7

ZTE chciało błysnąć na Kickstarterze. Na razie jest wielka klapa

Korporacje i crowdfunding? Wspominałem kiedyś, że trochę mnie to razi, nie podoba mi się, że firmy o ugruntowanej pozycji rynkowej działają w tym modelu, bo to kłopot dla mniejszych graczy. Wydawało się przy tym, że gigantów trudno będzie przekonać, by nie wchodzili na to pole: wizja łatwych pieniędzy i dużego szumu robi swoje, kusi. Idylla? Nie do końca - okazuje się, że czasem można wejść na minę, a doskonałym przykładem jeden z chińskich producentów.

ZTE, bo to o nim mowa, ma problem. Firma wystartowała z kampanią na Kickstarterze, liczyła na to, że klienci dopiszą i uda się sfinansować smartfon, zrobić wokół tego spore zamieszanie, a tu niespodzianka: szum może i jest, ale nie taki, o jaki chodziło – media wytykają korporację palcem, bo odzew społeczności jest zadziwiająco słaby. Firma próbuje ratować sytuację, lecz wydaje się mało prawdopodobne, by to miało pomóc.

W ubiegłym roku chiński producent wystartował z pomysłem Project CSX, czyli Crowd Sourced X. Idea była prosta: zwrócono się do ludzi z pytaniem o to, co powinno się znaleźć w telefonie ich marzeń. Oczywiście w granicach rozsądku, odpowiedzi w stylu „bateria, która wytrzyma rok na jednym ładowaniu przy intensywnym użytkowaniu” z automatu trafiałyby do kosza. Firma otrzymała kilkaset (p)odpowiedzi, wybrano z nich kilka i poddano głosowaniu. Propozycje na miarę przełomu? Raczej nie – czysty Android niektórzy uznają za konieczność, a zwycięskie rozwiązania nie są czymś nowym.

Wygrał projekt Hawkeye. Składały się na niego dwa udogodnienia. Po pierwsze, opcja przyczepiania smartfonu do płaskich powierzchni, np. lustra czy ściany. Po co? By np. korzystać ze smartofnu podczas mycia zębów. Trzeba jednak zaznaczyć, że tę funkcję zapewnia nie sama obudowa, lecz dodatkowy futerał dodawany do telefonu. Mamy zatem do czynienia z czymś, co dzisiaj można już kupić. Drugim „bonusem” miało być sterowanie wzrokiem, obraz na ekranie byłby przewijany ruchem oczu. Zapewne zdajecie sobie sprawę z tego, że i takie rozwiązania już istnieją.

Projekt wybrano, ZTE przedstawiło podczas CES „prototyp” i wystartowano z kampanią na Kickstarterze. I tu pojawił się problem – dzisiaj, po kilkunastu dniach od startu, zebrano mniej niż 10% wymaganej sumy (a ta nie jest wysoka – chodzi o pół miliona dolarów). Projekt wsparło na razie mniej niż 200 osób, co można uznać za blamaż. Co spowodowało tak słaby wynik? W firmie doszli do wniosku, że specyfikacje – przynajmniej tak wynika z wpisu na blogu skierowanego do społeczności. Hawkeye to średniak oferowany w cenie 199 dolarów. Dzięki temu miał być bardziej dostępny.

Teraz ktoś stwierdził, że społeczność chciała jednak flagowca ze wspomnianymi bonusami. Co zrobić? Ceny zmienić nie można, takie warunki Kickstartera. Można oczywiście poprawić sprzęt, ale zrobienie z niego flagowca w tej cenie oznaczałoby straty ZTE. Wymyślono zatem, że poprawi się jedną, góra dwie rzeczy. Jakie? Znowu poproszono o pomoc społeczność, zorganizowano ankietę. Odzew? Mizerny. Wypada zatem zadać inne pytanie: czy słabe zainteresowanie rzeczywiście wynikało ze specyfikacji i stracono wielka szansę wrzucając do słuchawki gorszy procesor?

Odnoszę wrażenie, że w tym przypadku słabością jest raczej marka, jej rozpoznawalność i umiejętność budowania społeczności. Najwyraźniej społeczność ZTE gotowa do wspierania pomysłów firmy nie jest zbyt duża. To nie Apple czy Samsung, to nawet nie Huawei czy Xiaomi, które pewnie lepiej poradziłyby sobie w takiej sytuacji. Nie ma się co oszukiwać: ZTE to nie bohater z pierwszego szeregu w tym biznesie. I nie chodzi jedynie o wielkość sprzedaży. Możliwe jednak, że z tej lekcji zostaną wyciągnięte jakieś wnioski.

Ciekawy przypadek, wskazówka dla innych firm, że z crowdfundingiem trzeba uważać: nie wystarczy skorzystać z Kickstartera i przekonywać, że do rąk klientów oddaje się sprzęt stworzony przez nich. To, co uda się kilkuosobowemu startupowi, niekoniecznie powiedzie się korporacji…