Mobile

Test ASUS Transformer Booka T100TA. Plastikowy Bay Trail z Windows 8.1, który podbił moje serce

TP
Tomasz Popielarczyk
139

Jeszcze do niedawna nie wyobrażałem sobie tabletu z Windowsem 8. Zresztą sam system mnie odrzucał swoim niefortunnym połączeniem funkcji dotykowych i desktopowych. Dziś, po kilku tygodniach spędzonych z Transformer Bookiem T100 wiem, że nie zamieniłbym go na żaden model z Androidem. Czy to znaczy, ż...

Jeszcze do niedawna nie wyobrażałem sobie tabletu z Windowsem 8. Zresztą sam system mnie odrzucał swoim niefortunnym połączeniem funkcji dotykowych i desktopowych. Dziś, po kilku tygodniach spędzonych z Transformer Bookiem T100 wiem, że nie zamieniłbym go na żaden model z Androidem. Czy to znaczy, że nie taki straszny jest ten Windows na tabletach, jak go malują?

ASUS Transformer Book T100 to urządzenie pod wieloma względami nietypowe. Przede wszystkim to jeden z pierwszych modeli opartych na nowych układach Intel Bay Trail, które mają w najbliższym czasie być głównym orężem niebieskiego producenta w walce o rynek mobilny. To również sprzęt niezwykle tani, jak na swoje parametry, bo wyceniany jedynie na 1499 złotych. Gdzie tkwi sekret tej konstrukcji i czy warto zwrócić na nią uwagę podczas wyboru tabletu?

ASUS przyzwyczaił mnie do solidnych pudełek, w których wnętrzu poza samym urządzeniem znaleźć można użyteczne niespodzianki i prezenty. Tym razem nie ma co liczyć na dodatki w postaci akcesoriów. Pudełko wykonano jakby z nieco cieńszej niż zwykle tektury. Wewnątrz znalazłem tablet, stację dokującą, ładowarkę oraz kabelek USB. Nie zabrakło też oczywiście skróconej instrukcji obsługi oraz... kodu aktywacyjnego na Office'a 2013 Home & Student. Sam pakiet biurowy można kupić za ok 400 złotych, a więc mamy już na starcie imponującą wartość dodaną do zakupionego urządzenia.

Żołnierz okuty w plastik

ASUS Transformer Book T100 nie jest urządzeniem z najwyższej półki, co czuć od razu po wyjęciu go z pudełka. Nie ukrywam, że zrzedła mi trochę mina, gdy poczułem uginający się pod ciężarem dłoni, błyszczący plastik z tyłu obudowy i usłyszałem trzeszczący przycisk start... Przez chwilę miałem wrażenie, jakbym trzymał w dłoniach jakiś tablet Manty czy innego typowo low-endowego producenta. ASUS zdecydowanie szukał oszczędności w wykonaniu tego modelu, co widać już na pierwszy rzut oka. Plastikowa obudowa zbiera odciski palców równie skutecznie co tafla szkła na froncie, a zapewne prędzej czy później pojawią się tutaj też pierwsze zarysowania i inne ślady użytkowania. Cóż, coś za coś.

Front to klasycznie wyświetlacz otoczony czarną ramką. Moim zdaniem trochę przesadzono z jej grubością i nic by się nie stało, gdyby ująć z każdej strony po ok. 0,5 cm. Ale wtedy pojawiłby się problem z dopasowaniem konstrukcji do stacji dokującej, a więc można zrozumieć tutaj motywację producenta. Nad wyświetlaczem umieszczono obiektyw kamery 1,2 Mpix wraz z diodą informującą o aktywnym nagrywaniu. Tuż obok znalazło się też miejsce na czujnik światła. Pod ekranem znajdziemy symbol Windowsa, który w 99,9 proc. urządzeń z tego segmentu jest przyciskiem dotykowym wywołującym ekran Start. Transformer Book T100 należy najwyraźniej do tej 0,1 proc. bo logo jest tylko logiem i nic poza tym. Frontalną taflę szkła otacza jeszcze plastikowa, błyszcząca ramka zakrzywiona do tyłu tak, by połączyć się z tylną klapą. Wykonano to dość niechlujnie, bo przejeżdżając palcem po złączeniu można wyczuć ostrą krawędź.

Tylny panel to, jak już wspomniałem, plastik w pełnym tego słowa znaczeniu. Co gorsza, obudowa miejscami ugina się pod naporem palców, choć na szczęście nie trzeszczy. Producent zastosował tutaj delikatne prążkowanie oraz niejednolity, mieniący się w świetle lakier, co maskuje trochę odciski palców. Nie da się ich jednak ukryć całkowicie. W centrum znajdziemy logo ASUS-a, a przy bocznych krawędziach rzędy małych otworów pod którymi ukryto dwa głośniki. Grają o niebo lepiej i głośniej niż w moim Dellu Vostro 3450. Oczywiście bas jest relatywnie słaby, jak przystało na tego typu konstrukcje, ale pod pozostałymi względami jestem naprawdę mile zaskoczony jakością dźwięku. Jak widzicie, Transformer Book T100 nie posiada kamery z tyłu obudowy, co mnie niezwykle cieszy. Nigdy nie rozumiałem fotografowania tabletem i traktuję ten element jako całkowicie zbędny w tej kategorii sprzętu.

Producent zagospodarował właściwie wszystkie krawędzie urządzenia. Na dole znajdziemy duże otwory służące do wczepienia go w stację dokującą. Lewa strona to dwustopniowy przycisk do regulacji głośności oraz (trzeszczący niemiłosiernie w moim modelu) guziczek Start. na przeciwległej krawędzi znajdziemy slot na kartę pamięci MicroSD, który nie został zabezpieczony żadną klapką, w rezultacie karta niechlujnie wystaje na jakieś 1-2 mm poza obudowę. Nieopodal znalazło się też miejsce na złącza MicroUSB, MicroHDMI oraz minijack 3,5 mm. Na górze znajdziemy natomiast otwór mikrofonu, a bliżej lewego narożnika przycisk zasilania wraz z diodą LED informującą o statusie Transformera oraz naładowaniu baterii.

Jednym z wyróżników decydujących o atrakcyjności tego modelu jest stacja dokująca, którą znajdziemy w zestawie. Na pierwszy rzut oka wygląda ona jak narzędzie dla masochistów - małe klawisze, miniaturowy touchpad. W praktyce jednak okazuje się, że pisanie na niej jest całkiem wygodne. Należę do osób z dużymi dłońmi i radziłem sobie bez problemu, popełniając w ostatni weekend około 15 stron znormalizowanego maszynopisu. Nieco gorzej pod tym względem spisuje się gładzik, który jeszcze do wydanej kilka dni temu aktualizacji biosu działał koszmarnie. Teraz jest lepiej, ale jego wymiary oraz ciężko działające przyciski nie sprzyjają komfortowej obsłudze systemu. ASUS postarał się o obsługę gestów, do których możemy używać więcej niż jednego palca, ale w praktyce wyszło to dość średnio, przynajmniej w moim przypadku. W trakcie pracy nagminnie bowiem przełączałem aktywne aplikacje w trybie Metro (znanym też jako Modern), sięgając palcem lewej krawędzi touchpada. Na szczęście w odpowiednim panelu możemy wyłączyć pojedyncze gesty, nie rezygnując przy tym z np. wygodnego przewijania dwoma palcami.

W przeciwieństwie do klawiatur, jakie ASUS dołączał do Transformer Padów ta nie posiada wbudowanej baterii, co jednak, jak się za chwilę przekonacie jest praktycznie zbędne. Zamiast tego producent wprowadził na rynek modele z dyskiem 500 GB, które można kupić za zaledwie 100 zł więcej. Ja otrzymałem wersję bez tego udogodnienia (co wynika z pośpiechu w zamówieniu niż świadomego wyboru. Modele z dyskami weszły do sprzedaży bowiem dopiero przed kilkoma dniami). Co istotne, stację wyposażono w pełnowymiarowy port USB 3.0 - niestety tylko jeden.

Mechanizm wczepiania tabletu do stacji dokującej działa bardzo sprawnie. Wnętrze łoża, do którego wsadzamy tablet wyłożono miękkim tworzywem, a więc nie ma ryzyka, że porysujemy w ten sposób obudowę. Co jednak najważniejsze, ekran jest utrzymywany w sposób bardzo sztywny - nie ma mowy o jakiś poluzowaniach. Całość zabezpiecza duży przycisk, po wciśnięciu którego możemy dopiero rozłączyć zestaw. Zawias stacji działa dość ciężko, a odchylając go dodatkowo delikatnie podnosimy ku górze tył klawiatury, czyniąc ją bardziej komfortową. Niestety producent nie pomyślał o dodatkowych gumowych stopkach i w rezultacie całość ślizga się po blacie stołu niczym po tafli lodu.

Na sam koniec warto jeszcze napomknąć o wadze całości, która jest nadzwyczaj niewielka. Sam tablet to zaledwie 550 g, a wraz ze stacją dokującą - 1,07 kg. To atut, jeśli chodzi o mobilność oraz poręczność. Możemy swobodnie zapakować całość do plecaka (w pokrowcu, rzecz jasna...) i nie martwić się ciężarem.

Niezły wyświetlacz, fenomenalna bateria, dwuzakresowe WiFi

Transformer Book T100 został wyposażony w 10,1-calowy wyświetlacz IPS o rozdzielczości, jaka jeszcze do niedawna była kultywowana przez producentów notebooków, a więc 1366 x 768. Daje to gęstość pikseli na niezbyt imponującym poziomie 155 PPI. Ma to swoje dobre oraz złe strony. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że obsługa dotykiem interfejsu klasycznego pulpitu przy rozdzielczości Full HD byłaby tragedią, z drugiej strony większe zagęszczenie pikseli byłoby miejscami bardzo mile widziane. Nie mogę jednak zbytnio narzekać na ten aspekt, bo czuję się pod tym względem usatysfakcjonowany.

Ekran ma bardzo dobre kąty widzenia, głęboką czerń oraz jaskrawą biel. Jasność na poziomie ok 250 cd/m2 wystarcza w zupełności podczas pracy w pomieszczeniach, ale już nie zadowoli nas raczej w słoneczne dni. Problemem tego wyświetlacza jest dość specyficzny gamut barw. Wydaje mi się on nieco zbyt wąski, co potwierdziło porównanie z innymi wyświetlaczami typu IPS.

Niemniej muszę przyznać, że zastosowany ekran sprawdza się dobrze, szczególnie jeśli dodamy do tego software'owe, autorskie rozwiązanie ASUS-a, czyli reading mode. Tryb czytania zmienia odcień ekranu na nieco cieplejszy, łagodniejszy i bardziej komfortowy dla oczu. Jest on aktywowany automatycznie w aplikacjach takich, jak Bing Wiadomości, kliencie e-mail, czytniku PDF i wielu innych, gdzie czekają na nas duże ilości tekstu. Niestety w wydanym kilka dni temu Flipboardzie oraz aplikacjach innych niż działające w trybie Metro/Modern nie ma już co na niego liczyć. Mam nadzieję, że ASUS będzie regularnie aktualizował to rozwiązanie i poszerzał liczbę obsługiwanych programów.

Panel dotykowy sprawnie reaguje na polecenia i obsługuje maksymalnie 10 punktów dotyku. Pod tym względem trudno przyczepić się do czegokolwiek.

Jednym z największych atutów testowanego Transformer Booka T100 jest bateria. Producent zastosował tutaj ogniwo litowo-polimerowe o pojemności 8000 mAh. Przy automatycznie ustawionej jasności i włączonym WiFi wystarcza ona spokojnie na rekordowe 9-10 godzin surfowania po sieci lub oglądania filmów HD. Praktycznie zapominam o tym, że ten sprzęt trzeba ładować, spędzając całe dnie z dala od gniazdka. Niemniej, kiedy już T100 zapragnie być podłączony, trwa to ok 5-6 godzin. Najlepiej w tym celu zostawić go na noc.

ASUS Transformer Book T100 dysponuje również podstawowymi modułami łączności. Nie spodziewałem się tutaj żadnej rewolucji, ale to co otrzymałem całkiem mnie usatysfakcjonowało. Odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że wbudowany moduł marki Broadcom obsługuje zarówno sieci 2,4 GHz jak i 5 GHz (802.11 a/b/g/n). Obok niego producent ulokował tutaj również Bluetooth 4.0. Do pełni szczęścia zabrakło odbiornika GPS pozwalającego wykorzystać urządzenie w przyszłości chociażby do nawigowania.

Windows 8.1 na tablecie. Czy to zjadliwe?

Z góry zaznaczam, że do tej pory byłem sceptykiem, jeśli chodzi o Windows 8 na tablecie. Nowy system Microsoftu nie przypadł mi do gustu, czego wyraz dałem swego czasu w opisie wrażeń dotyczących korzystania z aktualizacji 8.1. Sam nie wiem, czemu zdecydowałem się na urządzenie z tym systemem. Może wynika to z tego, że w przeszłości miałem już kilka tabletów z Androidem i każdego prędzej czy później się pozbywałem, bo zbierał jedynie kurz? Niemniej muszę przyznać z dziką satysfakcją, że swojego wyboru nie żałuję.

Interfejs Metro/Modern można kochać lub nienawidzić. To dość skrajne rozwiązanie, które narzuca użytkownikowi nowe aplikacje, nowy sposób obsługi oraz porzucenie dawnych nawyków - przynajmniej jeśli chodzi o tradycyjną obsługę za pomocą myszy. O wiele lepiej wygląda to w przypadku urządzenia dotykowego. Interfejs aktywnie wykorzystuje krawędzie ekranu, co pozwala na bardzo sprawne korzystanie z multitaskingu. W tym aspekcie Windows 8.1 nie ma sobie równych. Wystarczy jedno przeciągnięcie palcem, by wrócić do poprzedniej aktywnej aplikacji. Aby uzyskać podobny efekt na Androidzie musimy uciekać się do nieoficjalnych modyfikacji.

Fantastycznym udogodnieniem jest tutaj również dzielenie ekranu między kilka aplikacji. O ile "ósemka" oferowała w tym aspekcie dość ograniczone możliwości, tak tutaj mamy pełną swobodę w wyznaczaniu rozmiarów poszczególnych części. I tak oto możemy w jednym momencie prowadzić rozmowę na Facebooku i przeglądać strony www, albo przeglądać pocztę lub newsy. To naprawdę wygodne rozwiązanie, które przyśpiesza wykonywanie wielu czynności, a przy tym ułatwia korzystanie z dwóch programów jednocześnie, co przecież robimy bardzo często.

Trzeba też zauważyć, że aplikacje pisane z myślą o trybie Metro są po prostu ładne i funkcjonalne. Ich interfejs od początku do końca jest projektowany z myślą o tablecie i obsłudze dotykiem. Nacisk na poziome przewijanie to bardzo dobry pomysł na pełne wykorzystanie możliwości panoramicznego wyświetlacza. Trudno mi sobie wyobrazić sobie Windowsa na ekranie o innych proporcjach niż 16:9 (ostatecznie 16:10).

Na użytkownikach wrażenie robią oczywiście liczby, a tutaj na razie Windows Store nie ma się czym pochwalić, bo ciągle brakuje całej masy aplikacji. Jest jednak coraz lepiej. Już teraz znajdziemy tutaj wiele świetnych programów, jak Twitter, Facebook czy Foursquare. Jest też nieoficjalny klient Pocketa, YouTube'a czy bardzo funkcjonalny darmowy edytor grafiki Fotor. Nie zabrakło też rozwiązań nieco bardziej profesjonalnych, jak edytory programistyczne z kolorowaniem składni, klienty FTP. Od kilku dni natomiast można cieszyć się bardzo dobrze wykonaną aplikacją Flipboard. Nie mogę też pominąć wkładu Microsoftu - domyślne aplikacje spisują się tutaj bardzo dobrze, a ładniejszej i bardziej funkcjonalnej pogodynki próżno szukać na innych platformach. Na system na razie wypiął się Google, co pewnie długo nie ulegnie zmianie. Cóż...

Największym atutem Windows 8.1 na tablecie jest jednak to, że otrzymujemy tutaj praktycznie wszystko to, co mamy na desktopie. Chcemy pracować z Photoshopem? Ok, nie ma problemu (choć trzeba być świadomym ograniczonej mocy obliczeniowej i RAM-u). Gry? Steam i jego bogactwo stoi otworem. Na pewno nie każda aplikacja będzie nadawała się do obsługi dotykiem, ale od czego mamy stację dokującą i myszkę? Dzięki temu Transformer Book staje się bardzo wszechstronny i znajdzie zastosowanie w wielu scenariuszach.

Co jednak najważniejsze, Windows 8.1, a w szczególności tryb Metro działa zaskakująco szybko. Pobożnym życzeniem jest tak płynne i błyskawiczne reagowanie na polecenia Androida. Nie ma mowy o klatkowaniu animacji czy chwilach zawahania - co ma działać, działa natychmiast. A co nie... I tutaj własnie docieramy do drugiej strony medalu. Mimo swoich atutów nowy tryb to ciągle nowość, która wymaga jeszcze dużych nakładów pracy. Akurat na Transformer Booku T100 nie miałem z nim problemów, ale na desktopie zdarzały się kwiatki, wymagające przeinstalowywania aplikacji, które ni stąd, ni zowąd przestawały się uruchamiać czy kombinowania z nadmiernie obciążającymi CPU procesami. Nie jest zatem idealnie.

Ostre pazurki Intel Bay Trail okraszone budżetową pamięcią

Intel Bay Trail to pachnąca nowością platforma niebieskiego producenta dedykowana rozwiązaniom mobilnym. Głównym atutem tego rozwiązania ma być znacznie większa energooszczędność, co jest zasługą płynnemu przechodzeniu procesora głównego oraz GPU w niski stan energetyczny po przetworzeniu danych. Całość ponadto wykorzystuje 22-nanometrową architekturę SIlvermont, w konsekwencji czego możemy liczyć na znaczący wzrost wydajności. Bay Trail to jednocześnie też pierwsza platforma, która może być sercem zarówno urządzeń z Windowsem jak i Androidem. Nie dziwi zatem, że już po sieci krążą recepty, jak postawić na Transformer Booku T100 testową wersję zielonego robota.

W testowanym modelu zastosowano czterordzeniowy procesor Intel Atom Z3740 z zegarem 1,33 GHz, który może płynnie podkręcać się do 1,86 GHz w celu zwiększenia wydajności i sprostania bardziej wymagającym zadaniom. To drugi najwydajniejszy układ z tej rodziny. Szkoda, że ASUS nie poszedł na całość i nie postawił na czipy Z3770 o taktowaniu 1.46 GHz z możliwością Turbo do 2.4 GHz. Zintegrowany układ graficzny Intel HD Graphics pracuje z częstotliwością 311 MHz do 667 MHz.

Wydajność Transformer Booka stoi na przyzwoitym poziomie, jeśli weźmiemy pod uwagę to, do jakich zastosowań został on zaprojektowany. W testach PC Mark 7 udało mi się uzyskać 2332 pkt, a w Novabench CPU 221 pkt. Wbudowany w program 7-Zip benchmark pokazywał natomiast 3911 pkt przy kompresji i 5941 pkt przy dekompresji. To wyniki czysto poglądowe, które mogą nie oddawać w pełni możliwości tego układu, dlatego warto zajrzeć chociażby na YouTube, gdzie zaprezentowano działanie gier na Transformer Booku T100. Okazuje się, że po zmniejszeniu detali można tutaj cieszyć się płynnym gameplayem FIFY 14, Diablo III, Starcrafta 2, a nawet Crysisa czy Call of Duty 4. Oczywiście cudów się nie spodziewajcie - to nie jest maszyna do gier, choć na umiarkowane granie jak najbardziej pozwala.

Rozczarowaniem jest tutaj cała otoczka, jaką ASUS stworzył dla układu Intela. Zastosowane 2 GB pamięci RAM to stosunkowo mało jak na urządzenie pracujące pod kontrolą Windows 8.1. Już na starcie systemu połowa jest zajęta przez uruchomione procesy, a gdzie tu jeszcze dodatkowe aplikacje. Mile widziane byłoby tutaj przynajmniej dwa razy tyle RAM-u.

Szału nie ma również, jeśli chodzi o magazyn danych. Zastosowane kości eMMC niczym nie przypominają szybkich dysków półprzewodnikowych. Bliżej im bowiem do wydajnych klasycznych "twardzieli". Prędkość odczytu sięga tu bowiem ledwo 110 MB/s, a zapisu 40 MB/s. Oczywiście sama pojemność również rozczarowuje - 32 GB to tylko teoria, w praktyce połowę zajmuje tutaj system. Ratunkiem są modele z dyskami w stacji dokującej lub wersje 64 GB, których na polskim rynku jeszcze nie widziałem.

Oczywiście pamięć teoretycznie można rozszerzyć za pomocą karty MicroSD, ale tutaj kolejna przykra niespodzianka - odczyt i zapis slotu jest jakimś cudem ograniczony do ok 20-30 MB/s. Co z tego, że wkładam tam 64 GB kartę, która w benchmarkach pozwala na 85 MB/s odczytu, skoro Transformer Book nie wykorzysta praktycznie w ogóle jej potencjału. Mam tylko nadzieję, że to wpadka software'owa i jakaś przyszła aktualizacja firmware'u rozwiąże problem.

Jeśli tablet to tylko z Windowsem

ASUS określa Transformer Booka T100 na swojej stronie www jako ultraprzenośnego konwertowalnego notebooka. W gruncie rzeczy chyba w taki sposób możemy traktować opisywane urządzenie, bo przeczy ono standardom, które do tej pory wyznaczano w segmencie tabletów.

Nie ukrywam, że ponarzekałem trochę na ten model, wytykając mu wszystkie uchwycone w trakcie testów niedoskonałości. Trzeba jednak patrzeć na nie przez pryzmat ceny urządzenia, a ta jest niezwykle konkurencyjna. Za 1,5 tys. złotych otrzymujemy w pełni funkcjonalne urządzenie o charakterze netbooka, które praktycznie w ogóle się nie nagrzewa, nie hałasuje i działa do 10 godzin na baterii, a przy tym z powodzeniem może pełnić rolę tabletu. Wszystko to okraszone tym samym systemem, który mamy na desktopie i dopakowane bezpłatną licencją na Office'a 2013 w wersji Home & Student. Nie mówcie, że to nie jest atrakcyjna oferta.

Transformer Book T100 nie jest idealny. Ma mało RAM-u i pamięci flash, niezbyt solidna konstrukcję oraz głupie niedociągnięcia, jak chociażby kiepską przepustowość slotu na karty MicroSD. Mimo to jest to aktualnie jedno z najciekawszych urządzeń w tej kategorii cenowej. Intel Bay Trail spisuje się tutaj naprawdę wyśmienicie oferując świetny stosunek wydajności do zapotrzebowania na energię (TDP 2W robi swoje), a załączona stacja dokująca to akcesorium, które znacząco zwiększa wartość oraz możliwości tego modelu, czyniąc go bardzo wszechstronnym.

Jeżeli przymkniemy oko na te niedociągnięcia, testowany model powinien przynieść dużo satysfakcji i zaspokoić większość potrzeb, a przy tym nie spustoszyć budżetu.

 

Zachęcam też do lektury artykułu Jana, w którym zestawia on ASUS-a T100 z Chromebookiem oraz iPadem.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu