190

Nie tęsknię za odtwarzaczami MP3

Mam do nich ogromny sentyment, ale dziś już w ogóle mi ich nie brakuje. Fajnie, że były - jednak ich czas dawno się skończył.

Tylko krowa nie zmienia podglądów

Blisko 6 lat temu pisałem na Antyweb o swoim sentymencie do odtwarzaczy MP3. „Odtwarzacze MP3 już umarły. A szkoda„, brzmiał tytuł tego felietonu. 6 lat w branży technologicznej to wieczność i choć już wtedy korzystałem regularnie ze Spotify, to jednak zarówno rynek muzyczny, smartfony, jak i sama usługa zmieniła się bardzo mocno. Pamiętam jak serwis raczkował, bardzo często nie mogłem znaleźć w nim interesujących mnie płyt (pewnie w dużej mierze ze względu na dość niepopularne gatunki, których najczęściej słucham). A dziś? Premiera nowej płyty szwedzkiego Tribulation przewidziana na 29 stycznia 2021 roku oznacza, że po północy mogłem jej posłuchać w Spotify. Nie jakiegoś tam wielkiego wykonawcy z USA, ale małej metalowej kapeli, w dzień premiery, chwilę po północy.

Zmienił się sposób dodawania muzyki do usługi i nieobecność lub brak jakiegoś albumu w sieciowej bibliotece może wynikać tylko z dwóch rzeczy. Albo chodzi o ideologię i tkwienie w ortodoksyjnym podziemiu muzycznym, albo z licencji i pazerności wydawców. Ale nawet te krążki, z którymi był w Spotify problem, ostatecznie tam trafiają, czego przykładem jest polski zespół Kat. Moim zdaniem sama usługa zmieniła się przez te lata nie do poznania, dodała algorytmy, masę fajnych dodatkowych funkcji, z których regularnie korzystam.

Jakby tego było mało, kapele same wrzucają swoje utwory, czy nawet całe płyty – za darmo – na YouTube czy Bandcampa. Dlaczego w ogóle o tym wspominam? Bo właśnie dzięki tym zmianom nie ma moim zdaniem co tęsknić za odtwarzaczami MP3.

Kolekcja MP3 nie ma żadnej wartości

Mam ogromny sentyment do formatu MP3, bo towarzyszył mi przez wiele lat. Nie zliczę ile własnych płyt zrippowałem do plików by je później przegrać na odtwarzacz. Ale zawsze bawili mnie „kolekcjonerzy MP3” budujący swoje wirtualne kolekcje muzyki. W 95% pirackiej, bez żadnej wartości. Tak, cały czas uważam, że gromadzone przez lata kolekcje plików nie są nic warte – w dużej mierze dlatego, że pochodzą z pirackich źródeł i ujawniają brak szacunku do muzyków. Ale to już kwestia podejścia moralnego i nie musicie się ze mną zgadzać.

Pewnie pisałem już o tym wielokrotnie, ale moje przenośne słuchanie muzyki było dość klasyczne. Z walkmana przerzuciłem się na discmana, później na odtwarzacz Creative MuVo, lądując ostatecznie na smartfonie. Uwielbiałem wszystkie te urządzenia i świetnie je wspominam. Każde z nich było dla mnie ważne i zmieniało sposób konsumpcji muzyki. Odtwarzacz MP3 również, bo dużego, niewygodnego discmana zamieniłem na malutkie urządzenie, które prawie nie zajmowało miejsca w kieszeni. Ale mogłem tam mieć raptem kilka albumów, choć to i tak była przepaść względem discmana, bo jeśli chciałem posłuchać kilku krążków, musiałem zabierać je…do plecaka. Super, tylko teraz mam wszystko pod ręką, bo z uwagi na duże pakiety danych, nie zrzucam już nawet albumów do offline w playerze Spotify i słucham muzyki bazując na mobilnym internecie. Ogranicza mnie wyłącznie zasięg, ale jedna kreska też wystarczy by słuchać muzyki bez przerw. Korzystając ze wspomnianego MuVo nawet nie marzyłem o tak prostym dostępie do tak wielu utworów.

Kolejna sprawa to zmiana technologiczna dotycząca samych urządzeń. Ot choćby bezprzewodowe słuchawki, które dziś są już czymś zupełnie naturalnym i sam słuchając muzyki na smartfonie w ogóle nie używam już kabli. Małe AirPodsy Pro i duże Sony WH-1000 XM4 to zestaw, który wybrałem i nie potrzebuję niczego więcej. Do tego też dochodzą oczywiście wszelkiej maści kodeki ulepszające dźwięk – żaden ze mnie audiofil, więc i potrzeby nie są wygórowane. Jasne, można mieć lepszą jakość, tylko też nie ma co wciskać ludziom na siłę, że naprawdę jej potrzebują. Niektórym wystarczy standard oferowany przez Spotify. A są przecież ludzie, którzy słuchają muzyki na słuchawkach AirDots od Xiaomi, które odtwarzają muzykę…no po prostu odtwarzają, nie ma co zagłębiać się w ocenianie jakości dźwięku.

Smartfona mam dodatkowo zawsze przy sobie, podobnie jak wspomniane AirPodsy Pro, więc nawet nie muszę o nim pamiętać, bo muzykę mam pod ręką zawsze kiedy tylko przyjdzie mi na nią ochota. A, że codziennie poświęcam jej pewnie z 8-10 godzin, to jest to ultrawygodne.

Kultura kupowania płyt

Spotify to mój główny sposób słuchania muzyki, zarówno starej, jak i nowej. Jednocześnie jednak, w dużej mierze przez szacunek do zespołów, kupuję płyty CD. Nie jestem maniakiem, nie mam w domu kilkudziesięciu tysięcy płyt, ale kupuję regularnie, nawet żeby postawić krążek na półce. Ale są dni kiedy celebruję album, wyciągam go z pudełka, wkładam do odtwarzacza – słucham, przeglądając wkładkę. Jednocześnie zastanawiam się czy nie zacząć bawić się w winyle, które mają jeszcze lepszy klimat niż płyty CD. I czy nie wyciągnąć kolekcji kaset, kupując wcześniej jakiś odtwarzacz, którego już od bardzo dawna nie posiadam. Bo słuchanie muzyki ze streamingu jest niestety tak samo bezpłciowe jak ze wspomnianych plików MP3.

Mam wrażenie, że odtwarzacze MP3 były tak naprawdę tylko pomostem pomiędzy fizycznymi nośnikami, a muzyką ze streamingu. Świetnie je wspominam, mam w oku łezkę, ale przestałem za nimi tęsknić. Teraz mamy o wiele lepszy, łatwiejszy dostęp do muzyki i nie wiem czy da się go jeszcze poprawić.