać, że prawie się zakochałem w tej przeglądarce i byłem przekonany, że spędzimy wspólnie wiele miłych chwil (tak, wiem jak to brzmi ;) ). Niestety nic nie może trwać wiecznie. W tym przypadku romans skończył się, gdy nie znalazłem w bazie wtyczek żadnego sensownego Gmail Checkera, Spoola i Readability (choć te dwa ostatnie jeszcze jakoś bym przeżył – w końcu są skryptozakładki jako alternatywa). I znów musiałem uciekać.

Na IE i Safari nie zwracałem uwagi z podobnego powodu – brak rozszerzeń, bez których nie wyobrażam sobie komfortowej pracy z przeglądarką. Inna sprawa, że nazwa Internet Explorer brzmi passe. Osobiście mi to nie przeszkadza – to byłoby głupie nie korzystać z danej przeglądarki, bo nie jest modna. Ale domyślam się, że dziesiątki użytkowników patrzą na produkt Microsoftu przez pryzmat gromów jakie spadły na wersje 7 i 8. Internet Explorer to synonim zła wcielonego i jeszcze upłynie nieco wody w Wiśle zanim Microsoft na nowo (o ile w ogóle) przekona internautów, że jest inaczej.

Dziś zmiana przeglądarki jest niezwykle trudna. Każdy z nas na różne sposoby korzysta z sieci. Jedni uwielbiają błyskawicznie się przenosić na nowe strony za pomocą inteligentnego paska adresu. Inni podpinają sobie stale widoczny pasek zakładek, na którym trzymają wszystko co popadnie. Jeszcze inni uwielbiają interaktywne miniaturki stron, na których umieszczają najczęściej odwiedzane przez siebie strony, nie potrzebując niczego więcej do szczęścia. Tyle jeśli chodzi o elementarną nawigację po globalnej sieci. A co z pozostałymi elementami? Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze rozszerzenia, bez których obsługi obecnie przeglądarka się właściwie nie liczy. Każdy z nas lubi wykonywać najczęstsze czynności (odpowiadać na posty z G+, odkładać strony do przeczytania na później, uploadować zdjęcia, zarządzać kartami, robić zrzuty ekranu itd) łatwiej, szybciej i bardziej efektywnie. Nie można też zapominać o detalach, bo, jak wiadomo, to właśnie tam skrywa się diabeł. Spodobał się Wam wspólny pasek adresu i wyszukiwania w Chrome? Gwarantuję, że będziecie chcieli osiągnąć podobny efekt w FF i Operze.  Baloniki przy dolnej krawędzi z pełnymi adresami odnośników są fajne? Pasek statusu w Operze będzie Was drażnił. Takich przykładów są miliony. A żeby Was dobić dodam jeszcze, że każda przeglądarka ma swoje unikatowe funkcje i moduły, które stanowią o jej atrakcyjności (ikonki aplikacji w Chrome, Opera Turbo i Unity, grupowanie kart w Firefoksie). Jeżeli wyrobiliście sobie już nawyk korzystania z tych rozwiązań, o przesiadce na inny program nie macie co marzyć.

Kilka dni temu napisałem artykuł o tym, że Mozilla kopiuje funkcje z Chrome (a także innych przeglądarek). Jakiż głupi byłem, sądząc, że to brak pomysłu na rozwój przeglądarki. To właśnie jest ideą fundacji – żeby uczynić powrót z Chrome do liska znacznie łatwiejszym (a abstrahując od tematu artykułu – żeby powtórzyć sukces przeglądarki Google, nie popełniając przy tym jej błędów). Po chwili zastanowienia doszedłem bowiem do wniosku, że gdyby Mozilla wprowadziła te wszystkie zmiany, które zapowiada, to nic by mnie dłużej nie trzymało przy Chrome. Podejrzewam, że nie jestem wyjątkiem.

Nie zapowiada się jednak na to, żeby inni producenci ułatwili nam zadanie. Obecnie trendem są zamknięte ekosystemy, w ramach których użytkownik dostaje kompleksowy pakiet usług i rozwiązań. Google ma swoje internetowe serwisy, a także Androida, na którego właśnie wydał mobilną wersję Chrome. Microsoft stara się możliwie najmocniej połączyć IE z Windowsem, a także wykorzystać potencjał własnego webowego pakietu usług. Podobnie sprawa wygląda z Operą – szereg usług, społeczność, a także wersje mobilne, które cieszą się coraz większą popularnością. Mozilla nie pozostaje w tyle – już na tegorocznym Mobile World Congress zobaczymy mobilny system operacyjny Boot to Gecko i otwarty sklep z aplikacjami Mozilla Marketplace (choć trzeba zaznaczyć, że w przeciwieństwie do rywali ekosystem fundacji ma być otwarty). Jak tak dalej pójdzie to każdy z nas będzie uzależniony od szeregu różnych produktów, co wymusi na nim korzystanie z kolejnych (w tym wypadku określonych przeglądarek internetowych). Ewentualna przesiadka będzie zatem jeszcze trudniejsza i wymagająca jeszcze więcej poświęceń.

Czy to zatem oznacza, że decydując się raz na wybrany produkt jesteśmy na niego skazani po wsze czasy bez możliwości zasmakowania rozwiązań konkurencji? Czy musimy akceptować wszystkie doskwierające nam wady danej przeglądarki, bo wybór innej wymusi na nas zmianę nawyków, co znowu odbije się na efektywności (zwłaszcza, gdy wykorzystujemy internet do pracy)? Niestety staje się to coraz bardziej widoczne. Przeglądarka jest obecnie najintensywniej wykorzystywanym programem na komputerze. Zapewne część z Was mniej by odczuła przejście z Windowsa na Linuksa niż wymianę Chrome na Operę.

Tymczasem ja zostawiłem na dysku zarówno Chrome, Firefoksa, jak i Operę. Za kilka tygodni znów mnie najdzie na zmianę, a wtedy będę już przygotowany. A może zmiana przeglądarki powinna przebiegać powoli i systematycznie? W końcu wyrobienie nowych nawyków to nie dwa dni, a bagatela dwa tygodnie. Dajcie znać co Wy na ten temat sądzicie.