2

Bawiłem się bardzo dobrze, ale to nie jest poziom God of War czy GTA. Recenzja Days Gone

Wygląda to trochę tak, jakby PlayStation wystrzelało się w ubiegłym roku z zapowiadanych od dawna gier na wyłączność. Tej tezie przeczy Days Gone, jednak czy to tytuł, który może stawać w szranki z ubiegłorocznymi hitami na PlayStation 4? Myślę, że na to pytanie w dużej mierze odpowiada tytuł tego tekstu.

Days Gone, podobnie jak kiedyś The Last of Us opowiada o epidemii zombie. Ani tu, ani tu stwory nie są typowymi żywymi trupami, ale koncepcja jest podobna jak w setkach filmów o umarlakach. Na świecie pojawił się jakiś dziwny wirus, który zmienia ludzi w krwiożercze potwory. SIE Bend Studio nazwało swoje kreatury świrusami – to zmutowani ludzie, którzy chcą zabić ocalałych i snują się bez większego sensu po okolicy. Jak możecie się domyślić, części osób udało się przeżyć i założyli chronione ogrodzeniami osady. Czemu jednak stwory ich nie atakują i dlaczego w przeciwieństwie do bohaterów takiego na przykład The Walking Dead udało im się stworzyć prężnie działające społeczności? Możliwe, że dowiecie się tego z samej gry.

A w niej wcielamy się Deacona St. Johna – wytatuowanego motocyklistę, który wraz ze swoim przyjacielem nie porzucił ani jednośladu, ani swoich barw klubowych. Nazywani są włóczęgami, bo cały czas czują potrzebę pędu i nie mogą nigdzie zagrzać na dłużej miejsca. Sytuacja wymaga jednak skupienia się na obozowym życiu, a co za tym idzie wykonywaniu misji dla lokalnych społeczności oraz choć minimalnym wsiąknięciu w ich problemy. A tych jest sporo, Days Gone bardzo dobrze pokazuje, że z ludzi potrafią wyjść potwory gdy zmusi ich do tego rzeczywistość.

Stworzenie zupełnie nowej marki, która nie czerpie z dokonań innych gier nie jest łatwe. Jednak moim zdaniem SIE Bend Studio się ta sztuka udała i Days Gone jako uniwersum daje podwaliny pod kolejne odsłony – ba, może kiedyś nawet poboczne wątki. Wszystko oczywiście zależy od sprzedaży gry, równie dobrze może to być przecież jedynie jednorazowa produkcja. To jednak poziom uniwersum Horizon Zero Dawn, a nie Uncharted czy God of War.

Co jest misją poboczną, a co główną?

Days Gone stara się chyba uciec od utarnego sandboksowego schematu misji głównych i pobocznych. Skąd ta smiała teza? Otóż bez sprawdzenia w dzienniku kompletnie nie wiedziałem co jest misją poboczną a co fabularną. Często były ona na “to samo kopyto”, nie wiedziałem też czy ja coś pchnąłem do przodu, czy zadanie pojawiło się przypadkiem. Często nie znajdowałem też między nimi zależności.

Skoro o misjach mowa, to muszę też napisać o tym jak budują one opowieść. Generalnie da się ją streścić w prosty sposób – przeżyliśmy, chcemy przeżyć, kombinujemy jak żyć w świecie, który nie przypomina tego, jaki znaliśmy wcześniej. Co chwila pojawiają się jakieś nowe wątki i problemy, niekoniecznie istotne dla naszej codzienności. Musimy dbać o reputację w obozach, które odwiedzamy – szczególnie, że poszczególne poziomy zaufania oznaczają na przykład dostęp do ulepszeń motocykla. A i waluta w poszczególnych obozach jest inna (choć wszędzie nazywa się “kredyty”) – czyli jeśli oddamy na przykład trofea (z zabitych świrusów) w jednym obozie, to za zarobioną w ten sposób kasę nie kupimy opon do motocykla w drugim. Bywało to często irytujące, bo poszczególne fragmenty gry wydają się przymuszać fabularnie do pracy w danej miejscówce i ignorować poprzednią. Dziwny pomysł, którego nie umiem docenić.

Niejako aktywnością poboczną jest wypalanie gniazd. Otóż świrusy mają swoje „bazy”, które wyglądają jak narośle – kiedy jednak podłożymy tam ogień, wszystko zaczyna płonąć, a z gniazd wybiegają kreatury. Wiele miejscówek ma po kilka takich gniazd i mechanizm działa trochę jak oczyszczanie posterunków w serii Far Cry.  Jakoś niespecjalnie przypadło mi to do gustu, ale i nie zauważyłem, by przeszkadzało w głównej opowieści. Na pewno natomiast pomaga, szczególnie kiedy z motocykla leci już dym, nam się gdzieś spieszy, nie mamy apteczek i bandaży a musimy przejechać przez miejscowość – w oczyszczonej będzie po prostu bezpieczniej.

Nie ukrywam, że nie porwali mnie też jakoś specjalnie bohaterowie Days Gone. Deacon St. John, w którego przyszło mi się wcielić to typowy motocyklista, który wciąż kocha jedną konkretną osobę i wierzy, że jeszcze kiedyś ją spotka (trochę spoiler, ale z początku gry). Podejmuje więc nielogiczne decyzje – to rozumiem, ale często robi z siebie frajera pracując dla jednej z postaci, czego już nie rozumiałem i przeszkadzało mi to we wkręceniu się w bohatera. W grze nie pojawił się też nikt, kogo zapamiętam do końca swojej przygody z grami. No cóż, to jednak zarzut do większości produkcji, ale cicho liczyłem, że Days Gone będzie jedną z tych wyjątkowych gier.

Podoba mi się natomiast – i to bardzo – klimat tej produkcji. Osadzenie akcji w Oregonie było moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Kapitalny leśny krajobraz, lokacje które przemierzamy motocyklem. Bajka – szczególnie, że świat wykonano naprawdę ciekawie zarówno jeśli chodzi o klimat, jak i kolorystykę. Akurat jestem w trakcie nadrabiania The Walking Dead i zostawiłem na chwilę serial żeby grać w Days Gone, które zastąpiło mi trochę ten klimat. Niby świrusy to nie zombie, ale czuję tam ducha tej produkcji. Stwory latają po okolicy, są w lasach, na drogach, czasem chodzą hordami, z którymi nie mamy żadnych szans. Amunicji jest mało, trzeba kombinować, psuje się broń, co zmusza wręcz do grzebania gdzie się da w poszukiwaniu zapasów (w bagażnikach policyjnych samochodów zawsze jest amunicja, pamiętajcie o tym). I chyba to najbardziej mnie do Days Gone ciągnęło, zdecydowanie bardziej niż przeciętny wątek fabularny i przeciętni bohaterowie.

Skoro o stworach i amunicji mowa, to na chwilę zatrzymam się przy walce. Starcia możemy odbywać w krótkim dystansie, wtedy najlepiej wyposażyć się w dobry oręż (który się psuje, ale można go naprawiać znalezionym złomem) lub skorzystać z broni palnej. Tej też jest kilka rodzajów, ale zawsze najlepszym patentem są strzały w głowę. Warto też korzystać z uników i osłon. Nie jesteśmy Rambo i warto o tym pamiętać wdając się w jakikolwiek konflikt z napotkanymi przeciwnikami. Czasem najlepiej atakować z ukrycia, skradać się, zostać w krzakach. Dla mnie ten aspekt jak najbardziej na plus. Może wymiana ognia mogłaby być dynamiczniejsza, ale rozumiem, że to nie strzelanka i taki był zamysł.

Motocykl niczym Płotka w Wiedźminie 3

Jeszcze na etapie zwiastunów i zapowiedzi twórcy nadmieniali, że bardzo istotnym elementem Days Gone będzie motocykl. Słowa dotrzymali – to podstawowy środek transportu, co świetnie wpisuje się w charakter bohatera. Z drugiej strony dlaczego absolutnie wszyscy jeżdżą na jednośladach, choć w okolicy walają się wraki samochodów? Trochę dziwne, ale ok.

Maszyna może się zepsuć, może też skończyć jej się paliwo. I to nie jest taki bajer, dodatek – ale mechanizm, który faktycznie jest dla rozgrywki istotny. Świat jest bardzo duży, przemierzanie go pieszo nie wchodzi w grę – co więc jeśli w połowie drogi skończy się paliwo lub w ferworze jazdy traficie z impetem w drzewo? O ile motocykl da się naprawić (samodzielnie znalezionym złomem lub w specjalnym warsztacie w obozach), to bez zahaczenia o stację benzynową (choć kanistry czasem leżą również w innych miejscach) jesteście w tak zwanej…

Motocykl można (a nawet trzeba) również ulepszać. Nie jest to oczywiście poziom tuningu obecny w Need for Speed Underground, jednak lepsze opony, wydech, a przede wszystkim silnik to lepsze parametry maszyny, a co za tym idzie ogromny zysk jeśli chodzi o możliwości transportu. Na początku maszyna to niezły trup, który telepie się jakby chciał, a nie mógł.

A jak sam model jazdy? Mam pewne zastrzeżenia, jak chociażby system kolizji, jednak fizyka pojazdu, dynamika, sterowanie jak najbardziej na plus – przemierzanie Oregonu na motocyklu to czysta przyjemność, podobnie jak skakanie na nim kiedy już zamontujecie mocniejszy silnik pozwalający na ostrzejszą jazdę. Tu też warto na przykład pamiętać, że podczas lądowania najlepiej ustawić koła poziomo do podłoża, wtedy maszyna mniej się niszczy.

Niestety nie wszystko jest idealnie dopracowane i nie wiem, czy kolejny rok produkcji nie pozwoliłby dopieścić gry.

Days Gone brakuje ostatnich szlifów

Tworzenie gry z otwartym światem to trochę jak porywanie się z motyką na słońce. Niektórym wychodzi to świetnie, innym fatalnie. Rockstar nie ma sobie równych i to po premierze Days Gone się nie zmieni, choć przecież u autorów GTA i Red Dead Redemption też znajdowane są głupoty, błędy, niedoróbki. Jednak produkcji SIE Bend Studio bliżej do Ubisoftu, który cały czas nie uczy się na własnych błędach i taki Quaz ma wręcz podane na tacy materiały do swojej serii o glitchach. O taki na przykład koleś, który wtapia się w zabitego jelenia:

DAYS GONE_20190413010024

Albo…wyobraźcie sobie, że gracie w Days Gone, jedziecie motocyklem na misję. Nagle w radio odzywa się głos któregoś ze znajomych, opowiada on Wam jakąś historię, która najczęściej ma później przełożenie na odblokowanie kolejnej misji. Jedziecie, słuchacie, wszystko spoko – nagle przejeżdżacie przez jakąś miejscowość gdzie nie wypaliliście gniazd ze świrusami. Bohater musi (jakby od tego zależało jego życie) Wam o tym przypomnieć, choć robił to już 10 razy kiedy mijaliście tę samą miejscówkę. Niby wszystko ok, ale tym swoim krótkim wywodem przerywa rozmowę przez radio. Normalnie pojawiłby się znacznik misji na mapie, rozmowa by nie wróciła – ale nie, Days Gone uważa, że dyskusja z oddalonym kompanem była na tyle istotna, że trzeba ją powtórzyć, w przeciwnym wypadku coś stracicie. Więc powtarza, a Wy słuchacie gadaniny jeszcze raz, od samego początku. Pierwsze 3 razy uśmiechałem się pod nosem, później mnie to zwyczajnie irytowało.

Podobnie jak kolizje podczas jazdy na motocyklu w obozach. Stoi sobie dwójka osób, o czymś rozmawia. Zupełnie niechcący wpadacie w nich jadąc swoim rydwanem ze stali. Bam, jak w betonową ścianę, postacie są nie do przesunięcia, a albo lądujecie na ziemi, albo próbujecie wycofać, bo coś się zblokowało. Co jakiś czas znikał mi też dźwięk pojazdu, przez co czułem się jak na elektrycznym skuterze. Wystarczyło zejść z motocykla, znów na niego wejść i magicznym sposobem dźwięk wracał.

Takich drobiazgów jest tu naprawdę sporo i bywały momenty, kiedy kończyła mi się cierpliwość i wracałem odpocząć przy walkach w Mortal Kombat 11.

Days Gone wygląda świetnie!

Ostatnio w komentarzu pod recenzją ktoś napisał mi, że znów wspominam o dobrym TV z matrycą OLED. To tym razem napiszę inaczej. Dobry TV z dobrym HDR-em daje radę w Days Gone i na próbę podłączyłem konsolę do zwykłego monitora – różnica była ogromna. Twórcy często bawią się światłem, zachód czy wschód słońca wyglądają świetnie, świat gry skąpany jest wtedy w jego promieniach. Jest też cykl dobowy oraz zmienne warunki pogodowe, na naszych oczach potrafi spaść śnieg – super sprawa. Days Gone to zdecydowanie bardzo ładna gra, która sporo zyskuje na dobrym ekranie – w moim przypadku był to TV tego samego producenta co konsola.

DAYS GONE_20190417212114

DAYS GONE_20190423234146

Żałuję trochę, że skoro Days Gone to gra o motocykliście, z głośników i słuchawek nie leciała ciężka metalowa muzyka, momentami pasowałaby moim zdaniem idealnie. Skoro o aspekcie dźwiękowym mowa, to niestety muszę wspomnieć o bardzo słabym polskim dubbingu. Doceniam oczywiście, że jest, jednak momentami nie wytrzymywałem i przestawiałem język mówiony na angielski (też bez jakiegoś super-szału, ale sporo lepszy). Polskim aktorom brak wyrazu, nawet jeśli chodzi o głównego bohatera, który wypowiada część zdań jakby od niechcenia, za karę. I nie, nie spina się to z klimatem gry. Jest po prostu “sflaczały”. Ale potem pojawi się jakaś inna postać i go przebija. Tyle dobrego, że nie trzeba zmieniać języka interfejsu konsoli i można głosy szybko zmienić z poziomu gry.

Werdykt

Days Gone ma swoje wzloty i upadki, plusy i minusy – ale to można napisać o każdej grze. PlayStation tak bardzo rozpieściło mnie ostatnio swoimi grami na wyłączność, że tego samego poziomu oczekiwałem również po Days Gone. Tego samego, czyli znanego z God of War lub Spider-Mana. A skoro mowa o grze z otwartym światem, produkcja konkuruje z GTA 5 i Red Dead Redemption. To jednak nie jest poziom żadnego ze wspomnianych tytułów. Błędy techniczne oczywiście pomijam, jednak ewidentnie czuć, że Days Gone to “exclusive” oczko lub dwa oczka niżej niż to, do czego przywykłem. Świetna oprawa, fajny klimat, ale również monotonne misje, słaby polski dubbing – generalnie opowieść bez jakiegoś magnesu i cech, przez które będę ją długo wspominał.

Czy Days Gone mnie rozczarowało? Nie. To dobra, solidna, trochę za długa (czy raczej dłużąca się) produkcja, przy której miło spędziłem czas. Coś mnie do niej wieczorami ciągnęło, jednak za kilka tygodni zapomnę, że grałem. Często w przypadku gier na wyłączność dla PlayStation 4 wspominam, że warto dla nich rozważyć zakup tej platformy. I choć Days Gone mi się generalnie podobało, to o tej produkcji napisać tak nie potrafię.

Ocena: 7/10