Dziś już piąty odcinek Waszej AntyNiedzieli. Jak zwykle, niezwykle duży problem, by wybrać te artykuły, które spotkały się z Waszą najciekawszą reakcją. Z tygodnia na tydzień jest coraz trudniej. Mam nadzieję, że w swoich wyborach nie pominąłem ani nie uszczknąłem wartości pozostałym wpisom, ale taki format obraliśmy i będę starał się go trzymać. Jeden dzień […]


Dziś już piąty odcinek Waszej AntyNiedzieli. Jak zwykle, niezwykle duży problem, by wybrać te artykuły, które spotkały się z Waszą najciekawszą reakcją. Z tygodnia na tydzień jest coraz trudniej. Mam nadzieję, że w swoich wyborach nie pominąłem ani nie uszczknąłem wartości pozostałym wpisom, ale taki format obraliśmy i będę starał się go trzymać. Jeden dzień – jeden wpis (wyjątkiem była tylko zeszła AntyNiedziela).

I. Poniedziałek – Autor Marcin M. Drews.

Gry komputerowe – odrażające, brudne, złe!.

Odpowiedź brzmi: TAK – jak wszystko w nadmiarze! W tym samym stopniu będą szkodliwe rower, woda mineralna, klęczenie przed krzyżem czy wędkarstwo. Z tym ostatnim przesadziłem? Bynajmniej…

W październiku 2000 r. 82-letni dziś Feliks S. ugodził śmiertelnie scyzorykiem 22-letniego Damiana Ś. – jednego z kajakarzy, z którymi wcześniej wdał się w sprzeczkę. Powodem było przepłynięcie kajakarzy w pobliżu spławika, na co S. nazwał ich „sk………i”. Wtedy Damian wysiadł z kajaka i ruszył w stronę wędkarza. Ten schował za plecami nóż i gdy kajakarz znalazł się przy nim, dwa razy uderzył prosto w serce. Źródło.

Analizując ten przykład metodą krytyków gier, a więc wnioskując metodą indukcyjną od szczegółu do ogółu (jeden murzyn zabił, a więc wszyscy czarni to mordercy), śmiało możemy uznać, że wędkarstwo to Szatan, demony, niemoralność i alkoholizm, a sprzedawcy wędek z pełną świadomością zbijają kapitał na ludzkim nieszczęściu, ergo powinniśmy ten proceder zdelegalizować.

Nie dajmy się zwariować. Psy szczekają, karawana idzie dalej. To prawda. Czasem jednak warto tupnąć nogą i przypomnieć, że nie można bezkarnie toczyć wściekłej piany i gryźć ludzi po łydkach.

Dawid Dyrcz:

Ja mam 2 małe uwagi (z wielu, jakie obgadałem z kumplem):
1) używanie pada powoduje urazy ręki (tak w skrócie). To nie powinniśmy też chodzić, bo obciążamy kolana i stawy, albo nie używajmy noża, bo nadwyrężymy przedramię i nadgarstki
2) „Bo na takie wzorce trafiają choćby w grach komputerowych, których fabuła zasadza się na tym, żeby schwytać dziewczynę i zbiorowo zgwałcić (prof. Zbigniew Izdebski na łamach Polityki).” – rynkiem interesuje się jakieś 15 lat, ale chyba ja nie znam takich gier. Chętnie się dowiem gdzie można takie nabyć i przetestować. Ostatnia gra, w której były dobre sceny erotyczne (ale nie pornograficzne) to Wiesiek 2 (PEGI +18), a wcześniej to długo, długo nic…

Marcin M. Drews:

W tym właśnie sęk. Gry pornograficzne to bardzo, ale to bardzo wąska i mało znana nisza obejmująca nisko budżetowe produkcje niemieckie i sektor japoński. Nikt się tym w Polsce nie interesował do czasu, gdy Izdebski za przeproszeniem puścił bąka na łamach Polityki. Zaraz potem pojawiły się w sieci i pismach drukowanych artykuły o japońskiej serii Rapelay, która do dziś nawet nie doczekała się opisu w polskojęzycznej Wiki, co świadczy o tym, że Polacy tego nurtu nie znają. Teraz poznali – dzięki Izdebskiemu. Brawo, Profesorze. Odniósł Pan podobny sukces, jak Jarosław Kaczyński reklamujący Biedronkę.

Piotr Gnyp:

Marcin – jest dużo lepiej i poza jakimiś wyjątkowymi sytuacjami generalnie gry opisywane są ok. Każdy tygodnik opinii ma swoją osobę, która na się na nich zna, nie można też wpaść w syndrom oblężonej twierdzy (http://polygamia.pl/Polygamia/1,96455,10046173,Syndrom_oblezonej_twierdzy_graczy.html). Na każdy negatywny przykład można dać parę pozytywów. I nie jest też tak, że te gry to mają na nas tylko dobry wpływ.

Marcin M. Drews:

Problem w tym, że mamy ostatnio do czynienia z syndromem syndromu oblężonej twierdzy. :) Czyli za każdym razem, gdy napiszemy, że ktoś robi grom koło tyłka, odzywają się głosy, że cierpimy na syndrom. Bzdura i do tego nieznośnie nadużywana. To troszkę tak, jak z oskarżeniami o rasizm czy homofobię – wystarczy, że nie zgodzę się z recenzją Tomasza Raczka, a już pół kraju mnie oskarża o to, że atakuję gejów. Co do reszty, chyba nie doczytałeś do końca mojego tekstu :). Sam stwierdzam, że gry mogą być szkodliwe. Nie uciekam przed tą prawdą i przed problemem uzależnień. Jestem natomiast przeciwny demonizowaniu narzędzi, bo smród, który potem pozostaje, może mieć np. wpływ na decyzje inwestorów.

Tomasz Mrozek:

„Wszystkie litery w tym słowie przyporządkujmy kolejnym liczbom w alfabecie, potem dodajmy je do siebie i pomnóżmy przez 6. Co otrzymamy? Otrzymamy 666. A więc i komputer i Internet to narzędzia diabła”
Mistrzostwo świata, musiałem sprawdzić i owszem, wychodzi 666, ale tylko i wyłącznie dla angielskiego alfabetu i słowa „computer”. Z polskim wyrazem (niezależnie od wybranego alfabetu) już tak nie wychodzi. Wniosek? Mamy głównie części z Taiwanu, więc nie musimy się martwić opętaniem :D

Piotr Doroń:

Gry, jak każda forma rozrywki czy hobby, może być źródłem degeneracji każdego rodzaju – wystarczy, że osoba zatraci się, straci czujność i zacznie przedkładać granie nad sprawy o wiele bardziej istotniejsze (a istotniejsze jest prawie wszystko ponad obskakiwanie kanałów w TV) lub, co gorsza, będzie bezmyślnie przenosić doświadczenia z gier do świata rzeczywistego. Ale nie można gier demonizować, w końcu to, mimo wszystko i bez względu na tytuł, o którym mowa, tylko rozrywka. Natomiast jeśli chodzi o dzieciaki, wystarczy świadomy rodzic, odpowiedzialny wydawca i kumaty sprzedawca, by uchronić je od treści, z którymi styczności mieć nie powinny. I to w tym kierunku powinniśmy podążać.

Marek Radwański:

Ja, jako zapalony gracz i student socjologii obyty z pracami badawczymi i procesami, stwierdzam, iż połowa przytoczonych tu cytatów to totalny naukowy bullshit. Zauważcie ilość pojawiających się tu „często”, choć tak naprawdę dotyczą jednego/dwóch przypadków. Gram od 5 roku życia (ach, kochane Commodore 64), i powinienem być już totalnym degeneratem mającym na swoim penisie krew dziewic, kotów i starszych ludzi (a co, jak dewiacje to dewiacje!) Zaskakuje mnie tak naprawdę kto jest promotorem w wypadku takich prac, kto dopuszcza do ich publikacji.

Jakub Naliwajek:

Jeśli ktoś subskrybuję The Magazine to polecam do przeczytania to co napisał John Siracusa: http://the-magazine.org/2/strange-game Jeśli nie macie subskrypcji, to w tym linku jest tez link do opisu gry – to co zrobili projektanci Journey* można śmiało nazwać dokładną przeciwnością tego co zostało wytknięte grom komputerowym przez prasę powyżej tj. przez tę grę pewnie wielu ludzi stało się nawet milszymi osobami w realu. Tyle, że tego żadne media tak dogłębnie już nie opiszą, bo nie ma krwi, przemocy i skandalu nabijającego widzów – i kto tu jest tak naprawdę zły? ;)

*sieciowa gra MMO gdzie nie można nic sobie zrobić (gracze przez siebie przenikają), nie ma się nicków, nie ma chata, a jedyna możliwość komunikacji to śpiewanie nutek swoją postacią. Poza tym świat do zwiedzania i wypełniania questów, gdzie czasami opłaca się pomoc innym przez np. naładowanie sobie wzajemnie energii itd. Na forum gry ludzie pisali posty w stylu „przepraszam nieznajomego spod wielkiego wodospadu, którego spotkałem o 14:30 – naprawdę chciałem Ci pomóc wspiąć się na górę, ale spadłem ze ścieżki. Przykro mi.”

II. Wtorek – Autor Grzegorz Marczak.

Legimi idzie na całość – dostęp do całej ksiegarni z ebookami za stała opłatę miesięczną. Znamy już cenę!. Pamiętacie naszą rozmowę o 20 PLN? Wtedy kwota ta była przytaczana przeze mnie jeśli chodzi o wartość pojedynczej książki. Teraz za tę kwotę mamy dostęp do całej księgarni – wystarczy tylko czytać. Książki wprawdzie nie zostają nasze na zawsze ale umówmy się, że bardzo rzadko wraca się do raz przeczytanego tytuły. A jeśli są takie przypadki to można sobie po prostu taką książkę kupić przez sklep Legimi na www (sprzedaż cały czas będzie dostępna).

Moim zdaniem niezależnie od tego czy zaproponowany model będzie sukcesem czy też nie to Polskiemu startupowi należą się gratulacje za to, że próbuje zrobić coś nowego i odważnego.

Michał Ćwikła:

Fajna, odważna próba, ale na chwilę obecną to trochę tak, jakby Spotify udostępniło swoją muzykę do słuchania tylko na słuchawkach z marketu za 9,90. Mimo wszystko życzę powodzenia, choć z tego co zrozumiałem, pomysłodawcy tego modelu liczą przede wszystkim na to, że ludzie będą płacić i nie czytać. Bardzo optymistyczne założenie ;)

Marcin Świerczyński:

Czy tylko mi wydaje sie, ze ten model jest wewnetrznie sprzeczny? Jesli ktos czyta jedna (a najlepiej 0…) ksiazke miesiecznie, to moze po prostu takiego ebooka kupic – 19 zl powinno wystarczyc, a i ksiazka jest na dluzej. Na takim uzytkowniku Legimi nie zarabia nic. Jesli jednak ktos czyta wiecej, niz 1 ksiazke w miesiecu, co uzasadnia wybranie modelu abonamentowego, wtedy Legimi traci. Oryginalne ;)

Swoją droga, ciekawe jak oznaczaja ksiazke, jako przeczytana. Wystarczy ja otworzyc? Spedzic nad nia X minut? A moze dotrzec do ostatniej strony? Tutaj jest jakies pole dla „kartkujacych”.

Co do technikaliow – posiadam zarowno iPada, jak i Kindle i nie wyobrazam sobie czytania dluzszych tekstow (zwlaszcza beletrystki) na tym pierwszym. Rozumiem ograniczenia platformy, ale to nie rozwiazuje istoty problemu.

Adam Kumiszcza:

Czy to będzie się im opłacało to ich sprawa. Jeśli dobrze to rozreklamują to może być duża grupa ludzi płacących abonament i w tym spora ilość osób czytających mniej niż jedną książkę miesięcznie. Boję się tylko, że będzie mało wydawnictw chcących współpracować z Legimi na podanych w artykule warunkach.
Co do Kindle – u nas wciąż Kindle działa głównie jako „goły” czytnik. Nie ma polskiego sklepu Amazon, nie ma też możliwości sprzedaży książek po polsku przez Amazona. W sklepie Amazon jest możliwość wypożyczania książek, a więc bez większych problemów mogliby zrobić abonament miesięczny w przyszłości.

Marcin Świerczyński:

Ich sprawa – masz racje. I mnie, jako potencjalnemu klientowi, podoba sie ta oferta (poza brakiem wsparcia dla czytnikow). Nie przeszkadza to jednak troche sie nad tym pozastanawiac. I tu dochodzimy do wniosku, ze Legimi oferuje abonament, czyli w domysle produkt dla aktywnych uzytkownikow, ktorego motorem biznesowym maja byc uzytkownicy przygodni. Koncepcja odrobine pokraczna, jakby nie patrzec.

Co do Kindle – nie bardzo rozumiem? Chodzilo mi po prostu o wyzszosc (w moim przekonaniu) e-papieru nad LCD. Czy jest to Kindle, Sony, Onyx, czy Trekstor – nie ma znaczenia.

Krzysztof Bochun:

A może trzeba pomyśleć a nie krytykować. 1)Abonament to stałe źródło dochodów dla firmy. Zawsze można zwiększyć opłaty. 2) Przywiązujesz do księgarni Klienta zabierając konkurencji potencjalnych klientów. Reasumując robią to co operatorzy GSM gadaj ile chcesz itd. ale płać co miesiąc kasę. Przy odpowiedniej grupie odbiorców jedno z najlepszych rozwiązań.

Marcin Świerczyński:

Tez nasunelo mi sie porownanie z GSM, ale to chybe jednak nie to samo. Dlaczego?

1. Jak slusznie zauwazyles efekt skali ma decydujace znaczenie. „Komorke” ma w Polsce kazdy – od dzici po emerytow. A ksiazek generalnie sie nie czyta (statystki sa przerazajace, swoja droga). Wsrod tych, ktorzy czytaja nie kazdy ma iPada (uogolniajac – tablet). Ponadto sporo osob woli jednak e-ink i to ich odrzuci (sam naleze do tej grupy).

2. Z Legimi nie podpisujesz umowy na czas okreslony, a ta stanowi o „przywiazywaniu” uzytkownika. W GSM nie od dzis wiadomo, ze dla ogolu oferry pre-paid sa bardziej atrakcyjne i szybciej ewoluujące, niz abonamenty. Wyjatek stanowia osoby, ktore bardzo duzo korzystaja z uslugi, a na tych Legimi traci…

Krzysztof Bochun:

Prawda, że urządzenie ma wpływa na ilość użytkowników.Jednak od czegoś muszą zacząć ja też do sklepu wybrałem IOS bo był tańszy przy tworzeniu aplikacji odrzucając z założenia androida. Co nie znaczy, że nie będę się o nich starał. Najpierw test potem dalsze inwestycje.

Wydaje mi się, że firma nie straci no chyba, że mają problemy z matematyką. Jak najbardziej przywiązujesz klienta. Na czas 1 miesiąca nie idzie czytać do konkurencji (nie kupujesz ebooków) bo masz 5000 tytułów. Nie przeczytasz tego nawet przez rok. Więc na ich miejscu wprowadziłbym abonament na pół roku i 12 miesięcy z pewnymi upustami i wsio. Klienta masz uwiązanego. Porównanie GSM może słabe. Więc porównam to do PŁACISZ 19zł i MOŻESZ ZJEŚĆ ILE CHCESZ :) POWODZENIA

III. Środa – Autor Marcin Przasnyski.

Rząd udaje, że pomaga programistom. Gdybym był płaczką, to powinienem teraz zapłakać nad losem naszych programistów, którzy swoim wysiłkiem i pracą mimo wszystko ciągną polską myśl techniczną do przodu. Zdobywają nagrody na konkursach koderskich, wygrywają rozmaite konkursy, tworzą konkurencyjne rozwiązania, natomiast ojczyzna nie chce o nich konkurować. Jedyne na co nas stać to ruchy pozorne: podarowanie Obamie pudełka z Wiedźminem, czy zorganizowanie nasiadówki przy wodzie mineralnej w Ministerstwie Gospodarki. Ostatnio w obstawie oficjeli pojechała do Korei delegacja twórców gier, żeby tam sobie radzili.

Tymczasem firmy same mówią co je boli: nieżyciowe przepisy blokujące crowdfunding, zbyt krótkie rozliczanie podatku u źródła, niekorzystne przepisy przy sprowadzaniu licencji na własne potrzeby. Nikt nie woła o żadne ulgi, takie jak od przyszłego roku dostaną firmy brytyjskie. Nikt nie chce mniejszych podatków, o dotacjach nie mówiąc, mimo że w Kanadzie można dostać nawet 33 proc. zwrot poniesionych kosztów. Nikt nie wpada też na karkołomne pomysły rozwoju uczelni kształcących grafików czy programistów. Nasi przedsiębiorcy mówią na razie tylko tyle: przestańcie nam przeszkadzać.

Ciekawe na ile wystarczy im jeszcze cierpliwości i czy nie łatwiej zamiast czekać, będzie im skosztować luksemburskiej szynki lub irlandzkiego piwa.

Bartlomiej Postek:

Sorry ale artykuł miesza 2 zupełnie różne sprawy: czym innym jest problem firm oferujących dostęp do własności intelektualnej (w przypadku Google i Apple mówimy o usługach elektronicznych) a czym innym jest niezwykle PREFERENCYJNE opodatkowanie osób fizycznych. Naprawdę widzicie problem w NORMALNYM opodatkowaniu (tzn. takim jak cała reszta społeczeństwa) twórców powyżej kwoty 85 000 zł?

Pamiętajmy, że jeśli twórca zarobi 100 000 zł to dalej od 85 000 zł może zastosować 50% kosztów uzyskania przychodu a normalny podatek stosuje jedynie do pozostałej kwoty 15 000 zł…

Słuchajcie, jeździcie po Polsce, widzicie ile jeszcze dworców kolejowych trzeba wyremontować, ile dróg i autostrad trzeba zbudować/ wyremontować. Myślicie, że z czyich pieniędzy powinniśmy to sfinansować? Tylko z pieniędzy osób zarabiających mniej niż 85 000? Niby dlaczego? Proszę mi to wytłumaczyć.

Kamil Mizera:

Ja tylko przypominam, że twórcy nie mogą się cieszyć przywilejami, które mają osoby zatrudnione na umowę o pracę i podlegające w tej mierze kodeksowi pracy, a więc urlopem, chorobowym, emeryturą, 8-godzinnym dniem pracy. To wszystko zapewnić muszą sobie sami z wypracowanych przez siebie środków i też ponoszą tutaj koszty. Ideą „śmieciówek” było pobudzenie zatrudnienia i to się udało. Wprawdzie rzeczywiście więcej niż 85k złotych rocznie zarabia nieszczególnie duża grupa osób, ale kto zagwarantuje, że rząd nie zacznie sukcesywnie obniżać tego progu dla całej reszty?

Krzysztof Krzemień:

@Kamil Mizera
A wyjaśnij mi proszę dlaczego takimi przywilejami (mam na myśli 50% koszt) mogą się cieszyć tzw. „twórcy”, czyli zatrudnieni na umowę o dzieło, a nie mogą się nimi cieszyć zatrudnieni na umowę-zlecenie. Czy bileter w kinie jest gorszy od programisty czy pisarza? Przecież to też praca, nie ma przywilejów etatu etc. Ale ci na zlecenie mają 20% kosztów uzyskania, a „twórcy” 50%. I gdzie są ci wszyscy, którzy tak ładnie piszą o sprawiedliwości społecznej, gdy przychodzi do KRUSu?

Kamil Mizera:

@Krzysztof Krzemień Akurat jeżeli chodzi o umowę zlecenie to uważam, że przydomek „śmieciowa” właśnie jej powinien zostać nadany w pierwszej kolejności. Ale bądźmy poważni, w tej zmianie nie chodzi o to, aby wprowadzić większą „sprawiedliwość społeczną”, ale aby wygenerować większe przychody do budżetu. Ja wcale nie uważam, że taki układ jest idealny, bo idealnie to by było, gdyby w Polsce panowały takie przepisy i była taka sytuacja gospodarcza, że pracodawcom opłacałoby się zatrudnianie ludzi na umowę o pracę z wszystkimi jej przywilejami. Ale tak nie jest.

Bartlomiej Postek:

@Kamil Mizera nie zgadzam się z twierdzeniem typu „nie chodzi o sprawiedliwość społeczną ale o większe wpływy do budżetu” – wyrównywanie obciążeń podatkowych to jest właśnie sprawiedliwość społeczna.

A co do argumentu, że osoby zatrudnione na umowę o dzieło, płacące realnie 9% podatku nie mają świadczeń zdrowotnych, emerytalnych etc. nie ma nic wspólnego z tą dyskusją. Ponieważ rozmawiamy o podatku dochodowych, świadczenia które wymieniłeś są finansowane przez normalnych podatników nie poprzez podatek dochodowy ale opłacanie składek. To już jest temat do oddzielnej dyskusji.

Kamil Mizera:

@Bartlomiej Postek można na to spojrzeć z innej perspektywy:) Jako rodzaju umowy: obciążamy was (pracujących na dzieło) mniejszym podatkiem, ale z resztą radźcie sobie sami, bo nie zostajecie objęci kodeksem pracy:) Poza tym umowy „śmieciowe” wciąż, zwłaszcza teraz, mają ważną rolę do spełnienia w pobudzaniu zatrudnienia. Oczywiście ta dyskusja jest dość „wirtualna”, bo jak wspomniałem, tyczy się dość niewielkiej grupy osób. A przy okazji, gdyby chodziło o „sprawiedliwość społeczną” to rząd wprowadziłby normalne stawki na wszystkich szczeblach zarobkowych:)

Bartlomiej Postek:

@Kamil Mizera ale takie nastawienie już teraz występuje w przypadku zatrudnienia osób z jednoosobową działalnością gospodarczą (niezwykle popularne rozwiązanie w wielu firmach) i przypadku zatrudnianiu osób uczących się na umowę zlecenie.

Nie zmienia to faktu, że jeśli ktoś nie dostaje świadczeń to w zamian jest zwolniony ze SKŁADEK a nie z PODATKU dochodowego. W zamian za podatek się dostaje inne usługi (edukacja, transport publiczny etc.) niż za składki (emerytura, renta, urlopy płatne) i kwestie te powinny być traktowane oddzielnie.

Kamil Mizera:

Ok, ale jak pisałem, to nie ma nic wspólnego ze „sprawiedliwością społeczną”. Gdyby o to chodziło, opodatkowano by wszystkie umowy o dzieło, bez względu na zarobki, ale rząd tego nie zrobi, bo przy okazji dorżnąłby rynek pracy.

IV. Czwartek – Autor Tomasz Popielarczyk.

Czy ta zima będzie należała do Goclever? Producent ujawnił swoje plany na Q4 2012. Zima w wydaniu GOCLEVER zapowiada się bardzo interesująco. Cieszy mnie ogromnie fakt, że oferta firmy sukcesywnie poszerza się o nowe, niebanalne i wydajne (przynajmniej na papierze) urządzenia. Jednocześnie jestem bardzo ciekawy, czy wypalą nowe inicjatywy, czyli smartfony i urządzenie hybrydowe. Musimy powiedzieć sobie jednak szczerze, że niska cena urządzeń z logo GOCLEVER wiąże się z koniecznością oszczędzania na poszczególnych etapach produkcji. Oby na tym nie ucierpiał końcowy użytkownik, bo przykro by było dowiedzieć się, że ceną za dwurdzeniowy procesor będzie kiepskie wsparcie serwisowe czy awaryjność gadżetów. Choć nie ukrywam, że póki co testowany przeze mnie M703G spisuje się całkiem nieźle. Ale o nim szerzej napiszę już przy innej okazji.

Damian Wasil:

Także z niecierpliwością czekam na recenzje, zastanawiałem się nad zakupem taniego tabletu, ale po przejrzeniu kilku modeli 7 ‚ firm (ainol, shiro, co clever) ciągle nie wiem co wybrać

Tomasz Popielarczyk:

Warto zatem chwilę jeszcze poczekać. :) W przeciągu tygodnia powinienem dogłębnie sprawdzić możliwości M703G i przygotować wyczerpujący tekst na ten temat. W razie jakichkolwiek pytań lub sugestii, na co zwrócić uwagę, pisz śmiało :)

Dariusz Manda:

Zaczynałem od nawigacji Goclevera, potem doszedł tracker, a niedawno również tablet – ze wszystkiego jestem zadowolony i wszystko wciąż dobrze się spisuje. Także fajnie, że Goclever się rozwija :-)

Paweł Kosiński:

Szczerze mówiąc… dalej nie widzę tabletu dla siebie, czyli:
– od 7 do max 9 cali (najlepiej 7-8, mieści się w kieszeń i idealne na nawigację, reader, etc.)
– dual-core CortexA9 + quad-core mali400, 1GB RAM, 8-16GB Flash SD
– Bluetooth, GPS, 3G (popatrzyłem na stronie goclevera i chyba żaden z 1GB RAM nie ma tych ficzerów)
– możliwość podpięcia klawiatury z dodatkową baterią, ew. też drugą kardą SD

Za taką konfigurację spokojnie Goclever mógłby sobie zażyczyć ok. 1000zł i tablety poszłyby moim zdaniem jak świeże bułeczki. Pasuje mi Samsung GT 7,7″, ale to drożyzna, choć bebechy jak w Tab 2 7″, jedynie wyświetlacz większy… to cena o 50% wyższa.

Prośba do Goclevera: zróbcie model 7,7″ cali, wielkości Nexusa – dokładnie jak Samsung, tylko w okolicach tych 1000zł, a będziecie moją ulubioną firmą ;) Opcją byłby jeszcze Ainol (Fire), tylko tam nie ma GPS i 3G, a to się przydaje… no i weź coś kup :D Ciągle czekam na to pasujące urządzenie :)

Piotr Teicher:

Ostatnio zaprezentowali 7″ z GPS, 3G, 1GB RAMu i matrycą IPS. Śmigało to na Cortex A9 1Ghz oraz miało grafikę Mali400 (ręki nie dam sobie uciąć ile rdzeni ta grafika miała). Wbudowanej pamięci było 8GB. Wszystko za jakieś 700-800zł.

Ainola Fire posiadam sam, o ile nie były u mnie GPS i 3G czymś ważnym, to jednak byłyby przydatne.

Paweł Kosiński:

Też kiedyś myślałem, że te 3G i GPS nie są istotne… ale używałem jakiś czas Samsunga GT 8,9″ LTE i w podróży – rewelacja, w domu też świetnie się spisuje, ale jako nawigacja do samochodu trochę za duży ;) Dlatego coś wielkości 7, maks 8 cali i podobnych bebechach byłoby idealne.

Polski Ainol podobno pytał producenta o 3G, ale dostali odpowiedź, że na rynku azjatyckim to nie jest szczególnie potrzebne… więc na razie nie planują montowania modułów łączności. A szkoda :/ Wtedy już nie trzeba nawigacji w samochodzie, Yanosik czy jakiś inny „ostrzegacz” sobie działa, dodatkowo radio np. przez Aero2 (połączenie Łódź-Wawa, sygnał jest właściwie cały czas)…

Piotr Teicher:

Popatrzą za jakiś czas i władują. Aktualnie czekam na aktualizacje Androida dla mojej Aurory 2 i Fire ;) Ja nie potrzebuję, mam komórkę od tego i w razie potrzeby sobie WiFi robię, ale jest to niewygodne. Mam nadzieję, że Ainol się obudzi, gdyż Fire jest dość dobrą konkurencją dla Nexusa 7″ – niewiele niższa wydajność przy dość niskiej cenie. Aurorę kupiłem w Polsce za 700zł, Fire za 500zł prosto od producenta. To u nich lubię – bez pośrednika na prawdę jest tanio. Teraz myślę właśnie dla tym GoCleverem z 3G, ale poczekam na opinie w internecie. Z GC mam dość niemiłe doznania i jestem ostrożny. Tanie są moim zdaniem lepsze od droższych (tabletów). spełniają swoją funkcję równie dobrze. Posiadam iPada 2 i jakoś mnie nie zachwycił na tyle, abym kupił nowszego ;)

V. Piątek – Autor Jan Rybczyński.

Ingress – przejmij władzę nad umysłami wszystkich ludzi. Globalna gra mobilna od Google. Ingress to gra na urządzania mobilne, która od wczoraj jest dostępna na Androida. Podobnie jak inne gry tego rodzaju, wykorzystuje mapy i naszą lokalizację do tego, aby do świata realnego dodać nowe, fikcyjne elementy. W grze znajdziemy dwie antagonistyczne grupy: oświeconych (The Enlightened), którzy chcą przejąć władze nad energią oraz grupę oporu (The Resistance), która chce tę energię zwalczać. W uproszczeniu gracze gromadzą wirtualną energię, określoną jako XM, poprzez przebycie określonych ścieżek, coś co może przypominać Pac-Mana przeniesionego na mapę prawdziwych miast. Następnie zebraną energię można wykorzystać poprzez podejmowanie różnych misji wchodząc w portale. Portalami natomiast są różne publiczne miejsca, takie jak pomniki, biblioteki i im podobne. Aktywność fizyczna i zwiedzanie zarówno nowych jak i znanych miejsc jest głównym komponentem gry.

Niantic Labs, będący startupem wewnątrz Google, zatrudnił twórców gier, scenarzystów i artystów, aby tworzyli oni interesujące scenariusze dla graczy z miesięcznym wyprzedzeniem, tak aby gra ciągle się rozwijała i podążała za poczynaniami użytkowników telefonów, żeby była przez nich współtworzona. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie ma to być produkcja bez końca, która umrze śmiercią naturalną wraz z utratą zainteresowania graczy z całego świata. Hanke planuje zakończenie za jakieś mniej więcej półtora roku, kiedy wszystko się wyjaśni i prawdopodobnie wygra któraś z frakcji.

Karol Barkowski:

Kurka, jak dla mnie to wygląda ciekawie. Z dzieciakami można by sobie ciekawy wypad na miasto zrobić i w ciekawy sposób pozwiedzać kilka miejsc. Miło spędzony dzień gwarantowany. Wszystko więc fajnie, jak ktoś traktuje to jak przyjemną rozrywkę.
Z drugiej strony – zobaczcie ilu ludzi podchodzi do zwykłych gier niemal ideologicznie. Żyją w wirtualnym świecie i nie potrafią radzić sobie w prawdziwym. Myślicie, że dużo czasu mninie nim pojawi się idiota, który tak wkręci się w rozgrywkę, że pomyli ją z prawdziwym życiem?

Krzysiek Gawron:

Ja dostałem wczoraj zaproszenie do gry od kumpla który pracuje w Google.
Dzisiaj rano w drodze do pracy zrobiłem 3 misje szkoleniowe, klimat jest niesamowity do tego stopnia że zboczyłem z normalnej drogi aby dostać się do portalu ;). Nie mogę się w sumie doczekać aż wyjdę z budynku i zobaczę co można robić dalej. Niestety nie mam jeszcze żadnych zaproszeń które mógłbym wysłać.

Arkadiusz Polak:

Aplikacja na Androida jest średnio stabilna. Przy 3 misji treningowej nie wyświetla mapy co uniemożliwia grę. Już podczas pierwszej misji były problemy, kulki z energią pojawiły się dopiero po kilkukrotnym restarcie aplikacji. Podczas działania pobiera spore ilości danych.
Mało jest punktów oznaczonych jako portale, w Częstochowie tylko przy kilku pomnikach, zapewne z czasem zwiększy się ich liczba podobnie jak z użytkownikami.
Dostępna jest też wersja www z oznaczeniem portali – http://www.ingress.com/intel
Zaproszeń na razie brak, twórcy będą rozdawać pule zaproszeń stopniowo, także dla uczestniczących już w grze użytkowników. Poza tym trzeba brać pod uwagę, że wydarzenia w świecie gry będą kreowane stopniowo w miarę rozwoju fabuły.
Jeśli będzie rozwijana ilość punktów, a gra przyciągnie większą ilość użytkowników to będzie hit ;)

Konrad Dziech:

Ingress jest podobny pod kilkoma względami do Streetquest – Run is a game, który od ok.2 tyg. jest już na Play Market. SQ to multiplayer bieganie po mieście za gwiazdkami lub malowalowanie ulic swoim kolorem. Gdy jest więcej osób to jest zabawa. Jest to jednak bardziej sportowa gra no i widać, że nie ma za sobą takiej bogatej corporation jak Ingress.

VoodooDance:

Voodoodance pracuje nad podobną grą, start w lutym 2013. Będzie kilka podobieństw do Ingressa: przenikanie się światów, współpraca z firmami w umieszczaniu prawdziwych rzeczy w wirtualnym świecie i vice versa. Będzie też kilka różnic: gra nie będzie tylko dla geeków z Androidem, scenariusz będzie bliższy życiu niż walki między różnymi frakcjami ale dzięki naszemu zaawansowanemu silnikowi gier będziemy dawać graczom możliwość poprowadzenia swojej ścieżki w nieprzewidzianym kierunku, no i w ogóle w grze będzie spory element chaosu, tak jak w życiu. Gra będzie wieloplatformowa, silnik był przetestowany podczas projektu aplikacji 2nd screen na EURO 2012 i Igrzyska dla TVP, aplikacja działa na www, FB i mobile (iPhone, Android, Java).