6

Oto film akcji dla fanów Johna Wicka. Tyler Rake: Ocalenie – recenzja

Netflix ma w swoim dorobku sporo filmów, które mogłyby trafić do kin, zamiast gościć bezpośrednio na naszych telewizorach. "Tyler Rake: Ocalenie" to zdecydowanie jeden z nich, a dla fanów Johna Wicka będzie miłym przystankiem w oczekiwaniu na nową część.

Twórcy filmu „Tyler Rake: Ocalenie” znowu razem

Chris Hemsworth i Joe Russo to duet, który zna się doskonale z planów produkcji Marvela, szczególnie Avengersów. Tym razem postanowili razem stworzyć coś zupełnie innego. Drugi z wymienionych dżentelmenów przygotował scenariusz filmu „Extraction”, który w Polsce zadebiutuje jako „Tyler Rake: Ocalenie”, a w głównego bohatera akcyjniaka wciela się właśnie Hemsworth. Do nich dołączył Sam Hargrave, który niedawno wystąpił w „Ptakach nocy”, a teraz wyreżyserował dla Netfliksa film, który zobaczycie 24 kwietnia. To bardzo ciekawe połączenie doświadczenia i talentów, które na zwiastunach wyglądało co najmniej obiecująco. Doskonale jednak wiemy, że wiele dobrze zapowiadających się tytułów nie spełniało pokładanych w nich oczekiwań. Tym razem 2 godzinny seans mija bardzo szybko i… niezwykle nieprzyjemnie. Ale nie dla nas, a dla Tylera Rake’a. My, widzowie, bawimy się przy tym znakomicie.

Polecamy: Przecieram oczy ze zdziwienia – nie uwierzycie, jak Netflix urósł w czasach pandemii

Znana historia opowiedziana w nowy sposób

Produkcji, w których doświadczeni przez życie i niepokonani agenci sił specjalnych czy byli wojskowi wychodzą z każdej opresji, było co nie miara. Sceny, w których wrogowie nie są w stanie trafić w naszego bohatera stojącego na wprost nich, za to on odpowiada im niezwykle dokładnymi i szybkimi strzałami, zawsze będą budzić więcej uśmiechu, niż podziwu, ale trzeba przyznać, że przedstawienie ich w odpowiedni sposób może nieco zamydlić oczy widowni, która zapomni o takich głupotkach i będzie emocjonować się kolejnymi bijatykami oraz strzelaninami. Jednocześnie umieszczenie w centrum wydarzeń postaci z krwi i kości, z którą będziemy sympatyzować i jej kibicować, to dość trudne zadanie. Rake musi dowieść przed nami i przed sobą, że nie jest tak beznadziejnym przypadkiem, za jaki go można uważać.

Czytaj też: Za takie funkcje uwielbiam Netfliksa. Zablokuje Twój ekran 

Nie wyglądająca z pozorów na samobójczą misja odbicia syna barona narkotykowego to kolejne zadanie, którego podejmie się Tyler Rake. Skrupulatnie ułożony plan, wprawieni członkowie ekipy i jasny cel to początek każdej takiej misji, ale wszyscy dobrze wiemy, jak wiele pójdzie nie tak. Starający się wydostać młodego chłopaka z Bangladeszu Rake nawet nie wie, w jakie bagno się wpakował. Przekonać się o tym możemy w kilku początkowych scenach, gdy dane nam jest poznać przeciwnika ojca chłopaka. To bezwzględny i trzymający w kieszeni wszystkie lokalne służby tyran, gotowy nawet wydać polecenie zrzucenia z dachu kilkuletnie dzieci. Tyler, który uważa, że nie ma już nic do stracenia, zacznie działać instynktownie, ale nie wiadomo, jak zachowa się, gdy zostanie sam na placu boju z wyborem pomiędzy porzuceniem chłopaka a wpędzeniem się w jeszcze większe kłopoty próbując wywieźć go z miasta.

Film akcji, który miewa momenty z Johna Wicka

Akcja filmu zabiera nas w skrajne rejony Indii – od bogactwa i przepychu w pustych od ludzi willach, po getta i slumsy, gdzie dzieci dzierżą karabiny. Trzeba przyznać, że jest to wszystko naprawdę świetnie nakręcone i pod względem wizualnym trudno mi się do czegokolwiek przyczepić. Sceny akcji momentami przypominają walki z Johna Wicka, gdzie jeden bohater jest w stanie powalić przeróżnymi metodami kilkunastu przeciwników. Poziom efektowności może się podobać, tym bardziej że Hemsworth zdaje się w wielu scenach samodzielnie radzić sobie z układami pojedynków, co dodaje całości wiarygodności. Nie brakuje humoru i to całkiem udanego, choć nie przesadzono z nim. Na całe szczęście.

Co ma nam zapewnić dobry film akcji? Przede wszystkim ma dostarczyć rozrywki i frajdy, najczęściej przez efektowne bijatyki, strzelaniny i pościgi. „Tyler Rake: Ocalenie” stoi właśnie na takich fundamentach, dodając do tego miłą dla oka oprawę wizualną i udźwiękowienie. Historia może nie jest zbyt oryginalna czy odkrywcza, a o wiele ważniejszy jest sposób jej opowiedzenia. Ewidentnie widać, że choreografię walk dobrze przemyślano i zaplanowano. Szkoda tylko, że w całej tej kompozycji muzyka nie odgrywa tak istotnej roli – może wpaść w ucho i wypełnić sceny, ale samodzielnie jest niezapamiętywalna. Na koniec dodam, że nie spodziewałem się, by element budowania relacji pomiędzy Rake’em a ratowanym przez niego chłopakiem mógł być w tak dużym stopniu, a jednocześnie umiejętnie eksploatowanym tematem. To bardzo miły dodatek, dzięki któremu ten widowiskowy film nabiera charakteru. Klimat produkcji odrobinę odbiega od stylu Johna Wicka, ale fani tej serii na pewno podczas „Tyler Rake: Ocalenie” nudzić się nie będą.

Czytaj też: Psychodeliczny odlot w głąb nas samych… i to w pełni legalnie! The Midnight Gospel – recenzja

Ocena filmu „Tyler Rake: Ocalenie” – 7/10

Premiera na Netflix 24 kwietnia.