6

Są wśród nas ludzie, którzy wierzą, że wszystkie problemy świata da się rozwiązać aplikacją

Aplikacje dziś wykorzystujemy do praktycznie wszystkiego. Jednak pomiędzy "wszystkim" a "praktycznie wszystkim" istnieje granica, której nie warto przekraczać.

Jeżeli miałbym powiedzieć, w którym momencie technologia najbardziej zmieniła życie ludzi w ciągu ostatnich 15 lat, to zdecydowanie wybrałbym moment, w którym wszyscy zrozumieli, że telefony komórkowe nie służą tylko do dzwonienia i SMS’owania, ale też – że są to komputery o możliwościach ograniczonych tylko i wyłącznie kreatywnością programisty. W ten sposób doczekaliśmy się właśnie słynnego stwierdzenia: „There’s an app for that”. W większości wypadków nie można temu stwierdzeniu odmówić racji, zwłaszcza, że dziś telefony potrafią jeszcze więcej. Nie tylko są już przenośnym źródłem informacji, ale też są naszymi dokumentami, kluczami do domu, portfelem, sklepem i źródłem rozrywki. I nikt smartfonom nie odbierze tego, jak dużą rolę odgrywają dziś w życiu każdego z nas. Dla niektórych chyba nawet nieco za dużą.

Czy faktycznie aplikacje powinny być od wszystkiego?

Jakiś czas temu Kamil pisał tekst o pomyśle, który zmroził mi krew w żyłach. Chodziło o to, by z problemem gwałtów walczyć… aplikacją. Pomysł tak horrendalnie zły na tylu płaszczyznach, że aż ciężko sobie wyobrazić, że ktoś na niego w ogóle wpadł. Ale wpadł. Co gorsza, nie jest to odosobniony przypadek osoby, która widziałaby aplikacje zastępujące często bardzo wrażliwe i delikatne elementy życia. Nie mówię tu o głupich aplikacjach jak „I’m Rich” czy „I’m Important” (ta pierwsza dodawała do listy kontaktów i kalendarza fałszywe pozycje by wyglądać na zapracowaną i ważną osobę, ta druga kosztowała 999 dolarów i jej jedynym celem było pokazanie, że kogoś na nią stać) ale o próbie sprowadzenia ważnych społecznie interakcji do kilku kliknięć.

Tak – zapewne wielu z was powie teraz: „ale przecież Tinder istnieje już od lat”. A ja odpowiem: „tak, a randkowanie on-line było modne już w latach 90’tych”, więc pojawienie się Tindera i temu podobnych aż tak dużo nie zmienia, chociaż z pewnością dodaje swoją cegiełkę do budowania pokolenia mikrofali. Bardziej chodzi mi tu o miejsca, momenty i rzeczy, których aplikacją po prostu zastąpić się nie da. Przykłady? Proszę bardzo. Facebook testuje aplikację która ma resocjalizować skazanych. powstała aplikacja do spowiedzi przez internet, a już kompletną klapą były aplikacje pokroju ProteGO, które wypchnięte rok temu na pierwszy front walki z koronawirusem poległy na całej linii. Do tego należy doliczyć sytuacje, w której aplikacja może i sama z siebie nie szkodzi, ale wewnętrzny brak mechanizmów kontrolnych sprawia, że skutki jej używania mogą być tragiczne. Nietrudno dziś znaleźć rodzinę, w której dziecko wartości zamiast od rodziców czerpie z Tik-toka, co może prowadzić do tragicznych rezultatów.

Aplikacje mogą być „od wszystkiego”, ale nie powinny być „do wszystkiego”

Oczywiście, można powiedzieć, że wszystkie aplikacje są bezpieczne, jeżeli używa się ich z głową. I tak, większość z nas wie, że TikTok nie jest dobrym narzędziem wychowawczym dzieci, a jeżeli mamy gorączkę to nie powinniśmy wychodzić z domu, nawet jeżeli ProteGo pokaże nam, że jesteśmy zdrowi. Wszystko dlatego, że wciąż większość ludzi bardziej ufa sobie niż aplikacji. Jednak nawet i w tym pokoleniu są już obszary, które aplikacje wręcz zdominowały. Sieci społecznościowe mają dziś monopol jeżeli chodzi o kontaktowanie się ludzi, streaming wyparł wszystkie inne sposoby konsumpcji multimediów na margines, a tworzenie treści on-line musi być dostosowane do tego, ile współczesny odbiorca jest w stanie poświęcić uwagi pojedynczemu artykułowi (czyli nie za dużo). I o ile my dziś korzystając z naszych smartfonów potrafimy rozgraniczyć, do czego aplikacje są przydatne, a do czego nie i wciąż kultywować pewne „stare” nawyki (jak chociażby kolekcjonowanie płyt CD), to pamiętajmy, że w tym momencie na świecie jest już pokolenie dla którego świat bez aplikacji nigdy nie istniał.

Nie chcę tu brzmieć jak stary dziad, mówiący „ta dzisiejsza młodzież”, ale chodzi mi o to, że jeżeli nie postawimy wyraźniej granicy pomiędzy tym, do czego smartfony są przydatne i pozwolimy aplikacjom wejść na terytoria, na które wchodzić nie powinny, możemy spodziewać się, że w niedalekiej przyszłości pewne bardzo delikatne relacje społeczne ulegną sporemu zachwianiu. Owszem, zapewne da się stworzyć aplikację, do której będzie można wprowadzać dane sprawy karnej i która będzie np. wydawała wyroki za sędziów albo taką, która będzie odpowiadała za wychowanie naszego dziecka, ale (mam nadzieje), że zgodzicie się ze mną, że o ile urlop od problemów wychowawczych i zrzucenie tego na barki programu brzmi kusząco, o tyle rezultaty takiego wychowania mogą być opłakane. A jestem przekonany, że już teraz po naszej planecie chodzą ludzie, którzy święcie wierzą w to, że cokolwiek człowiek jest w stanie zrobić, program zrobi to lepiej.

Korzystajmy z aplikacji, ale pamiętajmy, że to tylko aplikacje

Wiem, że w sytuacji, w której 99 proc. aplikacji jest faktycznie pomocnych i ułatwiających życie, utyskiwanie na ten mały odsetek tych, które znacznie wychodzą poza granicę zdrowego rozsądku może wydawać się nieco na wyrost. To, czego jednak się boję to nie same programy – historia pokazywała, że póki co takie nietrafione pomysły raczej ginęły na śmietniku. To, co faktycznie mnie niepokoi, to fakt, że często stoją za nimi ludzie święcie przekonani o słuszności swojego pomysłu i o tym, że np. odkliknięcie zgody w aplikacji faktycznie rozwiąże problem nieuzasadnionego pozwania kogoś o gwałt. Boję się ludzi, którzy w aplikacjach pokładają zbyt dużą nadzieję i którzy, jeżeli da się im nieco władzy, mogą chociażby chcieć swój światopogląd próbować uczynić prawem. Z drugiej strony natomiast – za konkretnymi aplikacjami często stoją wielkie korporacje, które bardzo chętnie będą promować swoje produkty jako dobre i potrzebne społecznie, oczywiście tak długo jak taka strategia będzie przynosić im zyski. Pamiętacie aferę z Wolt, który korzystał z tego, iż większość restauracji na początku pandemii nie miała systemu dowozu albo Facebooka udającego, że dba o małych przedsiębiorców? No właśnie.

Trzeba też pamiętać, że tu i teraz, w świecie w którym żyjemy, od aplikacji nie ma już za bardzo odwrotu. Nikt nie wróci płyt CD na półkach, tak jak nikt z nas nie pisze już listów do swoich znajomych i nie dzwoni na zegarynkę. Progres jest nieunikniony. Pozostaje więc mieć nadzieje, że w tym rozwoju sami sobie będziemy potrafili nałożyć kaganiec i zachować zdrowy rozsądek, odsiewając niebezpieczne idee i nie pozwalając aplikacjom wejść w sfery, w które nikt je nie zapraszał.