Samsung

Galaxy S22 Ultra to fotograficzny potwór. Sprawdzaliśmy to na Islandii

72

Islandia. Kraina wulkanów i gejzerów. To tu kręcono „Grę o Tron”, „Interstellar”, „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie” i wiele innych produkcji. Kiedyś kraj pogrążony w kryzysie, dziś jedna z czołowych gospodarek Europy. Wydawałoby się, że w krainie mlekiem i miodem płynącej mieszkańcy nie mają żadnych problemów. Ale wystarczy porozmawiać chwilę z zatrudnionymi tam Polakami, by zacząć dostrzegać też drugie oblicze tego państwa.

Na Islandię lecimy z Samsungiem. Cel – testowanie możliwości całego ekosystemu Galaxy, oczywiście z naciskiem na fotografię w modelu Galaxy S22 Ultra. Ja większych wątpliwości co do tego co potrafi ten smartfon nie miałem – pisałem zresztą o tym w jego recenzji. Oczywiście można się spierać, czy to najlepsze urządzenia na rynku, niektórzy użytkownicy donosili o kłopotach z działaniem GPS, inni z ekranem. Osobiście niczego takiego nie doświadczyłem. Za to nie spotkałem nikogo, kto nie byłby zachwycony tym, co potrafi wykrzesać z siebie aparat. Niesamowity 10x zoom optyczny (oczywiście jest również 3x) daje nam całe morze możliwości. A paradoksalnie najbardziej podoba mi się to, że Samsung zastosował niemal identyczną optykę co w zeszłorocznej Ultrze. Nie silił się na „więcej pikseli” – które oczywiście łatwo jest sprzedać marketingowo, ale tak naprawdę nic już nie dają. Zamiast tego poprawił oprogramowanie, zastosował lepszy procesor NPU – odpowiedzialny za analizę obrazu i dobór algorytmów. Przyznacie sami, że nie brzmi to specjalnie podniecająco. Ale za to jak działa…

Lecimy

Wylot mamy wieczorem. W tamtą stronę to 2,5h, powrót – 6,5h. Oczywiście to żart, czas przelotu jest zawsze taki sam, czyli 4,5 h, ale jest dwugodzinna różnica czasu. Przejazd z lotniska do hotelu w Reykjaviku zajmuje 45 min, w pokojach czeka na nas po kanapce i trzeba iść spać, bo rano wyruszamy na pierwszą fotograficzną wyprawę – wodospady.

Islandia jest wyspą o powierzchni 103 125 km². Mieszka na niej ponad 360 tysięcy osób. Największą kolonią obcokrajowców są Polacy – stanowimy prawie 6 proc. ludności – to ponad dwadzieścia tysięcy. I rzeczywiście słychać to wszędzie – na ulicach, w restauracjach, hotelach – za każdym razem spotykaliśmy pracujących tam rodaków. W większości młodych, ale są również osoby w średnim wieku, jak nasz kierowca autokaru – przesympatyczny Pan Marek. Na oko po pięćdziesiątce, mieszka na Islandii z dorosłym synem, żona w USA. I jak to kierowca – lubiący porozmawiać.

Islandia, Reykjavik. Zdjęcie zrobione o 22.21

Naszą przewodniczką jest Ola. Warszawianka, obywatelka świata, która 7 lat temu przyleciała na Islandię. Najpierw na miesiąc. Potem – już na stałe. Jak mówi – po raz pierwszy w życiu robi to co lubi, to co chce i co sprawia jej przyjemność. Jest przewodnikiem, a oprócz tego projektuje i zakłada strony internetowe. I robi jeszcze kilka innych rzeczy – wszystko na swoich warunkach.

Ona i Marek to dwie różne osobowości. Ona – optymistka – on delikatny malkontent. Z jej ust nigdy nie usłyszeliśmy narzekania, z jego – wprost przeciwnie.

Wodospady

Wodospady na Islandii są wszędzie. Woda spada z zastygłych wieki temu brzegów lawy, tworząc malownicze kaskady. My pierwszego dnia zobaczymy trzy – Seljandassfoss, Skogafoss i Kvernufoss. Te akurat są państwowe, ale są również wodospady prywatne, z którymi właściciel może zrobić co chce. Np. zamknąć i pobierać opłaty za wstęp. Jak mówiła Ola – jedna z osób która tak zrobiła, straciła wszystkich klientów. Ale swojego postanowienia nie zmienia od kilku lat.

Największą atrakcją jest możliwość przejścia pod wodospadami. Można zrobić im zdjęcia od tyłu – coś, co nie zdarza się często. Ostatni był ukryty na końcu długiego kanionu – wszystkie magiczne.

Po wodospadach klif i czarna plaża Reynisfjatra. Jest określana jedną z najpiękniejszych i najniebezpieczniejszych plaż na świecie. Jeśli staniemy za blisko i porwie nas oceaniczna fala – możemy już nigdy nie wrócić. Ostatni taki przypadek był w tym roku, jednej osoby nie udało się uratować.

Na plaży po raz pierwszy widzimy maskonura. To jeden z symbolów Islandii. Ptaki się nie boją, podchodzą dość blisko, w czasach kryzysu swoją ufność do ludzi często przypłacały życiem. Jak mówi Ola – Islandczycy twierdzą, że ponoć są smaczne.

Maskonur, zoom 10x

Zmęczeni ale zachwyceni pięknymi widokami wsiadamy do autokaru. Marek przypomina o zapięciu pasów i będzie tak robił za każdym razem, do samego końca wyjazdu. Mandaty są bardzo wysokie.

Pytam się go, jak mu się żyje i pracuje. Mówi że jest ok., ale zarabia bardzo mało. Zaraz jednak dodaje, że do tego ma różne dodatki, m.in. za nadgodziny, roczne wyrównanie pensji o poziom inflacji. Z danych jakie można znaleźć w Internecie wychodzi, że jako kierowca można zarobić 15, 16 tys. zł netto. Podatek wynosi 40 proc. Ile zarabia Marek – nie chciał się przyznać.

Generalnie zarobki są bardzo wysokie – i to niezależnie od branży. Nic dziwnego, że jest tam tylu rodaków. Budowlańcy dostają ponad 20 tys. na rękę, kelnerzy około 15 tys. Wynajmują mieszkania by było jak najtaniej. Niektórzy zostają na dłużej, inni wracają po kilku miesiącach. Dlaczego?

Jak tłumaczy Ola – która z życia na Islandii jest bardzo zadowolona, rdzenni mieszkańcy nie dopuszczają do wyższych stanowisk obcokrajowców. I to niezależnie od kompetencji. Oficjalnie na przeszkodzie stoi nieznajomość języka – Islandzki jest niesłychanie trudny do nauki i nawet jeśli się nim po kilku latach posługujemy, to autochtoni zazwyczaj odpowiadają nam po angielsku. By podkreślić, że ich języka nie jesteśmy w stanie opanować.

Za to, jak wyjaśnia Marek – Islandia to kraj opiekuńczy (stąd tak wysokie podatki). Mieszkaniec dostaje np. od państwa pieniądze za to, że wysyła dziecko w wieku szkolnym na dodatkowe zajęcia, chociażby naukę pływania.

Do bardzo ładnego hotelu pośrodku niczego, nad kolejną czarną, powulkaniczną plażą, przyjeżdżamy około 20. Jest jasno, świeci słońce. I tak będzie niemal do 24.00.

Lodowiec

Ale zanim lodowiec, obowiązkowy kanion z… wodospadem. Tym razem obserwujemy go z góry a nie z dołu. Po lunchu wsiadamy w samochody z gigantycznymi kołami, które są pompowane dodatkowo podczas jazdy. Drogi asfaltowe są w Islandii wąskie, jest ich niewiele, żeby dojechać do lodowców trzeba z asfaltu zjechać i poruszać się niesłychanie wyboistymi szutrówkami. Którymi z lubością pędzą przewodnicy – taka atrakcja turystyczna.

Przed nami lodowiec Vatnajökull. Dla zwiedzających dla bezpieczeństwa obowiązkowe są raki, czekany oraz kaski. W ciągu ostatnich 10 lat jego poziom obniżył się o kilkanaście metrów. Kręcono na nim  Jamesa Bonda („A View to a Kill” z 1985 r., „Die Another Day” z 2022 r.), „Batman – początek” i oczywiście „Grę o Tron”.

Lodowiec spływa do jeziora, a właściwie zatoki Jökulsárlón, która wąskim przesmykiem wpada do Oceanu Atlantyckiego. Cisza jest przerywana trzaskami pękających kawałków lodu, kto ma szczęście, zobaczy również fokę.

Lodowe jaskinie i Ari

Kolejny dzień i kolejny lodowiec. Tu atrakcją są jaskinie, każdego roku inne, bo otwierają się i zamykają. Tym razem auto na gigantycznych oponach prowadzi Ari – zdecydowany faworyt damskiej części wyjazdu. Długi włos, stylowa czapka, sweterek. A w samochodzie na pełen full Ledd Zeppelin i Imigrant Song – piosenka napisana w 1970 r. przez zespół 6 dni po koncercie na Islandii.

Jaskinia, którą się wspinamy jest krótka i wąska. Po niej idziemy do kolejnego wodospadu a wieczorem wracamy do Reykjaviku. Z kolacji wychodzimy grubo po 23.00 i wszędzie jeszcze jest jasno. Na ulicach tłumy – wiadomo, piątek. Jak mówi nasza przewodniczka, jest bezpiecznie, ale widać, że miejscowi lubią się w ten dzień wyluzować.

Ostatni dzień to jazda skuterami po lodowcu. Najpierw trzeba się przebrać w skafandry, w których wszyscy wyglądają jak Pi i Sigma, czyli Przybysze z Matplanety. Do kompletu otrzymujemy kask i rękawiczki.

Oczywiście wszystkich instrukcji udziela nam Polak (przypadek), który został również naszym przewodnikiem podczas jazdy. Trwa ona około 50 min z krótką przerwą i zmianą kierowcy w połowie trasy. Na skuterze siedzą dwie osoby. Frajda jest nie do opisania, rozwijane prędkości nawet w okolicach 70 km/h, prowadzenie, wbrew moim początkowym obawom okazuje się proste – manetka gazu do oporu i jazda. Hamulca w zasadzie się nie używa, żeby zwolnić puszczamy gaz, by skręcić, trzeba się trochę przechylić. Na koleinach trzęsie, ale wyjechanie na dziewiczą taflę śniegu powoduje, że jedzie się gładko jak po autostradzie.

Obiad jemy na fermie pomidorów. Oczywiście obsługują nas Polacy (6 miesięcy na Islandii). Z pomidorów jest nawet piwo i deser. Hodowla jest tania, bo szklarnie są ogrzewane przez geotermę. Tak jest w całej Islandii, gdy mijamy jedną z takich elektrowni Ola mówi nam, że pracują w niej cztery osoby. Wszystko jest zautomatyzowane. Potem hotel, kolacja i wylot po północy.

Farma pomidorów
Deser pomidorowy

Jak spisał się Galaxy S22 Ultra?

Aspekt fotograficzny pozostawiam Wam do oceny. Jak dla mnie – rewelacyjnie. Zoom sprawdzał się wielokrotnie, miałem jeszcze ze sobą OnePlusa 10 Pro i tak jak przy powiększeniu optycznym 3.3x był ok., tak przekroczenie tej wartości było już bez sensu, zwłaszcza wieczorami, gdy dla naszych oczu wciąż było jeszcze jasno, ale światła wyłapywanego przez obiektyw było już mniej. W S22 Ultra w takich warunkach nawet 10x powiększenie nadaje się do wykorzystania, czego przykłady możecie znaleźć w tym tekście.

Zdjęcie zrobione o 00:04

Mnóstwo osób używa rysika – młodzi działający głównie na instagramie do zaawansowanej edycji zdjęć w firmowym edytorze. Świetnie spisywało się również robienie grupowego selfie przyciskiem na rysiku – trzeba było tylko jakoś ustawić smartfon. Zapytani jak jeden mąż mówili, że nie wyobrażają sobie już używania innego telefonu – kilka osób miało jeszcze starsze Noty.

Z mojej perspektywy były ważne dwie rzeczy – jakość zdjęć i bateria. Z tej pierwszej – jestem w pełni usatysfakcjonowany. Z drugiej też, ale nieco mniej. Na szczęście telefon wytrzymał mi każdy dzień od wyjazdu do powrotu do hotelu, ale dwa razy finiszowałem z jednym procentem. Natomiast spora grupa osób najaktywniejszych w mediach społecznościowych zazwyczaj  musiała posiłkować się powerbankiem. Oczywiście musimy wziąć pod uwagę to, że robienie zdjęć i kręcenie filmów to dla urządzenia bardzo mocne obciążenie i drenaż ogniwa jest większy, niż przy zwykłym używaniu. A tu trzaskaliśmy zdjęcia od rana do wieczora. Do tego smartfon zazwyczaj miał pod górkę, bo na lodowcu czy w jaskiniach zasięgu nie było i potem musiał szukać sieci. Najbardziej brakowało mi… szybkiego ładowania. Samsung konsekwentnie broni się przed stosowaniem ładowarek o większej mocy, ale na tego typu wyjazdach błyskawiczne napełnienie baterii jest nie do przecenienia. W Samsungach trzeba czekać dłużej niż gdzie indziej.

Generalnie jednak swojego zdania o tym telefonie nie zmieniam. Wprost przeciwnie, umocniłem sie jeszcze w przekonaniu, że to w tej chwili najlepszy foto smartfon na rynku. Szczerze nie wiem, co Samsung może jeszcze poprawić w kolejnej generacji.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

reportaż