Komputery

Ile trwa doprowadzenie nowego komputera do stanu używalności? Stanowczo za długo

JS
Jakub Szczęsny
202

Laptop, którego sprawa dotyczy nie jest mój - i całe szczęście. Taty poprzedni sprzęt produkcyjny odszedł do krainy wiecznego liczenia, a mógłby działać jeszcze trochę (a teraz podziękujmy HP za koszmarnie wykonane luty w BGA). Nie było sensu bawić się w reballing, więc od razu zwrócono się ku elektromarketowi. Laptop? Niezbyt drogi, ale solidny i w miarę wydajny, choć bez szaleństw. Tata nie będzie grać w Wiedźmina i najbardziej obciążającym programem, jaki otworzy będzie Excel lub PowerPoint.

Niech zacznie się zabawa. Jej preludium miałem już w elektromarkecie

Panowie z elektromarketu byli w porządku - nawet udało mi się chwilę pogawędzić i przy okazji, nie silili się na plecenie głupot. Kiedy jednak powiedziałem: "chcę to i to", sprzedawcy chcieli naciągnąć mnie na program antywirusowy i rozszerzoną gwarancję, która podniosłaby cenę sprzętu o jakieś 400 złotych. Ok, rozumiem, nie chcę. Wszyscy chcą coś sprzedać i nic do tego nie mam. Nawet cieszyłem się, że nikt nie wchodził ze mną w zbędne dyskusje i nie próbował mi wytłumaczyć, że przecież to mi się przyda, bo dzisiaj wirusy hulają. Owszem, hulają jak się nie uważa. A tata do mało technologicznych nie należy i na szczęście wie co wolno, a czego raczej nie.

Przyjazd do domu, rozpakowanie sprzętu, podłączenie go i wstępna konfiguracja. Tutaj Windows 10 sprawił się bez zarzutu i po 10 minutach po wprowadzeniu danych logowania mogłem zacząć zabawę. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął narzekać. Na pasku zadań, w Menu Start, a także w autostarcie pojawiły się (a jakże!) kompletne śmieci, których w systemie nie chciałbym mieć ja i nie potrzebuje ich też ojciec. Panel Sterowania i zabrałem się za usuwanie zbędnych programów, które według HP powinny się spodobać użytkownikowi laptopa. Głupawa aplikacja do kamery internetowej, jakiś śmieszny Media Player, osłona Avasta i krótkoterminowa licencja na McAfee. I co ciekawe, wszystkie te zainstalowane i aktywne podczas pracy komputera programy wsuwały zasoby aż miło. Uznałem, że są niepotrzebne i postanowiłem je wywalić. Ile mi to zajęło? Dobre 2 godziny. Nawet programy przeznaczone do odinstalowania aplikacji - śmieci bywały czasami niezwykle przebiegłe i próbowały wprowadzić mnie w błąd - czy na pewno chcę odinstalować, a może zostawić dane aplikacji, a może lepiej tego nie robić? Tak, chcę to odinstalować, nie traktujcie mnie jak idioty. Nie potrzebuję tych aplikacji.

Po tym okazało się, że Windows nie jest tak aktualny jakbym chciał i pobranie wszystkich potrzebnych poprawek, najnowszej wersji Windows 10 + jej instalacja trwało kolejne 1,5 godziny. Po prawie czterech godzinach komputer był gotowy, a nie doliczam do tego migracji co ważniejszych danych lokalnych z poprzedniego komputera, ogarnięcie tego, co jest w chmurze i pokazania tacie co i jak działa - tak, żebym nie musiał tłumaczyć po raz drugi. Wychodzi na to, że kupno laptopa i jego konfiguracja może być zajęciem na cały dzień, a chyba nie tego oczekuję.

Wyciągam z pudełka i ma... działać. Na co mi jakieś słabe programy?

Ja naprawdę nie oczekuję wiele. Wiem o co chodzi z programami pojawiającymi się podczas pierwszej instalacji systemu. Komputer to taka mini - przestrzeń reklamowa - a nuż użytkownik się skusi na ten i na ten program i będzie go używał. HP, Asus, Lenovo, ktokolwiek uważają, że innowacyjne programy do tego i owego są koniecznie potrzebne każdemu. Nie są i zazwyczaj stanowią zbędny dodatek do komputera, a aktywne - wsuwają zasoby. Przygotowanie komputera tak, aby był w miarę "czysty" i co jakiś czas nie wyskakiwały powiadomienia z niechcianych programów trwa dłuższą chwilę. A ja tego po prostu nie chcę.

Grafika: 1, 2

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu