11

Streaming to siódme niebo i klątwa. Uwielbiam go, ale coraz częściej mam dosyć zamykania mnie w bańce

Korzystacie z serwisów streamingowych? Słuchacie w ten sposób muzyki lub oglądacie filmy i seriale? Ile aktywnych subskrypcji posiadacie? Żyjemy w naprawdę wygodnych czasach, jeśli chodzi o dostęp do kultury, ale czasem jest to zbyt łatwe, a treści zbyt dużo. Przez co często jesteśmy zamykani w bańkach, z których jednocześnie łatwo i trudno jest się wyrwać.

Spotify czy Netflix opierają swoje działanie o algorytmy. Poznawanie gustu użytkownika na podstawie jego aktywności w serwisie to z pozorów bardzo proste zadanie, ale o tym jak trudno jest nam dogodzić można przekonać się każdego dnia, gdy próbujemy znaleźć coś nowego do oglądania lub słuchania. Wspominałem już o tym w jednym z poprzednich tekstów, w którym napisałem, że mając do dyspozycji ponad 3 tysiące filmów i seriali nie potrafię szybko zdecydować się na jeden z nich, by miło spędzić popołudnie czy wieczór przed telewizorem. Jestem przekonany, że wiele z Was ma całkiem podobnie, a w rozmowach ze znajomymi wychodzi na jaw, że jest to dość powszechny problem. Mówi się, że od przybytku głowa nie boli, a jednak określiłbym tę sytuację jako klęskę urodzaju.

Streaming to nie tylko same pozytywy…

Jak duża w tym wina Netfliksa? Nie napiszę, że to algorytmy zawodzą w większym stopniu niż brak przekonania i decyzyjności z mojej strony, ale trudno nie zauważyć tego, że chęć udobruchania widza lub słuchacza często mu szkodzi. Na serwisach VOD i muzycznych często oglądamy i słuchamy czegoś, do czego później nie wracamy, a jednak zostaje to zaznaczone, jako treść, z którą się zapoznaliśmy. Netflix pozwala zostawić kciuka w dół lub w górę, ale Spotify już nie. Nie ma żadnego sposobu na ukrycie niektórych rekomendacji czy wyników wyszukiwania, przez co niektóre z tytułów ciągle do nas wracają, mimo że zapoznaliśmy się z nimi już wcześniej albo nie chcemy mieć z nimi do czynienia.

Nie jest też tak, że nasz gust zawsze pozostaje taki sam. Jeden kawałek lub zespół albo serial lub film potrafią przekonać nas do gatunku, który do tej pory był przez nas omijany szerokim łukiem. Jeśli jednak nie słuchaliśmy lub nie oglądaliśmy takich wytworów kultury przez ostatnie 5-10 lat, to nasza ostatnia aktywność jest zaledwie kroplą w morzu całej historii.

Nie zamykajcie się na jedno źródło rekomendacji

Gdyby nie zewnętrzne serwisy z chronologicznymi listami nowości i zaawansowanymi wyszukiwarkami, przegapiłbym naprawdę dobrych filmów na Netfliksie. Gdyby nie znajomi i sieci społecznościowe oraz wiele innych źródeł, na Spotify czy Tidalu słuchałbym w kółko tego samego. Paradoksalnie, im więcej treści mam w zasięgu palca lub kursora, tym mniejszą mam ochotę na ich odkrywanie. Nie chcę zabrzmieć tu jak dinozaur, ale siedzenie przez otwartą aplikacją na komputerze czy telefonie ma się nijak do buszowania po sklepie i przeglądania kompaktów czy winyli. Ich też jest sporo, ale nie mogę tak łatwo i szybko sprawdzić, czy mi się coś bardzo spodoba. Bardzo szybko porzucam też nowo odkryte zespoły czy albumy, bo nie mogę oprzeć się wrażeniu, że za chwilę mogę znaleźć coś lepszego. Coś, co bardziej mi się spodoba. Po zakupie płyty (także cyfrowo) wielokrotnie ją przesłuchuję, staram się czasem bardziej docenić efekt pracy artysty, na co oczywiście ma też wpływ fakt, że za te treści zapłaciłem i wcale tak łatwo tych pieniędzy nie odzyskam.

Nie twierdzę, że streaming jest szkodliwy lub nie powinien istnieć. Trudno zaprzeczyć prawie wszystkim korzyściom, jakie za sobą niesie. Nie chciałbym jednak, byśmy w zupełności poddawali się algorytmom stojącym za serwisami streamingowymi lub mieli w zwyczaju zachłysnąć się natłokiem płyt i filmów, rotując nimi i porzucając tak szybko, że nie jesteśmy w stanie poznać całego albumu czy sezonu serialu. Jednym z lepszych przykładów z ostatnich miesięcy jest „The Morning Show” od Apple – serial, który z łatwością porzuciło wielu widzów po pierwszych trzech odcinkach, które pojawiły się jednego dnia. Kolejne epizody udowodniły, że naprawdę warto obejrzeć cały sezon do końca, bo co tydzień serwowano nam coraz lepsze odcinki. Czy gdyby całość udostępniono za jednym razem odbiór byłby inny? Być może. Ale wtedy wiele smaczków i dialogów mogłoby nam umknąć, bo bylibyśmy zaangażowani w kolejne wydarzenia. A to tylko jeden z wielu przykładów, bo na brak zainteresowania może też cieszyć świetna seria „Sukcesja” od HBO, którą omijałem (nieświadomie) przez zbyt długi czas.

Uwielbiam swobodę i oszczędność, jaką niesie za sobą (rozsądne) korzystanie z serwisów streamingowych, ale nie chciałbym, by klasyczne modele dystrybucji (czy to cotygodniowe emisje odcinków, czy wydania fizyczne albumów) zostały przez nowości całkowicie wyparte. Dzięki nim można zachować pewien balans i od czasu do czasu zatrzymać się przy danym tytule na nieco dłużej, by jeszcze bardziej się nim nacieszyć lub dać mu więcej niż jedną szansę.