Gry

Najlepsze gry, w których wcielaliśmy się w celownik

PW
Paweł Winiarski
1

Dziś na rynku gier rządzą battle royale i trochę zapominamy o tym, że są też inne gatunki. Choć w tym przypadku raczej “były” - produkcje z gatunku “celowniczki” mają już najlepsze lata dawno za sobą. Oto najlepsze z nich.

Mówiąc szczerze trochę o tym gatunku zapomniałem i bardzo zaskoczyła mnie nowa produkcja ze świata Halo. Były RTS-y, przyszła pora właśnie na celowniczki.

Z jednej strony wygląda to bardzo nowocześnie, z drugiej czerpie pełnymi garściami z klasyków (drewniane, wyłaniające się zza osłon postacie). Podejrzewam, że na pokazanym w filmie zestawie grałoby się rewelacyjnie, nawet jeśli to tani skrzypiący plastik.

Najlepsze celowniczki

A skoro tak duży gracz jak Microsoft i tak duża seria jak Halo przypominają nam o tym wymarłym rodzaju, postanowiłem przygotować listę kilku moim zdaniem najlepszych gier tego specyficznego, niszowego gatunku. Gwarantuję Wam, że przy każdej z nich będziecie się bawić wyśmienicie.

Duck Hunt

Klasyk przez duże K. To właśnie od Duck Hunt rozpoczęła się moja przygoda z celowniczkami na szynach. Gra trafiła na NES-a, większość z nas zna ją oczywiście z Pegasusa, do którego pistolet był wręcz obowiązkowy. Jak sama nazwa wskazuje strzelamy do kaczek. W pamięci zostały mi jednak nie same strzały czy ptaszyska, ale śmiejący się pies, który tak właśnie podsumowywał nasze nieudane zmagania ze strzelbą.

Until Dawn: Rush of Blood

Świeżynka, która wykorzystuje dobrodziejstwa gogli PlayStation VR. Tak, dobrze zrozumieliście, klimatyczny celowniczek w wirtualnej rzeczywistości. Bazuje na świetnym przygodowym horrorze Until Dawn, niestety tylko luźno do niego nawiązuje. Wsiadamy w wagonik kolejki i z jego pokładu strzelamy do wyłaniających się przeciwników. Ale emocje, głównie ze względu na VR, potrafią być naprawdę mocne.

Time Crisis II

Gra trafiła najpierw na automaty, potem na PlayStation 2 i była sprzedawana razem z lightgunem, czyli pistoletem podłączanym do konsoli. W Time Crisis 2 wcielaliśmy się w agentów, których zadaniem było powstrzymanie korporacji Neodyne Industries. Co ciekawe, amunicja była tu nieograniczona (trzeba było tylko zmieniać magazynki), poza celnym okiem kluczowe liczyło się również umiejętne ukrywanie się za osłonami.

The House of the Dead: Overkill

Powiecie, że każdy inny House of the Dead był lepszy, a ja odpowiem że dla Overkill kupiłem pistolet do Nintendo Wii. Choć pistolet to za duże słowo - akcesoria do tej konsoli były szkieletami dla pada, wiilota. The House of the Dead: Overkill to oczywiście strzelanie do nieumarłych - specyficzne prowadzenie “historii” i stylówa filmów klasy B (lub niżej) sprawdziła się w tej grze idealnie.

Dead Space: Extraction

Spinoff popularnej w swoich czasach serii Dead Space. Mamy więc ten sam ciężki, mroczny klimat, kosmos w którym nikt nie usłyszy Waszego krzyku. Podobnie, jak w “dużych” odsłonach, przeciwnikom można było odstrzelić (lub odciąć) kończyny - może nie atak finezyjnie, ale zawsze to dodatkowa rozrywka.

Virtua Cop

Wydane na automaty, Segę Saturn i PC (tam właśnie ogrywałem) przygody policjanta. Czy raczej celownika, w który wciela się gracz mający za cel wyeliminowanie oprychów. No, ale ok - bohater miał imię - Michael Hardy i mógł współpracować ze swoim partnerem, Jamesem Coolsem - w którego wcielał drugi gracz. Poza strzelaniem do przestępców, trzeba było wykazać się celnym okiem by ustrzelić również granaty i...pociski z wyrzutni rakiet. Co ciekawe, gra nie była do końca liniowa, pozwalała co jakiś czas wybrać trasę.

Silent Scope

Najpierw automaty, potem konsole - czyli standard jeśli chodzi o celowniczki. W przypadku Silent Scope padło jednak na PlayStation 2 oraz Dreamcasta. I choć gra powiela schematy znane z Time Crisis czy Virtua Cop, to wejście w skórę policyjnego snajpera daje już trochę inną perspektywę. Szczególnie, że strzelaliśmy nie tylko do wrogów wyłaniających się w pobliskiej okolicy, ale również do tych oddalonych - oczywiście przy użyciu lunety.

Celowniczki nazywano również strzelaninami na szynach i nie chodziło wcale o to, że wsiadaliśmy do wagonika jak w Until Dawn: Rush of Blood. Zadaniem gracza było strzelanie, za ruch odpowiedzialna była natomiast sama gra i nie pozostawiała w tym aspekcie swobody (poza dostępną w niektórych produkcjach możliwością wyboru jednej z kilku ścieżek). Często na końcu etapów pojawiał się boss, w którego trzeba było strzelać dłużej, najczęściej celując w konkretne punkty.

Sama punktacja była też w tego typu produkcjach dość istotna, to powiem kwintesencja gier typu arcade. Dlatego też tak dobrze czuły się we wszelkiej maści salonach z automatami. Jeśli kiedykolwiek stanęliście przy takim urządzeniu to doskonale wiecie, że domowe konwersje nie były w stanie oddać w 100% klimatu towarzyszącego graniu na takim sprzęcie. Maszyny pozwalały poczuć się jak na prawdziwym polu walki - na tyle, na ile to oczywiście było w tamtych latach możliwe. Tego typu sprzęty można jeszcze w różnych miejscach spotkać i kiedy tylko mi się to udaje, od razu wrzucam do nich pieniądze. Kawał historii elektronicznej rozrywki, szkoda, że to już zapomniany gatunek.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: