Moje przemyślenia

Marcin Przasnyski: Kurs Apple przebił wsparcie i co ma z tym wspólnego jailbreak

GM
Grzegorz Marczak
21

Autorem artykułu jest Marcin Przasnyski z StockWatch.pl. Jeżeli ktoś śledzi co dzieje się z kursem akcji Apple i przy okazji czyta komentarze analityków, to przez ostatnie pół roku miał typowy popis owczego pędu. Większość na rynku była absolutnie pewna, że Apple będzie nadal drożeć. Proponuję po...

Autorem artykułu jest Marcin Przasnyski z StockWatch.pl.

Jeżeli ktoś śledzi co dzieje się z kursem akcji Apple i przy okazji czyta komentarze analityków, to przez ostatnie pół roku miał typowy popis owczego pędu. Większość na rynku była absolutnie pewna, że Apple będzie nadal drożeć. Proponuję potraktować to jako ilustrację faktu, że większość zwykle się myli – nie tylko na giełdzie. Są teraz dwa pytania, na które spróbuję odpowiedzieć: dlaczego spada i jak nisko poleci.

Od 25 kwietnia do 14 grudnia ukazało się 25 rekomendacji mówiących „kupuj”. Najwyższą ceną docelową było 825 dolarów, trzy razy wskazywano na 800 dolarów. Tymczasem piątek zamknął się na 509,79 dol., po szybkim zjeździe z 700 dolarów z króciutką korektą. Wykres średnioterminowy pokazuje, że poziom 520 dolarów, który wcześniej cztery razy stanowił oparcie dla spadków, tym razem pękł.

Powstaje więc pytanie, gdzie jest następne wsparcie. Najprostsza metoda wyznaczenia kolejnych schodków – ta zwanych zniesień, od których może odbić się kurs – to poziomy Fibonacciego. Trzeba tylko cofnąć się do historycznego minimum, które posłuży za poziom zero, a szczyt będzie poziomem 100 proc. Magiczne liczby to nic innego jak kolejne potęgowanie złotego podziału – takie giełdowe voodoo, które działa skutecznie jak mało co. Licząc od dołka na 77,51 dol. do szczytu na 701,80 dol., widzimy że pierwsze zniesienie na 568,20 dolarów jest już pokonane. Następne jest na 463,32 dol., a kolejne na 389,65.

Dzisiaj akcja jest trejdowana po 509,79 dolarów, co wycenia całą firmę na 480 mld USD. Zastanówmy się co to oznacza w odniesieniu do fundamentów. Ta wartość to około 11 razy historyczne zyski i niecałe 9 razy prognozowane zyski. Apple stał się w ten sposób wyceniany na poziomie Microsoftu i bardzo blisko średnich wskaźników cenowych całego sektora. Także od strony wyceny przychodów – jest to niewiele ponad 3 razy historyczne 12-miesięczne przychody ze sprzedaży. Czy zatem coś złego stanie się z rentownością, abyśmy mogli spodziewać się dalszej mocnej jazdy w dół? Nie widać takiego ryzyka, co najwyżej grozi wyhamowanie wzrostu. Czy zatem poziom 463,32 dolary jest realnym dnem krótkoterminowych spadków? To już niecałe 10 proc. poniżej, co nie zmieni istotnie przytoczonych wskaźników. Kolejny poziom jest za to 24 proc. niżej. Gdybym był traderem, czekałbym na taką właśnie poważniejszą przecenę, ale większe jest prawdopodobieństwo odbicia od 463,32, a następnie trend boczny, czyli dla tradera nic ciekawego.

Dlaczego Apple spada? Po pierwsze kursy giełdowe w ogóle cały czas się ruszają i to w obie strony, więc jak coś za bardzo urośnie, to następnie spada. I na odwrót. Ale w wypadku tej firmy widzę jeden bardzo istotny powód osłabienia pozycji rynkowej, o którym chyba nikt dotąd nie wspomniał. Oczywiście, nowy zarząd nie dał rynkowi wiarygodnej odpowiedzi na pytanie „co dalej”. Oczywiście, są problemy z nowymi produktami – a to zasięg WiFi, a to fatalne mapy.

Ale jest coś więcej. Apple tak mocno uszczelnił iOS6, że przez trzy miesiące nie wyszedł porządny uniwersalny jailbreak. Czyli ludzie, którzy zaktualizowali system zostali w większości odcięci od ulubionych tweak’ów, a programiści od możliwości tworzenia i rozwijania swoich aplikacji i rozszerzeń. Ewentualnie trzeba trzymać się iOS5, czyli zostawać w tyle ze starzejącymi się urządzeniami. Z punktu widzenia globalnego może to być margines, ale nie tak do końca. Różne źródła podają, że w USA jailbreakowanych jest 10-15 proc. urządzeń Apple, w Europie bliżej 20 proc., a w Chinach około 50 proc. Łącznie mogłoby to być 50-80 milionów osób, które zostały słusznie bądź niesłusznie kopnięte w tyłek. Efekt jest taki, że ci klienci mają teraz mocny powód, aby kupić urządzenie z Androidem. Jedna zdrada i cała konstrukcja spod znaku jabłka zaczyna się chwiać.

Skuteczne póki co zaaresztowanie urządzeń przez Apple hamuje też innowacje. Firma odpędza przecież od siebie najwierniejszych geeków, dla których nieskrępowane grzebanie w sprzęcie jest sensem życia. I źródłem jako-takiego zarobku. Jak ujawnił na październikowej konferencji JailBreakCon w San Francisco twórca Cydii, w zeszłym roku wypłacił developerom 8 milionów dolarów ze sprzedaży dodatków do systemu przez swój mały appstorek. Czyli ludzie którzy i tak mogą mieć wszystko za darmo, płacili twórcom za dodatki, którzy ci woleli wpuścić w wąskie środowisko zamiast próbować umieścić w oficjalnym AppStore. Trudno o lepszy dowód tego, że jednak jest tutaj wartość dodana. Rozumiem, że Apple budując mur chciało zmusić więcej osób do płacenia mu za aplikacje, na które przecież stać każdego. Ale w efekcie zaczyna tracić najcenniejszych userów, dla których wolność to sprawa ważniejsza niż kilka dolarów.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

Applegiełdaakcjejailbreak