65

Streaming jest wygodniejszy, ale przez niego muzyka traci dużą część swojej magii

Streaming przez Spotify czy Apple Music daje niespotykany wcześniej dostęp do legalnej muzyki. Jest to jednak transakcja wiązana - coś zyskujemy, coś tracimy.

Nie tak dawno Paweł napisał bardzo ciekawy felieton, w którym pokazuje, w jaki sposób w ciągu ostatnich 6 lat zmieniło się jego podejście do lokalnego przechowywania plików MP3 i do usług streamingowych. Nie mam zamiaru spierać się z nim w kwestii tego na ile wartościowe są kolekcje MP3, stworzone na bazie pirackich nagrań czy też – czy w Spotify jest wszystko to, co chcę, czy też nie. Tematy te są bowiem po pierwsze bardzo indywidualne, a po drugie – dosyć często poruszane. Dziś chciałbym skupić się na czymś innym, co wynikło z naszej dyskusji na redakcyjnym Slacku, kiedy Paweł dał znać, że chce poruszyć swój temat. Nie będę kwestionować wygody platform takich jak Spotify czy Apple Music, bo to, że są wygodniejsze i tańsze niż każda inna forma dystrybucji (legalnej) muzyki jest niepodważalne. Jednak odnoszę wrażenie, że ograniczając się tylko i wyłącznie do serwisów streamingowych tracimy coś, czego żaden z nich nie może zaoferować.

Kiedy muzyka to nie tylko muzyka

Żeby zostać zrozumianym, odniosę się do innej dziedziny związanej z muzyką – do instrumentów. Jeżeli ktoś ma gitarę czy bas, to jeżeli naprawdę interesuje się graniem, tworzeniem i występowaniem na scenie, jest bardzo mała szansa na to, że ograniczy się do tego, że kupi gitarę i od czasu do czasu szarpnie za struny. Doświadczenie własne oraz znajomych podpowiada, że im bardziej zagłębiamy się w swoją pasję, tym bardziej wchodzimy w pewien świat który jest dookoła tej pasji zbudowany. Trzymając się przykładu gitary – uczymy się, jakie brzmienie dają poszczególne przetworniki, wymieniamy je (przy okazji ucząc się lutować i dowiadując się co to przeciwfaza), poznajemy i sprawdzamy poszczególne efekty, eksperymentujemy z grubością strun, uczymy się charakterystyki głośników i tak dalej i tak dalej. Generalnie – wsiąkamy w temat na tyle, że z czasem orientujemy się, jak bardzo bez tych wszystkich „dodatkowych” elementów samo granie na gitarze byłoby zwyczajnie uboższe.

Nie da się opisać jak bardzo na przyjemność z gry wpływa fakt, że to, co trzymamy w rękach jest z nami od lat i wprowadziliśmy do tego szereg modyfikacji, bądź też – zbudowaliśmy od zera. Ten proces budowania, dbania i modyfikowania momentami może być tak samo interesujący, ciekawy i satysfakcjonujący jak sama gra. I tak jest (moim zdaniem) z dużym odsetkiem hobby, bez względu na to czy mówimy o instrumentach, samochodach, gamingu czy fotografii.

Streaming w przypadku muzyki po prostu nie daje ci takich możliwości

Jeżeli wrócimy do samego słuchania audio, warto zauważyć, że jeżeli ktoś interesuje się muzyką bardziej niż tylko „żeby coś brzęczało w tle”, to zapewne ma w swojej pamięci wiele wspomnień z nią związanych. Czy będzie to wyczekiwanie na pojawienie się płyty na sklepowych półkach, szukanie pirackiej wersji na czarnym rynku bo nie było oryginału czy też przychodzenie do znajomych którym udało się zdobyć płytę lubianej kapeli by ją wspólnie posłuchać (i zrippować). Wszystko to, co dziś uznalibyśmy za rażące niedogodności stanowi jednocześnie jedne z najlepszych wspomnień związanych z muzyką. Dlaczego? Ano dlatego, że pokazuje, ile ta muzyka jest dla nas warta, ile wysiłku musieliśmy poświęcić na budowę swojej (nawet pirackiej) kolekcji i jak celebrowaliśmy niektóre momenty związane z muzyką.

I nie twierdzę, że teraz jest gorzej, bo mamy wszystko pod ręką. Twierdzę, że jest to pewna wymiana, w której wygoda została przehandlowana za pewnego rodzaju unikatowość doświadczeń. Mając dostęp do wszystkiego od ręki nie ma miejsca na poszukiwania czy czekanie na to, aż ktoś z naszych znajomych będzie miał nowy krążek ulubionej kapeli. Nie ma miejsca na wspólne wycieczki i przesiadywanie w sklepie z nośnikami. Już pomijam fakt, że takie rzeczy, jak podpis ulubionej kapeli na płycie do dziś jest dla mnie jednym z najważniejszych punktów kolekcji, o którym ludzie nastawieni na full-streaming mogą zwyczajnie zapomnieć. Na Spotify, Apple Music czy YT Music masz muzykę i… nigdy nie będzie tam nic „więcej”.

Co więcej – streaming powoli przejmuje całą władzę

Tutaj wejdę już na grunt mocno prywatny i nie będę miał żadnych pretensji jeżeli ktoś się ze mną nie zgodzi. Chodzi mi po prostu o to, że w moim przypadku bardzo lubiłem pracować nad swoją kolekcją, nie tylko tą złożoną z płyt, ale też tą wirtualną. Tak, w dużej mierze były to pirackie nagrania, ale zwyczajnie w tamtym momencie nie było mnie stać na oryginały, a takie rzeczy jak Spotify po prostu nie istniały. Jeżeli chcecie poczytać moją rozszerzoną opinię dlaczego nie uważam, że jest to coś złego, zapraszam do tekstu, w którym jest też wywiad z wokalistą Nocnego Kochanka. Kończąc dygresję, porównując tamte sposoby zdobywania muzyki do obecnych widać wyraźnie, że wtedy nad muzyką spędzało się znacznie więcej czasu. Po drodze człowiek dowiadywał się czegoś o zespole, szukał o nim informacji, żeby odpowiednio opisać pliki (ach, MP3Tag), rozmawiał z ludźmi i po prostu bardziej „wsiąkał” w klimat.

Streaming więc nie tylko całkowicie eliminuje całkiem przyjemny element aktywnego dbania o swoją kolekcję muzyczną, opisywania jej i rozszerzania np. o znaleziony gdzieś w czeluściach sieci numer wypuszczony tylko na rynek japoński (co jest dziwnym trafem bardzo popularne wśród zespołów hard rock/heavy metal), a z drugiej – bardzo utrudnia życie osobom, które jednak chciałyby budować fizyczne kolekcje CD. Ze sprzedaży płyt całkowicie wycofały się już sklepy z elektroniką (MediaMarkt, MediaExpert), w Empikach na muzykę poświęca się coraz mniej miejsca. Lokalne sklepy z płytami utrzymują się chyba tylko dzięki temu że wróciła moda na winyle. Co więcej, zadajcie sobie pytanie, kiedy ostatnio przesłuchaliście ze znajomymi wspólnie nową płytę?

Nawet jeżeli więc nie jest się w forpoczcie cyfrowej rewolucji, to i tak odczuwa się jej efekty. Streaming przejął wszystko, oferując wygodę, niską cenę i dostępność w zamian za dużą część „magii” jaką miało w sobie budowanie własnej muzycznej biblioteki. Chyba najbardziej ironiczne jest to, że duża część magii polegała w tym wypadku na społecznym aspekcie muzyki, a serwisy streamingowe przy całej masie przycisków „udostępnij” tego społecznego aspektu muzyki mają bardzo mało.

A magii nie ma tam wcale.