legiony
6

Legiony – recenzja. Marny scenariusz zagłuszony bardzo dobrymi efektami specjalnymi

Trudno zrobić dobry film historyczny, jakkolwiek wdzięcznego tematu byśmy nie ruszyli. Czasami bywa tak, że twórcy nie są w stanie udźwignąć wyzwania.

Legiony nie przedstawiają wiernie historii tej polskiej formacji. To zdecydowanie nie jest film zakrawający chociaż o dokument, z którego możemy się czegoś nauczyć. Każdy z nas wie, jak wyglądała sytuacja przed I wojną światową. Byliśmy pod zaborami, potem pojawił się wielki konflikt, który w oczach Polaków stał się szansą na odzyskanie niepodległości. Powstały legiony, ruszyły do boju i… tyle. Film na końcowej planszy nawet nam nie przypomina, że tę niepodległość faktycznie odzyskaliśmy. Produkcja nie jest zbyt dobrym wyborem dla szkół, które będą szturmem oblegać sale na Piłsudskim lub właśnie na Legionach. Z dwojga przeciętnego już lepiej ten Ziuk. Przynajmniej jest szansa, że zostanie w głowach młodzieży jakaś wiedza na sprawdzian.

To opowieść o miłości… bardzo nudnej miłości

Kiedy zobaczyłam pierwszy zwiastun Legionów byłam rozbawiona, ale i zainteresowana. Intrygował mnie dobór radiowej, młodzieżowej muzyki. Tak się trailerów tego typu nie tworzy, co udowodnił drugi z nich. Miałam jednak nadzieję, że zwiastuje on jakąś oryginalność. Zastanawiałam się, czy może twórcy spróbują okraszać taką ścieżką dźwiękową całym film, czy może chcą go stworzyć w stylu kina young adoult. Okej, z tym drugim może troszeczkę przesadziłam. Niemniej skupienie się na młodzieży pomogłoby każdej produkcji tego typu. Wystarczyłoby choć raz pokazać, co siedziało w głowie dzieciaków z tamtych lat. Udowodnić, że wojna to przede wszystkim tragedia i okrucieństwo, że mężczyźni chwytając za karabin trzęśli się ze strachu, bo nie każdy jest gotów zginąć w walce z wrogiem, który chociażby uraził polskość myślą, mową, uczynkiem lub zaniedbaniem. Niestety nic z tych moich przemyśleń nie wyszło, ostatecznie dostałam tak sztampową historię, jak to tylko możliwe.

Scenariusz w Legionach jest marny. Wątki pozlepiane są ze sobą jakoś tak bez większego sensu, a całej historii najbardziej przeszkadza trójkąt miłosny, w który wplątano Józka Wieżę (Sebastian Fabjański), Tadeusza Zbarskiego (Bartosz Gelner) i Aleksandrę Tubilewicz (Wiktoria Wolańska). Ich historyjka jest nudna i przewidywalna. Między bohaterami nie ma większej chemii, nie pozwalają lubić swoich związków. Mam wrażenie, że cały pomysł powstał tylko po to, aby po złamaniu wszystkich serc Gelner i Fabjański mogli siedzieć w okopie ze zblazowanymi minami, „czując się wyobcowani przez Niemców„. Bohaterowie (z głównym – Józkiem – na czele) są tak bezbarwni i żadni, że aż się robi przykro. Twórcy nie potrafili ich narysować, przedstawić nam czy skupić się na rozwoju ich psychiki. To wydmuszki, które poruszają się na koniach przed siebie z biegiem fabuły.

Te pościgi, te wybuchy!

Na szczęście film nadrabia technikaliami. Cieszę się, że polskie kino nareszcie rozwinęło się w tym aspekcie. Znów dostaliśmy niezłe zdjęcia okraszone niezłą muzyką. Pochwała należy się również za efekty specjalne. Widać, że zainwestowano w nie spory budżet, chciano, aby wszystko wyglądało widowiskowo. Jest naprawdę dobrze. Bitwa pod Rokitną została naprawdę nieźle ograna. Mimo że nie brało w niej udziału dziesiątki tysięcy żołnierzy, sprytnie zaprezentowano to tak, aby wyglądało jak najlepiej. Twórcy przynajmniej w tym aspekcie widzieli co i jak robić. Kunszt widać na pierwszy rzut oka. To się opłaca, tak to wszystko powinno wyglądać.

Gdyby z Legionów wyciąć ten bezsensowny wątek miłosny i nie wsłuchiwać się zbyt uważnie w dialogi, można byłoby wyjść z kina bardzo zadowolonym. Spektakularne bitwy, statyści, którzy mają trochę oleju w głowie i niezłe kreacje bohaterów drugoplanowych – to wszystko mocne plusy. Niestety, wad nie da się nie zauważyć. No, chyba że z nudów zaczniecie przeglądać telefon w oczekiwaniu na kolejną akcję między dyrdymałami. Mamy mnóstwo ciekawej historii, którą warto ograć. Nie brak nam dobrych aktorów. Umiemy robić wielkie bitwy i efekty specjalne. Teraz wystarczy znaleźć porządnych scenarzystów i będziemy mieli naprawdę świetne kino wojenne. Jeszcze nie teraz, ale już niedługo. Wierzę w to.