Moje przemyślenia

Apple A12Z to ten sam układ co A12X. Taka gra pozorów nie jest niczym wyjątkowym

KK
Krzysztof Kurdyła
0

Gdy Apple zaprezentowało najnowszego iPad Pro, wszystkich zaskoczyła informacja, że procesorem napędzającym ten tablet nie jest wzmocniony w stosunku do iPhone 11 układ A13X, ale nowa odmiana mającego już ponad roku procesora A12, tym razem z końcówką Z. Na papierze jedyną widoczną różnicą był jeden dodatkowy rdzeń graficzny, w testach syntetycznych oba układy osiągały prawie identyczne wyniki. Serwis TechInsights wziął oba procesory na warsztat i po ich prześwietleniu okazało się, że układy scalone procesorów są identyczne.

Leniwe Apple? Nie wiadomo…

Oznacza to nie mniej nie więcej, że A12X napędzający poprzednią generację iPada Pro także posiadał 8 rdzeni graficznych, ale jeden z nich został wyłączony. Powody tego kroku nie są przez Apple wyjaśnione. Być może było tak, że radar LIDAR miał trafić do iPadów już wcześniej, ale z jakichś względów nie był gotowy. Ponieważ dane z LIDAR z pewnością obciążają GPU, a Apple mogło planować wprowadzenie wyposażonego w ten element modelu później i żeby nowa wersja nie była wolniejsza od starszego brata wyłączono mu jeden rdzeń. Natomiast zawirowania z koronawirusem mogły spowodować, że zamiast dodatkowego modelu a następnie nowej linii Pro z A13X zdecydowano się wprowadzić linię przejściową, a do następnej generacji trafi już A14x.

Nic nowego

Oczywiście u części osób sprawa wywołała niesmak, Apple w drogim sprzęcie wciska produkt, któremu już wcześniej wyłączono rdzeń, aby później wyglądał na nowy. Czy jest się na co oburzać? Takie zachowania na rynku są powszechne, a Apple zrobił to wręcz delikatnie. Tak samo robi przecież AMD, RX580 z podkręconymi zegarami i trochę lepszym zarządzaniem energią, zmienia się w RX590.

Wcześniej ta sama firma sprzedawała niektóre procesory czterordzeniowe, jako dwurdzeniowe. W związku z wypadkową popytu i kosztów produkcji bardziej opłacało się stworzyć oszukany procesor niż produkować nowy. Oczywiście po pewnym czasie pojawiły się przepisy na odblokowanie, choć należało się liczyć z tym, że część procesorów mogła mieć wyłączone rdzenie, które nie przeszły testów jakościowych i powodować problemy w pracy komputera.

Kody dostępu

Często te same wnętrzności są pakowane do kilku produktów, a tworzenie odmian odbywa się przez blokowanie funkcjonalności przy pomocy firmware’u. Część zaszytych funkcji udostępniana jest po zapłaceniu dodatkowych opłat. Znany był przypadek bezlusterkowca Panasonica, w którym płatny dodatek z V-Logiem został za darmo „udostępniony” przez buga w oprogramowaniu WiFi.

Bardzo wiele kamer i aparatów ma zaszyte w środku znacznie większe możliwości, niż ujawnia firmware. Dobrym przykładem jest tutaj Magic Latern do lustrzanek Canona, który rozszerza możliwości nawet najtańszych puszek o narzędzia niedostępne w oryginale u canonowskich flagowców. Przy okazji ML udowadnia, że wiele funkcji, które w najtańszych aparatach nie występowały, są jak najbardziej do obsłużenia przez ich hardware.

Załóżmy się o 15 kWh

Jeszcze bardziej spektakularny jest przypadek Tesli. Firma chciała wprowadzić na rynek tańszy model, ale wyszło, że nie opłaca się produkować zbyt wielu zestawów baterii. W związku z tym zdecydowano, że tańszym modelem będzie samochód z baterią 75 kWh, ale ograniczoną oprogramowaniem do 60 kWh. Przy czym później można było dopłacić różnicę i odblokować pozostałą pojemność. Wydaje się, że tutaj wygranym był zdecydowanie klient. Prawdopodobnie koncern Muska założył, że większość klientów na wersję 60D po pewnym czasie i tak kupi dodatkową moc, a łatwiej będzie ich „złapać” przy niższej cenie początkowej i zaryzykował stratę części marży. Trzeba dodać, że ten manewr przetrenowano już wcześniej z wersją 40 kWh.

Jak więc ocenić takie podejście producentów? Moim zdaniem, nie ma jednej odpowiedzi. Czasem jest to głupi marketing, czasem kalkulacja jak u Tesli, ale najczęściej jest to chęć pozornych oszczędności przy przyjęciu taktyki, że trzeba być obecnym w każdym segmencie produktowym. Tutaj najlepszym przykładem są wspomniani producenci aparatów fotograficznych i kamer. Komplikują ofertę, wyrzucają pieniądze na kolejne linie produkcyjne, projekty i marketing dziesiątków modeli, a wyniki finansowe ich działów nie napawają optymizmem. Przydałby im się taki Steve Job ograniczający ofertę do dwu, trzech produktów.

A co w takim razie z iPadem Pro? Odpowiedź jest dość prosta, nie znam nikogo, kto narzekałby na wydajność A12X w poprzednich iPadach, więc jeśli potrzebujesz, to śmiało kupuj. Jeśli masz poprzednika, to wydawanie kasy na nowego byłoby głupotą (chyba że potrzebujesz LIDAR) i powinieneś się cieszyć, że twój sprzęt dłużej pozostanie „technologicznie świeży”. O jeden rdzeń GPU nie ma co rozdzierać szat. A jakie Wy macie zdanie na temat takich sztucznych ograniczeń? Są patologią czy czasem mają sens?

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: