Chyba każdy z nas ma w domu przynajmniej jeden sprzęt z napisem "made in China". Tym samym awersja do "chińszczyzny" staje się hipokryzją i przejawem ...

Chyba każdy z nas ma w domu przynajmniej jeden sprzęt z napisem "made in China". Tym samym awersja do "chińszczyzny" staje się hipokryzją i przejawem dość wąskiego spojrzenia na świat. Jednak Chiny to nie tylko kraj, gdzie wykonuje się produkty dla globalnych marek. To również miejsce, gdzie swój początek mają niezwykle ciekawe projekty.
Patrząc na chińskie marki można łatwo się zgubić. Sam nie orientuję się w tych wszystkich firmach, które mają na swoim koncie 1-2 modele urządzeń. Większości z nas pierwsze na myśl przychodzą Huawei i ZTE, które swoją silną pozycję zawdzięczają głównie zaangażowaniu w budowę sieci telekomunikacyjnych i rozwiązania dla biznesu. Tuż za nimi w kolejce do globalnego sukcesu stoją już jednak Oppo, Xiaomi, Meizu i inni. Na tym ta lista się nie kończy. Ja przez minione tygodnie w swoich rękach miałem tablet marki o wdzięcznej nazwie PIPO.
PIPO M7 Pro to nietypowe, bo 8,9-calowe urządzenie. W Polsce dostaniemy go za ok. 950 złotych. Importując z Chin zapłacimy oczywiście mniej. Dlaczego warto zwrócić uwagę na to urządzenie? Wystarczy prześledzić specyfikację - ekran Full HD, czterordzeniowy procesor, 2 GB RAM-u, modem 3G, dwa aparaty, GPS, Bluetooth. To wszystko w tablecie za takie pieniądze wydaje się wręcz niemożliwe. A jednak okazuje się, że można. Czy powinniśmy zatem bez opamiętania rzucić się na chińskie tablety?
Pierwsze rozczarowanie związane z PIPO M7 Pro pojawia się jeszcze przed pierwszym uruchomieniem urządzenia. W pudełku znajdziemy bowiem jednoczęściową ładowarkę. Przyznam, że dotąd wydawało mi się to raczej reliktem przeszłości. Na szczęście nic nie stoi na przeszkodzie, by do ładowania wykorzystać akcesorium od telefonu i port Micro USB w tablecie. Producent załączył do zestawu również kabelek USB, przejściówkę USB OTG, dokanałowe i bardzo przeciętnie grające słuchawki oraz tekturowy karnecik informujący o tym, że instrukcję obsługi w formie ebooka znajdziemy na tablecie. Nie pamiętam kiedy ostatni raz zajrzałem do którejkolwiek z instrukcji, więc nie stanowi to dla mnie najmniejszego problemu.
Wygląd i wykonanie
Jeżeli spodziewaliście się plastikowej, trzeszczącej i uginającej się pod ciężarem dłoni konstrukcji, muszę Was rozczarować. Całość wykonano bardzo solidnie i nie mogę mieć tutaj nawet najmniejszych zastrzeżeń. Front stanowi oczywiście tafla szkła pod którą umieszczono wyświetlacz i przednią kamerkę. Zaskakują tutaj bardzo cienkie ramki po bokach.
Do wykonania tylnego panelu wykorzystano profilowany panel ze szczotkowanego aluminium, które dość szybko zbiera odciski palców, ale jest na pewno znacznie korzystniejszym wyborem niż plastik. Ten wykorzystano do konstrukcji krawędzi tabletu. Co ciekawe te po lewej i prawej stronie zachodzą dość mocno na tył całej konstrukcji. Zostały przy tym pokryte rzędami malutkich wypustek, co wyraźnie wskazuje, że w tym miejscu mamy trzymać dłonie. To by tłumaczyło te cienkie ramki na przodzie.
Wszystkie złącza oraz przyciski znajdziemy na górnej krawędzi. Nie jest to może zbyt ergonomiczne, ale przynajmniej nie będziemy mieli problemu ze zlokalizowaniem ich. PIPO M7 Pro dysponuje slotami na kartę MicroSD oraz kartę SIM, złączem słuchawkowym, dwoma interfejsami Micro USB (z czego jeden służący do USB OTG) oraz portem Mini HDMI. Nie zabrakło tutaj również gniazda ładowarki, mikrofonu oraz dwóch przycisków. Jeden z nich służy do włączania (wybudzania) i wyłączania (usypiania) tabletu, a drugi, oznaczony podpisem "Esc" pełni rolę guziczka wstecz. Brak regulacji głośności jest nieprzypadkowy - znajdziemy ją na pasku systemowym.
Tablet prezentuje się naprawdę nieźle - zarówno pod względem atrakcyjności jak i wykonania. Warto zauważyć, że jest to stosunkowo ciężka konstrukcja o wadze 470 gramów. Wynagradzają to jednak bardzo kompaktowe jak na 8,9-calowy ekran wymiary - 218 x 156 x 9 mm.
Wyświetlacz, bateria, łączność
Wyświetlacz w PIPO M7 Pro ma przekątną 8,9 cala i pracuje w rozdzielczości 1920 x 1080 px. Daje to naprawdę przyzwoite zagęszczenie pikseli na poziomie 254 PPI. Całość wykonał Samsung w autorskiej technologii PLS. Ma to być teoretycznie ulepszona wersja paneli IPS. W praktyce sprawdza się naprawdę świetnie. Na uwagę zasługują fantastyczne kąty widzenia, przyzwoita jasność, świetne odwzorowanie kolorów i dobry kontrast. Wyświetlacz to jeden z największych plusów tego urządzenia. Szkoda tylko, ze nie zabezpieczono go powłoką Gorilla Glass. Zamiast tego wykorzystano hartowane szkło w technologii G+G.
Wbudowana bateria 6300 mAh sprawdza się dobrze. W praktyce pozwala na ok 8-9 godzin pracy przy aktywnej automatycznej jasności i włączonym WiFi. Oczywiście im bardziej zaawansowane czynności wykonujemy, tym czas ten się skraca. Przy aktywnym 3G udało mi się z PIPO M7 Pro wycisnąć jakieś 7-8 godzin.
Tablet dysponuje bogatym zestawem modułów łączności. Poza WiFi zgodnym z sieciami 802.11 b/g/n znajdziemy tutaj Bluetooth 4.0, GPS oraz modem 3G. Ten ostatni dobrze radzi sobie z kartami Aero2, do czego będzie pewnie głównie wykorzystywany przez polskich użytkowników.
System, aplikacje i wydajność
PIPO M7 Pro pracuje pod kontrolą leciwego Androida 4.2.2. Po sieci krążą informacje o aktualizacji do wersji 4.4 KitKat. Wbrew pozorom wcale nie są to tylko plotki, bo tablet wyposażono w moduł aktualizacji OTA, z którego producent już raz skorzystał wydając pod koniec roku niewielką łatkę dla modułu WiFi. Znalazłem nawet już nieoficjalne modyfikacje Androida 4.4 KitKat dla tego modelu, ale cierpią one na brak obsługi odbiornika GPS. Pod pozostałymi względami jednak spisują się naprawdę dobrze i w miarę stabilnie.
Podsumowanie
PIPO M7 Pro niezwykle przypadł mi do gustu. Nie spodziewałem się, że za 950 złotych można kupić w Polsce taki tablet. Owszem, nie jest to gadżet pozbawiony wad. Jednoczęściowa ładowarka wygląda archaicznie, a chińsko-angielsko-polski system w wersji 4.2.2 zniechęca. Trudno jednak wskazać inny tablet o takich parametrach, który zaoferowałby nam to samo za takie pieniądze. Owszem, mamy na rynku Mantę, Goclever czy Kruger&Matz, ale ich urządzenia na wielu polach ustępują chińskiemu PIPO i nie sposób się temu dziwić. Jeżeli zatem szukamy tabletu do 1 tys. złotych, warto się zastanowić, czy tego typu opcja nie byłaby dla nas najkorzystniejsza.
Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu