the eddy serial recenzja
2

Tym się kończy zatrudnienie zdobywcy Oscara przez Netflix. Jego serial na pewno się wyróżni. „The Eddy” – recenzja przedpremierowa

Zdobywca Oscara za film "La La Land", budżet Netfliksa, zupełna swoboda artystyczna i świetna obsada, w której pojawia się Joanna Kulig. Czy cokolwiek więcej jest potrzebne, by stworzyć dobry serial? Przedpremierowo oceniamy mini-serię "The Eddy" od Damiena Chazelle.

„The Eddy” to kwintesencja talentu Damiena Chazelle

Twórca „La La Land” i „Pierwszego człowieka” wraca z nowym projektem

Zapowiedzi „The Eddy” były naprawdę huczne, bo pod każdym aspektem projekt ten sprawia wrażenie wyjątkowego. Za całość odpowiada Damien Chazelle, które na pewno pamiętacie dzięki „La La Land” czy „Pierwszemu człowiekowi”. Obrazy te są różne od siebie, ale mają jeden wspólny mianownik – to filmy artystyczne, w których pierwszych skrzypiec nie odgrywają akcja i dynamiczne sceny. Chazelle uwielbia bawić się formą, pokazywać nietypowe kadry i tworzyć coś oryginalnego od początku do końca. W przypadku serialu dla Netfliksa sytuacja jest analogiczna: tematyka, obsada, sposób kręcenia i nawet warstwa językowa „The Eddy” rzadko powielają jakiekolwiek schematy. Taka mieszanka na pewno wyróżnia się na tle innych produkcji, ale czy przypadnie Wam do gustu?

Polecamy: Dokument „Ostatni taniec” ogląda się jak solidny film akcji. Cóż za piękne widowisko!

Mini-seria skupia się na Elliocie Udo (Andre Holland), który wraz z partnerem Faridem (Tahar Rahim) starają się rozkręcić klub z muzyką na żywo w Paryżu. Wszystko spoczywa na ich barkach, począwszy od doboru członków zespołu, przez repertuar muzyczny i własne kompozycje, a na prowadzeniu biznesu kończąc. Jak można podejrzewać, nie jest to łatwy kawałek chleba, o czym przekonują się każdego dnia. Dodatkowo, obydwaj borykają się z osobistymi problemami. Elliot stara się naprawić relacje z wokalistką Mają (Joanna Kulig) oraz własną córką, która niespodziewanie przylatuje z Nowego Jorku i to nie na krótkie odwiedziny.

Miło popatrzeć i posłuchać

Już od pierwszych scen jasne jest, że nie będziemy mieli do czynienia z produkcją nastawioną na wartką akcję. Sceny dialogów przeplatają się z ujęciami samotnych lub grupowych podróży ulicami Paryża, a także próbami muzycznymi przeróżnych kapeli. Wiele z nich nakręconych zostało bez statywu, dlatego często oglądamy trzęsący się obraz, a to na początku jeszcze bardziej zachęca do dalszego oglądania, bo w ten sposób niejako czujemy się bliskimi świadkami tych wydarzeń.

Czytaj też: Czy tego chcecie, czy nie, piąty i szósty sezon „Domu z papieru” najwyraźniej powstaną

Im częściej jednak ten zabieg jest stosowany, tym coraz bardziej czułem się zniechęcony do seansu, ponieważ pozostanie skoncentrowanym w trakcie takich było nie tyle nazbyt wymagające, co męczące. Jest to jednak mój najpoważniejszy zarzut wobec „The Eddy”, ponieważ poza tym warstwa audiowizualna serialu jest ucztą dla oka i uszu. W trakcie seansu można zwrócić także na kilka innych, pomniejszych niedociągnięć, ale nie mają one tak drastycznego wpływu na odbiór serialu.

„The Eddy” to odskocznia, która jest bardzo potrzebna

Mini-serię opisałbym jako dość powolnie rozkręcającą się opowieść, z którą obcowanie przypomina lekturę książki z dedykowaną jej płytą ze ścieżką dźwiękową. Chazelle nakręcił serial, którego kluczowymi atutami są bohaterowie, ich codzienne rozterki i klimat światka, za którego kulisy zbyt często się nie zagląda. Artystyczne podejście Chazelle’a do projektu nie będzie docenione przez wszystkich, ale z tym liczyli się prawdopodobnie sam twórca i platforma. Nie sądzę, by „The Eddy” zdołał zebrać tak liczną grupę fanów jak udało się to serialom „Dark” czy „Dom z papieru”, bo ta produkcja miała zupełnie inne cele do zrealizowania. Nie zrobiono tego bezbłędnie, ale cieszę się, że serial zrealizowano, bo taka odskocznia od zawiłych zagadek oraz czystej rozrywki jest bardzo, bardzo potrzebna.

Nasze ostatnie recenzje: