0

Final Fantasy VII Remake – recenzja. Ani to remake, ani FFVII, ale i tak nie mogłem się oderwać

Square Enix dość ryzykownie porwało się na jedną z kultowych gier mojej młodości. Rynek przyzwyczaił nas do odgrzewania kotletów, prostego podbijania rozdzielczości - ale dał też przynajmniej kilka świetnych powrotów popularnych serii. Final Fantasy VII Remake dla wielu osób okaże się czymś zupełnie innym, ale niezależnie od nastawienia, warto zagrać - ja bawiłem się świetnie.

Po trzykrotnym przejściu dema Final Fantasy VII Remake myślałem, że recenzja będzie wyglądać jak porównanie starego z nowym. Taki był plan i nie śledząc doniesień oraz wycieków dotyczących fabuły trwałem w tym przekonaniu do momentu, aż nie uruchomiłem pełnej wersji gry. Już na samym początku musimy sobie jednak wyjaśnić jedną podstawową kwestię. Final Fantasy VII Remake to całkowicie nowa gra, bazująca jedynie na bohaterach, opowieści i świecie znanym z oryginału. Już sama informacja o tym, że produkcja została podzielona na trzy epizody oznacza, że będzie dłuższa. Tak mniej więcej trzykrotnie dłuższa, bo każda z części oferować ma tak długi tytuł jak oryginał. I faktycznie, nie skupiając się na misjach pobocznych i w miarę sprawnie walcząc z trudniejszymi przeciwnikami trzeba liczyć na około 30-35 godzin zabawy (Kamil skończył grę w 25 godzin, ale nie jestem przekonany, czy licznik gry łapie wszystko). Chodzi o całość, bo gdyby tak całkowicie wyciąć scenki przerywnikowe, samej rozgrywki jest może na 8-10 godzin. Ale nie traktujcie tego jako minus – gra tak płynnie i naturalnie przechodzi z biernych opowieści do czynnej rozgrywki, że omijanie któregokolwiek przerywnika jest ogromnym błędem.

Bohaterowie z krwi i kości

Postacie występujące w Final Fantasy VII obrosły już kultem. Tytuł ten jest uważany za jedno z najlepszych japońskich RPG w historii i ja to doskonale rozumiem. Sentyment robi swoje, a w czasie premiery FF7 było niesamowite. Później podchodziłem do niej jeszcze czterokrotnie, kupując grę na kilku różnych platformach (ostatnio na Nintendo Switch) i choć ciężko przymknąć oko na archaiczną już grafikę 3D, to jednak całość broni się jako produkt. Ale jednocześnie bohaterów występujących w FF7 tak naprawdę poznałem dopiero przy FF7 Remake, bo dopiero teraz Square Enix miało możliwość ich odpowiedniego przedstawienia graczom. Wydawało mi się, że wiem wszystko o Cloudzie, Barrecie, Tifie czy Aerith – a jednak to właśnie w ostatnich dniach poznawałem ich na nowo.

Voice acting, emocje (lub ich brak) na twarzach, gesty, ruchy. To wszystko składa się w całość, buduje bohaterów od pierwszych minut spędzonych z grą, pozwala ich poznać. Małomówny Cloud wreszcie daje odczuć czemu jest takim mruczkiem, dopiero teraz potrafię go zrozumieć, szukać w jego twarzy wydarzeń z przeszłości. Aerith swoim sposobem bycia irytuje jeszcze bardziej. Barret na początku jest jeszcze większym gburem, by wraz z postępującą historią pokazywać swoją prawdziwą twarz, wątpliwości, wzbudzać w graczu emocje. Tifa wreszcie nie wygląda jak zlepek kanciastych obiektów i jakkolwiek głupio to brzmi, teraz naprawdę ujmuje swoim połączeniem kobiecości i waleczności. Brylują postacie poboczne, takie jak Wedge i kradnąca dużą część gry Jessie, czyli nieco naiwna część ekipy Avalanche walczącej o losy planety. Trochę zabawne jest natomiast to, że większość kobiet, które Cloud spotyka na swojej drodze wyznają chyba zasadę „za mundurem panny sznurem”, bo aż czuć, że na widok blond ex-SOLDIERa mają motylki w brzuchu. Wręcz przezabawnie koresponduje to z krótkim wspomnieniem rozmowy z matką, która twierdzi, że za Cloudem dziewczyny pewnie szaleją, co on szybko ją gasi stwierdzeniem, że „raczej nie bardzo”. Nie wiem na ile było to celowe działanie, ale wyszło świetnie, dodaje do opowieści trochę lekkości.

Nareszcie też widać jak zmieniają się poszczególne postacie, w tym przede wszystkim Cloud, który na początku jest typowym najemnikiem-materialistą bez emocji i płynnie zmienia się w człowieka zaangażowanego w sprawę. Na tyle płynnie, że byłem w stanie uwierzyć w tę zmianę. Generalnie emocje to bardzo istotny element Final Fantasy VII Remake i choć znam masę osób, która właśnie w tym kontekście wspomina oryginał, to tu niczego nie trzeba się domyślać, bo wreszcie widzimy wszystko na własne oczy tak, jak chcieli nam to pokazać twórcy.

Wydłużamy – ale tak, jak trzeba

Po pierwszych zapowiedziach byłem bardzo sceptycznie nastawiony do informacji o tym, że gra zostanie podzielona na części obawiając się tego, że to za krótki materiał źródłowy. Nie wziąłem jednak pod uwagę tego, że Square Enix tak bardzo rozbuduje grę. Mamy więc znaną i kochaną historię, ale nie dość, że pokazaną trochę inaczej, to mocno uzupełnioną i zgrabnie rozwiniętą. Są nowe wątki, część fragmentów w ogóle wyleciało z gry i niech nie zwiedzie Was demo – bo początek daje do zrozumienia, że to po prostu ten sam tytuł, ale z nowym silnikiem i oprawą. Po wysadzeniu reaktora okazuje się jednak, że SE podeszło do tematu zupełnie inaczej. Poszczególne sektory Midgar są zdecydowanie większe, przygotowane z odpowiednią pieczołowitością – już samo zwiedzanie slumsów sprawia ogromną frajdę, szczególnie, że mamy tu zarówno dzień jak i noc. A noc to magia neonów, która pokazuje znane miejscówki w zupełnie inny sposób – a to wraz ze świetną oprawą buduje piękne miejsca. A w tle przygrywają znane motywy muzyczne w nowych wersjach, przez co w głowie miesza się obraz nowego Final Fantasy VII z dawnymi wspomnieniami. Brawo. Choć trzeba jasno powiedzieć, że nowego jest tu zdecydowanie więcej niż starego. Co więcej, nastawcie się na zmiany fabularne, o których jak możecie się domyślić – pisać nie zamierzam żeby nie psuć Wam niespodzianek (dla niektórych wątpliwie przyjemnych).

Nie pasują mi natomiast misje poboczne, które w pewnym momencie zacząłem ignorować mając nadzieję, że nie wpłyną za bardzo na poziom moim postaci i późniejsze walki. Niestety ten aspekt został nieco zaniedbany i kiedy przypomnę sobie niesamowite questy z Wiedźmina 3, jest mi zwyczajnie przykro. Owszem, dzięki wykonywaniu misji pobocznych poznajemy trochę społeczność, a i ma to w pewnym momencie wpływ na pewien element głównego wątku fabularnego, jednak wielokrotnie zwyczajnie się przy nich nudziłem. Przynieś, znajdź, zabij – wypada to szczególnie mizernie w konfrontacji ze świetnie poprowadzonym i oskryptowanym głównym motywem fabularnym. Mam nadzieję, że w kolejnych odsłonach Square Enix podejdzie do tematu trochę ambitniej.

RPG akcji

Final Fantasy VII Remake posiada klasyczny system walki, ale do niego podejdę dopiero przy drugim przejściu gry. Herezja? Nic z tych rzeczy, przeniesienie starć do czasu rzeczywistego z wykorzystaniem taktycznego systemu rzucania czarów, używania przedmiotów czy umiejętności specjalnych wyszło wybornie. Zasadniczo więc kierujemy naszymi bohaterami w czasie rzeczywistym, walczymy kombosami, strzelamy samodzielnie – by po naładowaniu ATB dostać możliwość rzucania czarów lub wykonywania ataków specjalnych. Dynamika starć jest świetna, kluczowe są uniki, zmienianie bohaterów, odpowiednie dobranie materii (a co za tym idzie czarów) jeszcze przed starciem. Do tego dochodzą Summony, czyli przywoływanie takich stworów, jak Ifrit czy Shiva – tu jednak spotkania z Summonami nie są tak częste jak w oryginale (ograniczono je do niektórych walk), co robi jeszcze większe wrażenie, gdy udaje nam się przywołać tak potężnego pomocnika. A i sam sposób ich pozyskiwania jest bardzo ciekawy – otóż po Midgar przechadza się blond chłopaczek, który nie dość że sprzedaje nam materie i zachęca do pozyskiwania dla niego informacji o przeciwnikach, to dodatkowo pozwala nam założyć gogle VR i stawić czoła nowemu Summonowi. Jeśli go pokonamy, dostaniemy właściwą materię, by później dodać go do zestawienia swoich towarzyszy boju.

Materie (kolorowe kulki) służą do rozbudowywania ofensywnych, defensywnych i magicznych umiejętności naszych bohaterów. Umieszczamy je w broniach oraz elementach stroju. Do tego dochodzi rozbudowywanie broni na niezbyt czytelnych (ale ładnych) drzewkach. Nie zapomnijcie by tam zaglądać, podobnie jak odpowiednio budować swoje „party”, czyli zestaw bohaterów, z którymi ruszacie na przygodę. Każdy z nich pełni w drużynie inną funkcję i czasem odpowiednie dobranie ekipy ma kluczowe znaczenie podczas trudniejszych starć. Taka rada – Cloud i Tifa świetnie sprawdzają się w bliskich starciach (choć blondas jest bardziej uniwersalny), Aerith będzie świetnym healem, Barret natomiast uratuje Wam tyłek, gdy potrzebne będą ataki z dystansu. Do tego dochodzą alternatywne ataki i już z walki w stylu action RPG robi się nieco strategiczna produkcja, gdzie bezmyślne wciskanie przycisków ataku schodzi na dużo dalszy plan.

Final Fantasy VII Remake wygląda niesamowicie

Oczywiście nie zawsze. Niektóre postacie poboczne wydają się pozbawione detali, szczególnie podczas misji pobocznych (tu chyba najbardziej rozczarowała mnie sala treningowa z zadaniami QTE). Główni bohaterowie to jednak mistrzostwo jeśli chodzi o detale twarzy, ciała, ruch, plastykę. To samo jeśli chodzi o większość miejscówek – wielokrotnie stawałem po prostu w miejscu i przyglądałem się otoczeniu, podziwiałem jak Square Enix bawi się światłem, jak prezentuje ogrom stworzonego przez siebie świata. Szkoda tylko, że kamera nie zawsze podążała tam, gdzie bym tego chciał i bywały momenty kiedy irytowała mnie aż za bardzo. Ale na szczęście sporadycznie, więc nie wpływało to na przyjemność z gry. No i optymalizacja. Kamil grał na zwykłym PS4 – dał mi znać, że wszystko działa płynnie. Ja na PS4 Pro też nie miałem na co narzekać. Nie przypominam sobie spadków animacji, chrupnięć czy wyrzucania do menu konsoli. A zdarzało się, że na ekranie twórcy wyświetlali „festiwal fajerwerków” przy którym konsola powinna się już krztusić. Jestem bardzo ciekawy czy gra pojawi się też na PlayStation 5 i jak mogłoby się to odbić na oprawie. Jako ciekawostkę dodam, że cyfrowa wersja gry waży…90GB – miejcie to na uwadze planując zakup i układając sobie plany na wieczór.

Rozczarowujący jest natomiast brak jakiejkolwiek lokalizacji gry. Rozumiem, że podłożenie dubbingu nie wchodziło w ogóle w grę (i w sumie dobrze, mamy bowiem do wyboru angielskie lub japońskie głosy), ale brak polskich napisów to jednoznaczny sygnał od Square Enix – „mamy w Polskę w …”. Wielka szkoda, bo przy tak dużych grach z tak fajną historią brak polskiego języka mocno ogranicza grupę odbiorców.





Zdecydowanie warto, ale to nie jest zwykłe Final Fantasy VII

Nie jestem do końca przekonany czy słowo „remake” jest na pewno odpowiednie w kontekście Final Fantasy VII Remake. Powiedziałbym raczej, że to zupełnie nowa gra bazująca jedynie na uniwersum i opowieści oryginały, pokazująca tych samych bohaterów, których już znamy. Ale nawet jeśli chodzi o postacie, możliwości ich pokazania są tak diametralnie inne niż kiedyś, że w zasadzie wszystkich poznałem na nowo. Łącznie z Cloudem, który dopiero teraz potrafił odpowiednio „zagrać” i w pełni zaprezentować się przed graczami. Grze z jednej strony blisko formą do Final Fantasy XV, z drugiej nie mogłem pozbyć się wspomnień do mocno korytarzowej XIII (choć tu akurat nie czułem się osaczony ścianami). Realizacja stoi na najwyższym poziomie i jestem pełen podziwu, że Square Enix po pierwsze odważyło się wziąć na warsztat tak kultowy klasyk z gatunku jRPG, po drugie potrafiło dopisać tak dużo historii, w zasadzie stworzyć bohaterów na nowo, a jednocześnie wyjść naprzeciw oczekiwaniom graczy. I bardzo się cieszę, że nie jest to po prostu FFVII w nowej oprawie i na nowym silniku. Do ideału oczywiście trochę brakuje, ale nie mam żadnych problemów by wystawić grze ocenę 9/10. Bawiłem się wybornie i już przebieram nogami za kolejnym epizodem – choć przyznaję, że końcówka jest nieco dyskusyjna.

Ogrywaliśmy Final Fantasy VII Remake równolegle z Kamilem Świtalskim, nie mogło więc zabraknąć jego opinii:

Nie czekałem na Final Fantasy VII Remake. Lubię FFVII, ale należę do grupy, dla której gra od pierwszych zapowiedzi jest zbędną i niepotrzebną. Ale biorąc pod uwagę wielki hype — to bezpieczne zagranie Square Enix, które nie może się nie udać. Przynajmniej z finansowego punktu widzenia. No i z tego — prawdopodobnie się uda, ale cała reszta jest dla mnie dość… wątpliwa. Po około 25 godzinach skończyłem grę i moją jedyną myślą było: przecież to się na dobre nawet nie zaczęło. Znam historię, znam świat i efekciarski początek Midgar traktuję tam zawsze w kategoriach mocnego startu (którego zresztą nie lubię). Prawdziwa przygoda zaczyna się później: tutaj się nie zaczęła, bo gra zdążyła się skończyć. I mimo wielu godzin przepięknych przerywników filmowych, ślicznego świata (wypełnionego, z niewiadomych nikomu przyczyn, brzydkimi teksturami) i fajnego systemu walki — traktuję ją w kategoriach wydmuszki. Lwia część Final Fantasy VII Remake to przeplatanie korytarzy, walk i wstawek fabularnych. Zagadki? Była jedna – i to z niezbyt fajną mechaniką. Questy poboczne? Tak żałosne, że nawet desperatom nie jestem w stanie ich polecić. Wszelkie zmiany fabularne z porównaniem do oryginału mi się nie podobają — a biorąc po uwagę kto za nimi stoi, obawiam się że (nawet jeśli) kontynuacja FFVII Remake powstanie, to będzie to chaos na modłę tego, który towarzyszy serii Kingdom Hearts, po drodze uzupełniony kilkoma grami mobilnymi. Final Fantasy VII Remake to taka wydmuszka: piękna, ale biedna w treść. Zmarnowany potencjał i bezpieczne zagrywki kierowane ku… najwierniejszym fanom? Smutno się na to patrzy — najpierw wykastrowane z treści Final Fantasy XV, a teraz to…