Felietony

Porozmawiajmy o Nothing Phone (1). Na spokojnie

Mirosław Mazanec
15

Pamiętacie pierwszy OnePlus One z 2014 roku? Zapoczątkował bardzo ciekawą historię z dość prozaicznym końcem. Stał za nią ten sam człowiek, który teraz odpowiada za Nothing.

Jesteśmy już dzień po premierze nowej marki na rynku. Znamy oficjalne ceny, specyfikację, a w sieci pojawiły się unboxingi i pierwsze wrażenia. Zdecydowanie żaden telefon nie wzbudził ostatnio takiego zainteresowania. I nie ma w tym ani nic złego, ani nic dziwnego. Nowy gracz na rynku na którym od jakiegoś czasu wieje nudą i karty wydają się rozdane, to zawsze wydarzenie. Nie ma też co narzekać na to, że informacje o smartfonie od jakiegoś czasu gościły na każdym technologicznym portalu, także i naszym. W końcu od tego jesteśmy i o tym mamy pisać, tak jak Pudelek o coraz młodszej Gosi Rozenek.

Pei wie, jak to robić

Muszę przyznać, że z niejakim podziwem patrzę na to, jak Carl Pei rozgrywa media. I sam, z pełną świadomością, daję się też rozgrywać. Ma w tym doświadczenie, w końcu odpowiada za sukces OnePlus (razem z Pete Lau), więc dobrze wie jak to się robi. Potrafił wykreować markę dla geeków, której smartfony były dostępne początkowo tylko na specjalne zaproszenia, czyli sprawiającą wrażenie wyjątkowości i ekskluzywności. Która szczyciła się najlepszym oprogramowaniem wśród smartfonów z Androidem.

Debiut OnePlus One w 2014 r. był dla maniaków smartfonów sporym wydarzeniem, a Pei 8 lat później  w zasadzie powtarza ten sam numer.

Kupujemy kota w worku

Jeszcze przed ujawnieniem ceny i specyfikacji, firma zrobiła zapisy na Nothing Phone (1). Wejście na listę wiązało się z dokonaniem wpłaty – kaucji która zostanie odliczona przy zakupie. Oczywiście pula miejsc była ograniczona, była też lista rezerwowa. A firma upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu – zaklepała sobie pierwszych klientów i znów było o niej głośno. Przypomnę, że na pierwsze OnePlusy też trzeba się było zapisywać...

Idąc dalej. Oprogramowanie OnePlusów było proste w obsłudze ale też pełne możliwości personalizacji. I co najważniejsze – w czasach gdy inne nakładki się przycinały i „zamulały” – ta śmigała jak szalona. Była doskonale zoptymalizowana i nie ma się co dziwić, bo producent nie wypuszczał na początku biliona smatfonów tylko jeden, dwa rocznie. Programiści mieli łatwiej.

A Nothing Phone (1)? Po pierwsze – nakładka znów jest prosta w obsłudze, ale nie ma już tak wielu możliwości jak ta z OnePlusów. Pamiętajmy, tam procesory zawsze były flagowe, tu jest średnia półka, więc po co ryzykować, że telefon czegoś nie uciągnie? Po drugie – będzie śmigać, bo z pewnością będzie doskonale zoptymalizowana – w końcu mamy tylko jeden model do ogarnięcia.

Tajemnicze możliwości fotograficzne

I na koniec najbardziej zastanawiająca mnie rzecz. W dodatku nie podoba mi się, jak rozgrywa to producent, moim zdaniem postępuje nieładnie. A chodzi mi o zdjęcia.

To był słaby punkt pierwszych OnePlusów. I to z pewnością dobrze utkwiło w pamięci Carla Pei. Przez lata w końcu ciągnęła się za tymi smartfonami opinia mistrzów działania, ale jednocześnie, jak na swoją półkę, fotograficznych słabiaków. Dopiero ostatnio to się zmieniło, współpraca z Hasselblad przynosi efekty, ale to już nie jest ten sam OnePlus co kiedyś. Teraz to po prostu kolejna marka na rynku, liczona zresztą w wynikach sprzedaży razem z OPPO.

Zestaw kamer w Nothing Phone (1) jest typowy dla mocnej średniej półki. 2 razy po 50 MP (obiektywy główny i szeroki kąt), porządne matryce, bez bzdurnych makro i sensorów do wykrywania nie wiadomo czego. I mówiąc szczerze, właśnie aparat ciekawi mnie w tym całym telefonie najbardziej. Nie lekko odpustowy przeźroczysty tył ze świecącymi się diodami, bo znając życie i tak będę kładł telefon na pleckach, więc nic mi wtedy po nich. Ale to na nich skupili się wszyscy recenzenci którzy dostali przedpremierowo smartfony i opublikowali wczoraj pierwsze wrażenia. Światełko z lewej strony, światełko z prawej strony, teraz mruga, a teraz pulsuje itp. itd…

A co powiedzieli o aparatach? Że są. Dwa z tyłu, jeden z przodu i robią zdjęcia. Jak chcecie to zobaczcie sobie trzy, cztery ale na razie nie będziemy o nich opowiadać, bo nie ma sensu...

Jasne. Szkopuł w tym, że sprzedaż urządzenia rozpoczyna się dopiero 21 lipca. Więc jeśli ktoś chce teraz złożyć zamówienie (a można dostać słuchawki za złotówkę, więc jakaś zachęta jest), to w zasadzie kupuje kota w worku. A jakość fotografii to dla wielu osób jedna z podstawowych informacji decydująca o wyborze konkretnego modelu. Nie sądzę też, by testujący o tym nie wiedzieli. Tak jak Carl Pei, który jak przypuszczam po prostu nałożył na takie informacje embargo. Chcecie mieć telefon do testów, to zgadzacie się na moje warunki. Najpierw pobieżne pierwsze wrażenia bez wchodzenia w szczegóły, pełne recenzje potem – już po rozpoczęciu sprzedaży.

Szczerze powiedziawszy rozumiem taką taktykę, ale wcale mi się to nie podoba. W końcu smartfon jest ze średniej półki, więc takie też pewnie będą i zdjęcia. Ja np. nie oczekuję cudów, tylko dobrego rzemiosła. Ale to słabo pasuje do marketingu całego telefonu. Powiewu świeżości. Migających światełek i przeźroczystych plecków. Balonik jest nadmuchany do granic możliwości i firma nie może sobie pozwolić, by uszło z niego teraz powietrze. Więc blokuje informacje o ewentualnych  słabościach. Odkłada je w czasie. Niby jej prawo, niby nie ona jedna, ale…

Jaki będzie koniec tej historii?

Były premier Leszek Miller zasłynął przed laty stwierdzeniem, że „prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna”. Przenosząc to w świat smartfonów. Carl Pei zaczął z OnePlusem rewelacyjnie, skończył średnio. Z Nothing Phone start ma znów ciekawy. Ale co dalej?

W „nowoczesnym biznesie” doskonale radzą sobie ci, którzy coś „rozkręcają”. Ale koniec jest dla nich nieważny. Bo wszystko robią po to, by w którymś momencie biznes sprzedać. Większej firmie, funduszowi inwestycyjnemu, komukolwiek. Liczy się dla nich zarobek i przeskok na kolejny kwiatek. Jestem bardzo ciekawy, jak potoczy się historia Nothing. Ile modeli wypuści na rynek. I czy na końcu nie okaże się, że jej wyniki sprzedaży będą się zliczać razem z jakąś większą firmą.

Ale przyznaję, telefon przetestuję z przyjemnością. I bardzo dokładnie.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

felieton