Filmy

Obejrzyjcie oryginał zamiast przeróbki Netfliksa. "Winni" - recenzja

KK
Konrad Kozłowski
5

Amerykanie uwielbiają przerabiać zagraniczne filmy i chyba będę fair, gdy napiszę, że częściej im to nie wychodzi, niż wychodzi. Duński film "Winni" wydawał się łatwy do powtórzenia, a mimo to efekty osiągnięto zupełnie inne.

Zmiana miejsca akcji może kompletnie odmienić obraz całej historii i wielokrotnie się o tym przekonywaliśmy. Gdy skandynawskie, brytyjskie albo typowo europejskie lokalizacje zamieniono na amerykańskie miasta lub prowincje, część atmosfery po prostu ulatywała. Wydawało się, że przypadku filmu "Winni", w którym akcja rozgrywa się w dyspozytorni numeru alarmowego, nie będzie to mieć takiego znaczenia, ale myliłem się. Ściągnięty z ulic detektyw Joe Bayler spędza właśnie ostatni dzień w pracy na słuchawce, bo następnego dnia czeka go rozprawa, po której miałby powrócić do wcześniejszych obowiązków. Jego sytuacja jest nader skomplikowana, bo kłopoty ma nie tylko w pracy, ale walczy z problemami w życiu osobistym. A na dodatek miasto walczy z pożarami, trudno się oddycha, a nasz bohater co rusz wspomaga się inhalatorem.

Gdy nie widzimy co się dzieje i musimy bazować na wyobraźni

Jego irytacja i trudności z zapanowaniem nad sobą przejawiają się podczas każdej z odebranych rozmów, ale jedno ze zgłoszeń całkowicie go absorbuje. W słuchawce usłyszał kobietę, która nie daje po sobie poznać, że zadzwoniła na numer alarmowy, ale stara się dać do zrozumienia, że została porwana. To powoduje, że Joe będzie chciał doprowadzić sprawę do końca, ale po drodze natrafia na wszystkie możliwe przeszkody: niedobór informacji, opieszałość służb i kolegów po fachu, nieprzychylność przełożonych, a także własną bezradność, bo jedyne, co może robić, to odbierać i wykonywać kolejne połączenia.

Podobnie jak oryginał, tak i film z Gyllenhaalem bazuje właśnie na dynamice następujących po sobie rozmów, a także wyobraźni widzów, którym nie pozostaje nic innego, jak wsłuchiwać się w głosy rozmówców i dźwięki otoczenia, by we własnej głowie móc zobaczyć pewien obraz tego, co się dzieje. Uważam, że ten aspekt filmu się po prostu udał - nieustannie jesteśmy wciągani w intrygę, próbując nawet samodzielnie wyciągać pewne wnioski i dedukować na podstawie posiadanych informacji. Scenarzyści, analogicznie do duńskiej wersji, kilkukrotnie udowadniają, że się myliliśmy. Te zwroty akcji napędzają głównego bohatera, który będzie gotów poświęcić naprawdę wiele, by rozwikłać tę sprawę.

Jake Gyllenhaal to najjaśniejszy punkt filmu Winni

W swojej roli znakomicie sprawdził się Jake Gyllenhaal, któremu kamera przygląda się często naprawdę z bliska, a my mamy szansę dostrzec, jakie emocje nim targają. Każdy minimalny grymas, skrzywienie, kropla potu są niezwykle wiarygodne, przez co działa on jak magnes, bo po rozpoczęciu seansu będziemy chcieli go dokończyć. Szkoda tylko, że nie wszystkie pozostałe elementy produkcji są tak dobre. Scenarzyści nie zdecydowali się na większe zmiany względem fabuły oryginału, a reżyser Antoine Fuqua ("Bez litości") postanowił podkręcić atmosferę lokalnymi pożarami i trudną sytuacją głównego bohatera, które mają większe znaczenie niż powinny mieć. Oznacza to, że twórcy nie byli chyba pewni poziomu dramatyzmu, który udałoby się osiągnąć wewnątrz dyspozytorni wydarzeniami skupionymi wokół zagadki.

Obejrzyjcie oryginał zamiast przeróbki Netfliksa

"Winni" Netfliksa nie jest filmem złym, bo potrafi zaangażować widza i dostarcza sporej dawki emocji. Gdyby nie była to produkcja bazująca na duńskim hicie, prawdopodobnie moglibyśmy być filmowi bardziej przychylni. Znając oryginał nie sposób uniknąć porównań, a wtedy duński "Den skyldige" wypada bardziej korzystnie, więc chyba zasadne jest pytanie o to, czy amerykański remake powinien był powstać.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: