83

Nieuchronnie dążymy do tego, by e-papierosy zaczęły być dosłownie traktowane jak „analogi”

E-papieros przynajmniej na razie jeszcze istnieje w świadomości ludzi jako zdrowszy substytut zwykłej gilzy z filtrem nabitej tytoniem. Niektórzy w elektronicznych papierosach znaleźli właśnie zastępstwo dla klasycznego "śmierdziucha", a nawet pomoc w rzuceniu istotnie szkodliwego nałogu. Podczas, gdy debata na ten temat trwa w najlepsze i na dobrą sprawę nie ma jednoznacznych dowodów na szkodliwość elektronicznych papierosów, politycy przymierzają się do ślepego gwałtu na tych urządzeniach.

Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że wszystko trzeba robić z umiarem

Do elektronicznego papierosa miałem dwa podejścia – niestety nieudane. Korzystałem i z taniego sprzętu i tego droższego – moja przygoda kończyła się po tygodniu, dwóch, a potem powracałem do śmierdzącego „analoga”. Ale mimo wszystko przychylnie patrzę na elektroniki, które wielu moim znajomym naprawdę spasowały. Swoje niepowodzenia tłumaczę tym, że po prostu bardzo lubię „analogi”. Nigdy nie ukrywałem, że lubię tę jedną w życiu słabość. W nieodpowiednim czasie na tyle popieściłem swój układ nagrody, że trudno jest mi się wyrwać z nałogu. Tak, wiem – płacę za to niemałe pieniądze w akcyzie, być może nawet będę sobie za to rwał włosy z głowy. Rak to nic fajnego.

Rosnąca popularność elektronicznych „fajek” to również uciecha dla takich ludzi jak ja, którzy obserwują to, co dzieje się w społeczeństwie. Dymki z pary wodnej zaczęły unosić się nad przystankami, w budynkach, w autobusach komunikacji miejskiej – nie śmierdzą, prawdopodobnie nie szkodzą, a i istnieje bardzo niewielkie prawdopodobieństwo, że od takiego sprzętu cokolwiek się zajmie. Ale nie jestem fanem palenia tego wszędzie tam, gdzie ze zwykłym papierosem wejść nie można – tutaj wkrada się coś takiego jak „kultura”. Ta nie pozwala nam na wiele innych rzeczy w towarzystwie, e-papieros również powinien zostać w ten sposób obostrzony, nie każdy życzy sobie siedzieć nawet w dymku z pary wodnej. A tak przy okazji – gimnazjaliści zaciągający się dymkiem z e-papierosa w komunikacji miejskiej to też „fajny” widok. Jak ja paliłem papierosy w gimnazjum, to przynajmniej się z tym kryłem jak tylko się da.

Idzie nowela, niekoniecznie głupia. Obawiam się jednak, że to wstęp do kolejnych, głupich decyzji

Nie mam nic przeciwko politykom, dopóki nie mieszają się do rzeczy, o których nie mają zielonego pojęcia. Na dobrą sprawę mam podobne kompetencje do mądrych głów wybranych w demokratycznych wyborach, natomiast jeszcze u mnie funkcjonuje coś takiego, jak „zdrowy rozsądek”. Gdybym inkasował ponad dziesięć koła miesięcznie za spełnianie woli partii, występy w telewizji, głosowanie i udawanie społecznika, to w sumie dałbym sobie z tym spokój. Za rozsądek nikt tam nikomu nie płaci. O ile sama nowela mówiąca o zakazie sprzedaży nieletnim e-papierosów, czy paleniu ich na przystankach mnie nie dziwi i wręcz cieszy, to argumentacja niektórych profesorów, którzy przy tej okazji zrównują elektroniki ze zwykłymi papierosami w kontekście zdrowotnym daje mi kolejne potwierdzenie, że w Polsce tytuł profesora to czasami tylko tytuł, niewskazujący na szczególnie dobry stan umysłu.

Problem z elektronicznymi papierosami jest taki, że nikt jednoznacznie nie udowodnił tego, że szkodą i… na dobrą sprawę nikt nie udowodnił tego, że jest odwrotnie. Debata jest cały czas otwarta, ludzie biją się niepewnymi argumentami, a politycy i tak zrobią swoje. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi rzecz jasna o pieniądze. Nie zdziwię się, jeżeli te zmiany nie będą katalizatorem dla kolejnych – o ile obecnie produkty związane z elektronicznym paleniem nie są horrendalnie drogie, to może się kiedyś okazać, że te zostaną obłożone innymi obostrzeniami finansowymi na wzór „analogów”. Ureguluje się kolejny produkt związany z nałogami, ludzie i tak zapłacą, będą wpływy do budżetu, korporacje tytoniowe może coś sypną…

Nasza ukochana Unia rzuciła dyrektywą, do ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych zostanie dołączona nowela. Od 20 maja nie zapalimy sobie na przystankach, w tramwajach, w szpitalach, w szkołach i jeszcze innych miejscach. Zakazana zostanie reklama takich wyrobów, producenci e-papierosów nie będą mogli sponsorować imprez sportowych, oświatowych, zdrowotnych. Nie będzie można kupować/sprzedawać takich wyrobów przez Internet. Importerzy i producenci takich produktów będą musieli zgłosić wprowadzenie ich do obrotu co najmniej 6 miesięcy przed planowanym terminem Inspektorowi ds. Substancji Chemicznych. Czyli wszystko bardzo podobnie, jak w przypadku zwykłych papierosów.

Idą ciężkie czasy dla e-palaczy

Choć nie ma to jeszcze odzwierciedlenia w poczynaniach polityków, to można się spodziewać, że w najbliższym czasie czekają nas kolejne rewelacje na ten temat. Znając życie nie będzie miło – tam, gdzie można zwąchać kolejne pieniądze do rozdania w premiach urzędnikom zawsze pojawi się stosowny podatek. Tylko, że to do niczego nie prowadzi. Już kolejne podwyżki cen zwykłych papierosów pokazały, gdzie ludzie mają oddawanie pieniędzy państwu. Przemyt rośnie, a wpływy do budżetu z tytułu obrotu wyrobami tytoniowymi nie rosną. Podatki są potrzebne, nawet bardzo. Ale tam, gdzie rzeczywiście mogą pomóc – tam, gdzie ich nie powinno być, przeszkadzają. Nam i państwu. Ale kadencja kończy się za 4 lata, nikomu nie zależy na porządkowaniu niektórych spraw. A nikomu nie chce się poprawiać po poprzednikach.

Grafika: 1, 2. 3