Social Media

LinkedIn, ostatni zachodni portal społecznościowy w Chinach.

MG
Maciej Gorczyński
2

Z Facebooka korzysta miesięcznie blisko 3 miliardy ludzi i ani jeden z terenu Chin (FB nie ma też użytkowników północnokoreańskich oraz irańskich). W Państwie Środka Facebook, Google, Twitter zostały zablokowane w lipcu 2009 roku po zamieszkach w Xinjiang – w oczywistym celu uniemożliwienia komunikacji między protestującymi.

Tzw. Wielki Firewall nie tylko blokuje strony, kontroluje również bieżące treści chińskiego internetu oraz zachodnie strony informacyjne, np. BBC. Instagram, Snapchat, Yahoo, Slack, YouTube – też nie są dostępne, choć oczywiście większość aplikacji ma swoje odpowiedniki – np. treści podobnych jak na YT należy np. szukać na Tudou i Youku. Swoją drogą nie przeszkadza to ani Markowi Zuckerbergowi, ani Chińczykom dogadywać się w sprawie chińskich reklam na Facebooku – ale to wszystko, co można uzyskać; nie pomogły osobiste wizyty Zuckerberga i próby inwestowania w lokalne startupy. Są oczywiście VPN-y, ale jak piszą dziennikarze, dają umiarkowane możliwości i gwarancje sukcesu, bywają też nielegalne.

LinkedIn cieszył się do tej pory najlepszą sytuacją, niemal tolerancją. W Chinach obecny od blisko 10 lat, zaliczył ogromny wzrost w momencie przejęcia przez Microsoft w 2016 roku. Używa go 53 miliony Chińczyków, czyli 7% wszystkich zalogowanych na LinkedIn – w 2014 roku było to zaledwie 1,4 %. Jak ocenia tygodnik „The Economist”, jest to niezmiernie rzadki przypadek zachodniego portalu społecznościowego, który z sukcesem operuje w Chinach. Zdaje się, że czysty pożytek szukających pracy użytkowników sieci dominował w rachunkach partii – przynajmniej do tej pory. Kłopoty zaczęły się od ścisłego określenia jakiego rodzaju treści mogą być publikowane w postach LinkedIn. Właściwie „ścisłe” nie jest tu określeniem ścisłym, ponieważ siła chińskiej cenzury – w wielu różnych obszarach – polega na tym, że przepisy są niejasne, ogólne i co za tym idzie, trudno się do nich zastosować. Interpretacja urzędnika ma zawsze przewagę – istnieje np. lista słów zakazanych, ale nie wszystkie zainteresowane osoby i podmioty ją znają.

Począwszy od marca 2021 wielu użytkowników LinkedIn poza Chinami zaczęło otrzymywać powiadomienia, że ich profile są niewidoczne na terytorium Chin. Blokady są nieprzypadkowe; „The Economist” opisuje przypadek tajwańskiego badacza, który umieścił na swoim profilu tytuły książek swojego autorstwa poświęconych relacjom chińsko-tajwańskim. Ich wydźwięk nie był przychylny wielkiemu sąsiadowi, który odmawia Tajwanowi statusu państwa i w oficjalnej retoryce określa go jako zbuntowaną kolonię. Na pytanie o zablokowane konto naukowca nie odpowiedziała ani rzeczniczka LinkedIn, ani Microsoft. Milczenie wydaje się znaczące; przypuszczalnie Microsoft chce podążyć drogą Apple i pogodzić się z żądaniami chińskiej cenzury, biznes jest ważniejszy od wolności słowa, a sprzedaż licencjonowanych produktów Microsoftu w Chinach stale rośnie. Apple przecież nie tylko sprzedaje, ale i produkuje w Chinach – co jest możliwe dzięki temu, że Apple Store prezentuje tam ofertę mocno okrojoną i dostosowaną do oczekiwań partii. Nie jest to pierwszy przypadek: można analogicznie przypomnieć, że – jak sprawdzili kiedyś dziennikarze BBC – mapy Apple na terenie Rosji oznaczają Krym jako terytorium rosyjskie, czyli dokładnie tak jak zażądała tego Duma. W używanym w Polsce Iphonie Krym jest ukraiński.

Jak to działa w drugą stronę? Inaczej: w zachodnich sieciach społecznościowych jest masa kont powiązanych mniej lub bardziej otwarcie z chińską propagandą, które były szczególnie aktywne, gdy świat zajmował się największymi znakami zapytania, jakie postawiła epidemia: skąd pochodzi? Kiedy szczepionka? I właśnie te konta wyspecjalizowały się w argumentacji na rzecz importowanego do Chin wirusa oraz w przekonywaniu o niskiej jakości europejskich i amerykańskich szczepionek, przy okazji przemycając historie o tym, jak dobrze żyje się teraz chińskim muzułmanom.

Problem został dostrzeżony. Jeszcze w 2019 roku Twitter wprowadził zakaz promowania postów pochodzących z kont powiązanych z państwami (później podobną regulację wprowadził Facebook) – co dotknęło nie tylko Chiny. Następnie konta te oznaczono informacją „China state-afiliated media”. Skuteczność tych zabiegów poddano badaniu – i faktycznie, intensywność retweetowania oraz ilość polubień spadły o 20-30%, co przy 33 milionach ludzi śledzących 3 najważniejsze chińskie konta, daje efekt solidny. I ważny, ponieważ demokratyczne media nadają szeroki wydźwięk wypowiedziom co najmniej osobliwym. Dwa klasyczne już przykłady to tweety rzecznika Ministerstwa Spraw Zagranicznych ChRL, Zhao Lijian; w pierwszym była mowa o żołnierzach amerykańskich, którzy celowo przywieźli Covid-19 do Wuhan, w drugim wyrażono głębokie zaniepokojenie niewyjaśnionymi okolicznościami śmierci europejskich emerytów po przyjęciu szczepionki Pfizera.

I jest jeszcze TikTok; zeszłoroczne turbulencje popularnej aplikacji w jakimś sensie skończyły się na niczym, ponieważ rok po decyzjach Donalda Trumpa, które miały doprowadzić do przejęcia TT, ten dalej należy do chińskiego ByteDance. Ciekawostką w sprawie są podrażnione ambicje Amerykanów, w końcu chińska aplikacja, której w USA używa 74 miliony ludzi, powstała z amerykańskiej Musical.ly, którą ByteDance odkupiło w 2017 roku i rozbudowało do dzisiejszej postaci.

W czerwcu administracja Joe Bidena wycofała regulacje zmierzające do zamknięcia TikToka i chińskiego komunikatora WeChat. Niemniej analitycy mówią, że nie chodzi o rozluźnienie reguł, wręcz przeciwnie; nowa administracja jest bardziej antychińska i bardziej podejrzliwa wobec chińskich aplikacji niż poprzednia, ale zamierza rzecz przeprowadzić inaczej, przede wszystkim: skutecznie

Jak można zauważyć, jest w tych lękach i działaniach pełna symetria, ponieważ władze chińskie również chcą ograniczyć działalność ByteDance, i to z tych samych powodów: możliwy amerykański dostęp do danych chińskich użytkowników. Czynniki oficjalne nie polubiły się też z popularnym kanałem informacyjnym TikToka, „Jinri Toutiao”, który przekazywał najnowsze wiadomości, nie zawsze te aprobowane przez partię.

Zresztą Komitet Centralny zwrócił uwagę na wszystkie chińskie firmy notowane na amerykańskiej giełdzie i po kolei nakazuje wycofanie ich produktów z chińskiego sklepu z aplikacjami, poczynając do tamtejszej wersji Ubera, Didi. W tej sytuacji ByteDance wstrzymało swój debiut na giełdzie w USA, ale sekretarzom przeszkadza nie tylko amerykański kapitał, również miliony amerykańskich nastoletnich użytkowników. Inne chińskie firmy już notowane na giełdzie nowojorskiej zaliczyły duże spadki; Alibaba i Tencent, chińscy giganci internetowi,  są przedmiotem oskarżeń o monopol i zabiegów regulacyjnych. Trudno przypuszczać, aby chodziło tylko o to – w centralnie sterowanej gospodarce monopol nie jest raczej problemem, dopóki to jest monopol państwowy. Podobne rzeczy dzieją w się biznesie zdalnej edukacji, w której wprowadza się zakaz nauczania według zachodnich programów i zasadę non-profit. Widać, że kontrola jest ważniejsza niż zysk, władza nie waha się utrudniać działalności firmom rodzimym, które stają się zbyt duże, zbyt wpływowe lub w jakiś inny sposób wymykają się ręcznemu sterowaniu.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: