50

Czy Wam też większą satysfakcję dają zakupy urządzeń sprzed lat niż nowych?

Obserwując rynek technologiczny w ostatnich latach zauważyłem, że urządzenia najbardziej popularne, najczęściej przez nas używane stały się dla mnie jakieś takie... mało ekscytujące. Nie odmawiam im przydatności, niektóre są bardzo produktywne, ale zespół cech, czyniących je w dużej mierze krótkoterminowymi jednorazówkami powoduje, że nie potrafię do nich podejść z takim entuzjazmem, jak kiedyś. Jednocześnie okazjonalne kupno starszych urządzeń, często zupełnie mi nie potrzebnych, dają mi znaczenie większą satysfakcję. Czy też tak macie?

Święto nowego smartfona

To spostrzeżenie najczęściej pojawia się u mnie przy okazji premier najważniejszych na rynku modeli smartfonów, czy to Apple czy Samsunga. Widzę wtedy ze zdumieniem, jak wiele osób podnieca się ciutkę lepszym aparatem czy innym parametrem, z którego skorzysta może ze dwa razy w życiu. Tymczasem dla mnie nawet na platonicznym (niezakupowym :) ) poziomie jest to po prostu nudne. Znacznie bardziej kręcą mnie projekty różnych retrodeweloperów, którzy na przykłada odpalają twittera na 20 letnim Palmie.

Dziwi mnie, że tyle osób zmienia drogie telefony nawet co rok. Nie interesuje mnie oczywiście co robią ze swoimi pieniędzmi, ciekawią mnie bardziej psychologiczne i socjologiczne mechanizmy napędzające to zjawisko. Na tak powszechnie rajcującym ludzi poletku, w ostatnich latach większe emocje wywołał u mnie tylko iPhone SE 2020, ale tylko jako oznaka powrotu zdrowego rozsądku do Apple i pojawienie się małego iPhona 12 Mini, ostudzone szybko przez absurdalną cenę.

TechnoAmisz?

Żeby nie było, że oceniam innych przez swój pryzmat, mechanizm moich reakcji na większość nowości („Meh..”) też mnie bardzo ciekawi. Czy to zmęczenie niewiele wnoszącymi „nowinkami” czy może kwestia wieku i innych priorytetów? W ostatnich latach, kiedy mocno krytykowałem Apple dziadujące w kategorii jakości pod rządami Tima Cooka i olewające najważniejsze dla mnie urządzenia, czyli Macintoshe, określałem się czasem MacAmiszem.

Teraz zastanawiam się, czy nie powinienem tego Mac zmienić na Techno, bo jak patrzę na rzeczy które sprawiły mi frajdę z zakupu, to są tam porzucone smartfony Microsoftu i Blackberry, 25-letni mikroskop Olympusa, czy mający tyle lat co ja zestaw Hi-Fi Wegi z głośnikami Telefunkena. Na półce planuję już honorowe miejsce dla analogowego aparatu Practica, podczas gdy bezlusterkowiec Sony mieszka głęboko schowany w szafce na sprzęt (zdjęcia na szybko najczęściej zrobię ciągle świetną Lumią 950). Ciągle mam nadzieję, że uda mi się za sensowne pieniądze kupić Macintosha Colour Classic…

Mimo, że w kategorii czystości dźwięku płyta analogowa nie może się, wbrew mitom, równać jakości CD czy wysokiej jakości streamingu, to większą radość sprawia mi dziś posłuchanie tych organicznych niedoskonałości, połączone z konieczności ruszenie czterech liter, żeby co jakiś czas zmienić stronę.

Nawet nowe Maki, pomimo że podejście Apple zmieniło się w wielu aspektach o 180 stopni nie wywołuje u mnie takich ciar na plecach jak kiedyś. Może to dlatego, że wszystkie pokazane modele z M1, pomimo że bardzo szybkie, ciągle hołdują modzie jednorazowości, choćby przez rozwiązanie z SSD? Nie mam za to problemu z dokupieniem do mojego Mac Pro jakiegoś akcesorium, choć rozsądek podpowiada, że to już ekonomicznie nieracjonalne.

Elektryczne bryczki i winda w kosmos

Z trzeciej strony, to nie jest tak, że nowości w ogóle mnie nie kręcą. Samochody elektryczne, pomimo że nijak nie są tak dojrzałą technologią jak smartfony, są tematem o którym mógłbym czytać na okrągło i żałuję, że tu gdzie mieszkam sens ich posiadania jest jak narazie żaden.

Jeszcze bardziej fascynuje mnie to, co dzieje się w sprawach kosmosu, pomimo że i tam jesteśmy na bardzo prymitywnym etapie rozwoju. Do tego większości rzeczy, o których pisuję w tym temacie, nie będę w stanie „dotknąć” osobiście (choć trzeba przyznać, że poważną rekompensatą tej niedogodności jest to, że mam dostęp do praktycznie wszystkich danych, jakie NASA zbiera na kosmosie).

Może więc po prostu technologie, które stają się dojrzałe i w których przypadku władzę przejmują już bardziej działy księgowości, a nie ludzie przełamujący schematy „nie da się”, z natury są nudne? Sam już nie wiem czy to moje podejście jest dziwne, czy większości konsumentów czekających z wypiekami na nowego Samsunga… Dajcie znać na jakim Wy „technologicznym” etapie fascynacji jesteście, a ja idę popchnąć igłę na płycie z koncertu Hansa Zimmera, ponieważ coś się przycięła ;).