23

Przez usługi abonamentowe czuję się…jak pirat

Podobno od przybytku głowa nie boli. Pozwolę się nie zgodzić z tą tezą. Lata temu marzyłem o łatwym dostępie do filmów i muzyki, dziś mam już tego momentami serdecznie dość.

Dostęp do treści jeszcze nigdy nie był tak łatwy

Pisaliśmy już wielokrotnie o tym, że naprawdę fajnie żyje się w dzisiejszych czasach. Bardzo mocno interesuję się muzyką od ponad 20 lat i czuję się wręcz rozpieszczony przez usługi typu Spotify czy premiery nowych płyt na YouTube/Bandcamp. To niesamowite, że w takim 1998 roku jedyną opcją na zapoznanie się z nowymi albumami było zamawianie kaset (płyty były dla mnie za drogie) w wysyłkowych wydawnictwach albo przegrywanie ich od znajomych. Dziś mogę uczestniczyć w przedpremierowym streamie w mediach społecznościowych, a potem w dniu premiery mieć cały album w bardzo dobrej jakości jak tylko chcę – na komputerze, sprzęcie audio, czy smartfonie. Płyty w formie CD oczywiście dalej kupuję, ale to też jest super-wygodne. Kilka kliknięć, potem paczkomat i parę dni później krążek jest u mnie. A jak nie ma go w jednym miejscu, to na pewno będzie w innym. Nie ma w Polsce? Kupuję za granicą.

To samo z filmami i serialami. Za dzieciaka oglądałem je na kasetach VHS pożyczonych od znajomych, chodziłem do wypożyczalni, oglądałem w telewizji lub nagrywałem na puste taśmy. Dziś po prostu włączam Netflix, HBO, Amazon Prime lub Canal+ Telewizja przez internet – bo aktualnie korzystam z tych właśnie serwisów.

Gry? Tu też jest lepiej niż kiedykolwiek. Najbardziej lubię fizyczne nośniki, ale kiedy jest z nimi problem (jak na przykład ostatnio z Animal Crossing na Nintendo Switch) – kupuję w cyfrze. Do tego dochodzą abonamenty i darmowe gry, których na przykład w Epic Games Store jest wręcz zatrzęsienie.

Za dużo treści, czuję się jak…pirat

Chyba każdy ma jakieś mniejsze lub większe doświadczenia z piraceniem treści w sieci. Dziś to po prostu nie ma sensu z kilku powodów, co nie znaczy jednak, że nie…czuję się jak pirat. Kupując produkt – czy to na fizycznym czy cyfrowym nośniku – człowiek czuje jego wartość. Wydał na niego pieniądze, to był przemyślany (bardziej lub mniej, ale jednak) zakup. Czasem myśli, że było warto, czasem że nie – a jeszcze czasem, że trafił świetną okazję. Przy wszelkiej maści usługach abonamentowych, które dają dostęp do treści podobne odczucia nie występują, przynajmniej u mnie.

System overload, można powiedzieć. Doba nie jest z gumy, codzienność zabiera dużo czasu, na konsumpcję treści jest go zawsze za mało. A przecież obok pracy i obowiązków jest jeszcze jakieś hobby, więc doskonale rozumiem, że część osób nie ma po prostu możliwości wygospodarowania na filmy, seriale czy gry więcej niż kilka godzin tygodniowo. Ja mam z tym problem – no może poza muzyką, która towarzyszy mi od rana do późnych godzin nocnych w różnych sytuacjach. Szczególnie teraz, kiedy od ponad pół roku używam słuchawek AirPods Pro i prawie nie wyciągam ich z uszu. Przez to mam wrażenie, że Spotify opłaca mi się najbardziej. O pozostałych abonamentach nie potrafię już tego powiedzieć.

Gry – przy abonamencie Xbox Game Pass masa osób coś pobierze, włączy na pół godziny i wykasuje z dysku. Potem sięgnie po coś innego. Czy zrobiłaby tak kupując samodzielnie grę? Nie sądzę. Z filmami i serialami jest jeszcze inaczej. Przy czterech serwisach vod (choć dwa trochę się pokrywają) często nie wiem co obejrzeć. Zacznę jakiś serial, potem następny i…żadnego nie skończę, bo jest piątek i na Netflix pojawiła się nowa premiera. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś uznam – tych treści jest za dużo. A przecież do tego dochodzi jeszcze YouTube i materiały na zasubskrybowanych kanałach, które przecież chcę obejrzeć – no bo inaczej nie klikałbym subksrypcji i „dzwoneczka”. Czasem nie włączam nic i biorę do ręki książkę – na wszelki wypadek papierową, z półki i nie zamierzam bawić się w e-bookowe abonamenty. Szczególnie, że tych z audiobookami (promocje związane z koronawirusem) nawet nie włączyłem.

To podobne uczucie do zarzucenia 10 torrentów i 20 paczek rar z mp3-jkami, a potem patrzenie się na ten katalog z myślą „co by tu obejrzeć”. Kolejny krok to bezsensowne zerknięcie na agregat pirackich treści i stwierdzenie – a to jest też nowe, to jeszcze też sobie ściągnę. Tak jak na serwisach streamingowich zerowy szacunek do treści mimo comiesięcznych opłat. Innymi słowy – głupio wydane pieniądze i założenie – a zostawię jeszcze tę płatność na kolejny miesiąc, na pewno coś tam obejrzę. Taka trochę pułapka, bo te abonamenty nie kosztują po 500 złotych, tylko 20-30-50. Na pierwszy rzut oka niewiele, ale jak dołoży się jeden do drugiego, to wychodzi już konkretna sumka. Nie w każdym przypadku, bo płacę choćby za Adobe Premiere Pro i After Effect, ale obu używam regularnie, poza tym to narzędzia pracy.

Tak wiele osób zachwala sieciowe abonamenty, a nie dostrzega drugiej strony medalu. Braku szacunku do produktu jako takiego, nie płaci się bowiem za niego jednostkowo, a dostaje w ramach miesięcznej opłaty oferującej dostęp do dużej bazy treści. W sumie tak samo jak przy tych wspomnianych torrentach, tylko wygodniej, z aplikacją, miesięczną opłatą i świadomością, że się nikogo nie okrada. Odczucia bywają jednak podobne.

Też tak macie?

grafika