1

Tesla jak Apple. Czy zapłaci za stare błędy konstrukcyjne?

tesla model s
Tesla to firma, która dokonała tego, w co praktycznie nikt nie wierzył, stworzyła rynek samochodów czysto elektrycznych i udowodniła, że ma to wszystko ręce i nogi. To nie oznacza jednak, że w czasie swojej drogi nie popełniła błędów. Popełniła i to całkiem dużo, tak jest cena postępu wywołanego praktycznie w pojedynkę. Za jeden z nich przyjdzie im być może słono zapłacić, przy czym winnym nie będą głównie stare błędy, ale niezrozumiałe zignorowanie procesu sądowego.

Tesla downgrade

Opisywana tutaj sprawa dotyczy części samochodów Tesla Model S wyprodukowanych w latach 2013 – 2015 r. Samochody z tamtych lat nie były raczej chwalone za jakość wykonania, trapiło je dużo chorób wieku dziecięcego, a koncern zbierał dopiero dane na temat działania jego podsystemów w praktyce. Jednym z efektów tych analiz były aktualizacje oprogramowania, które optymalizowały pracę baterii i innych komponentów.

Jedna z tych aktualizacji, mający miejsce w 2019 r. był w swoich charakterze bardzo podobny do tego, co zrobiło Apple z iPhonem i tzw. „battery gate”. Firma, w celu jak to opisano „ochrony baterii i poprawy jej długowieczności” zmieniła parametry pracy samochodu w ten sposób, że Tesle straciły część zasięgu (niektóre egzemplarze nawet ok. 50 km), spadła też szybkość ładowania samochodów na stacjach Tesla Supercharger.

Głowę w piasek

Firma poinformowała, że będzie to miało wpływ tylko na niewielki procent samochodów, ale… nie zrobiła nic więcej. Zamiast dogadać się z właścicielami samochodów z mocno obciętymi parametrami, zaoferować im jakąś refundację, włączyć dodatkowe wyposażenie, zrobić cokolwiek… Dodajmy, że kto jak kto, ale Tesla dzięki zbieraniu na bieżąco informacji ze swoich samochodów doskonale wie, w których samochodach zmiany nie poszły tak, jak powinny.

Nic dziwnego, że posiadacze samochodów dotkniętych np. 11% spadkiem baterii ponad to, co zostało określone jako standardowe zużycie, poczuli się oszukani. Procesy z tego tytułu wytoczono producentowi w kilku krajach, a pierwszy, norweski, zakończył się właśnie wyrokiem. Wyrokiem delikatnie mówiąc dla Tesli bardzo niekorzystnym, a w perspektywie mogącym kosztować tę firmę miliony dolarów.

30 wkurzonych, jeden… nieobecny

Postępowanie dotyczące pozwu złożony przez 30 właścicieli Modelu S odbył się, co szokujące, pod nieobecność przedstawicieli Tesli. Według doniesień norweskiej prasy Tesla na pozew w ogóle nie zareagowała i wyrok musiał zostać wydany zaocznie. Sędzia ustalił kwotę odszkodowania w wysokości 16000 dolarów od samochodu.

Pół miliona dolarów nie jest kwotą, która kogokolwiek by szokowała, ale trzeba pamiętać, że w Norwegii „zagrożonych” egzemplarzy jest około 10 tys. Wygrana z pewnością będzie głośna, co może skłonić innych właścicieli tych samochodów do złożenia podobnych pozwów. A wtedy kwoty mogą zrobić się naprawdę poważne. Co więcej, ten wyrok z pewnością dotrze także do innych krajów, w których toczą się postępowania w tej sprawie i mogą mieć wpływ na decyzję tamtejszych sędziów. Procesy w tej sprawie mają toczyć się m. in. w Stanach Zjednoczonych i Danii.

Pomroczność jasna?

Podejście Tesli w tej sprawie jest szokujące. O ile jakoś można było zrozumieć próbę przeczekania sprawy na zasadzie „a może nic się nie stanie”, to w momencie kiedy do sądów wpłynęły pozwy, należało błyskawicznie reagować, próbować się dogadać czy wymyślić jakiś program rekompensat. Przykład klawiatury motylkowej Apple pokazuje, że dziś odpowiednio zdeterminowani konsumenci są w stanie wywalczyć niemałe pieniądze, tym bardziej, gdy sprawa tak jak tutaj, jest oczywista.

Wydaje się też, że zaczynamy obserwować pierwsze niekorzystne efekty braku działu PR w Tesli. Firma stała się już zbyt duża, działa na zbyt wielu rynkach, żeby sam Musk dał radę to wszystko ogarnąć. Musk, który dodajmy w wielu aspektach zachowuje się niezbyt racjonalnie i potrafi ściągać na firmę problemy, zamiast ją z nich wyciągać. Sprawa tej aktualizacji ma potencjał, żeby być dla niego naprawdę trudnym wyzwaniem.

Źródła: [1], [2]