Filmy

To pierwszy i ostatni taki Bond. "Nie czas umierać" - recenzja

KK
Konrad Kozłowski
21

Daniel Craig miał dosyć Bonda po zakończeniu zdjęć do każdego z filmów, ale wracał. Nie było jasne, czy zrobi to ponownie, musieliśmy zaczekać ale było warto bo ta pentalogia jest dziełem kompletnym, właśnie dzięki “Nie czas umierać”.

Od zawsze lubiłem, jak niemal wszyscy, szykowność i elegancję Jamesa Bonda. Poprzedzające rolę Craiga wcielenia tajnego agenta Jej Królewskiej Mości nie były jednak tak naturalne, człowiecze i rzeczywiste, jak to co pokazał aktor w “Casino Royale”. To był prawdziwy powiew świeżości i dla niektórych najlepszy film nie tylko w całej serii, ale w historii.

Późniejsze odsłony prezentowały raz wyższy, raz niższy poziom, ale pozostawały wierne oryginalnemu zamysłowi, by Bond nie był tylko maszyną do zabijania ubraną w smoking. By mógł odznaczać się bliższym nam marzeniom o normalnym, spokojnym życiu. Dopóki jednak nie skończy z tymi, którym najbardziej zaszkodził, Bond nie ma prawa myśleć o emeryturze.

"Nie czas umierać" kontynuuje znaną historię

Niektórzy będą znudzeni kolejną próbą realizacji tych marzeń o rodzinnym życiu, ale gdy pomyślimy o tym, jako o fundamentach całej serii, to nikt nie powinien być zdziwiony takim finałem. Po wydarzeniach ze “Spectre”, James i Madeleine osiadają na południu Włoch, ale były agent nie potrafi wyzbyć się starych nawyków. Regularnie ogląda się za siebie, co nie zostaje niezauważone przez ukochaną.

My też dobrze wiemy, że czujność i przezorność Bonda okażą się jeszcze przydatne, bo nie postawił kropki nad “i” w konfrontacji z tymi, którzy będą dążyć do dominacji nad światem. W grę wejdą też dawne relacje służbowe - w trakcie odpoczynku na Jamajce odnajdzie go stary przyjaciel Felix Leiter z CIA. I mimo, że Bond pozamyka w pierwszym akcie filmu wiele pamiętnych wątków, a MI6 znajdzie nowego agenta agentkę 007, to James będzie musiał raz jeszcze ruszyć na ratunek.

Amerykanin nie zabił brytyjskości Bonda

“Nie czas umierać” to pierwszy film w całej serii, który został wyreżyserowany przez Amerykanina. Cary Joji Fukunaga, od którego otrzymaliśmy m. in. “Detektywa”, nie zamierzał jednak zapisać się w historii, jako ten, który zrewolucjonizował film o Bondzie. Zgrabnie i z odpowiednim szacunkiem wtrąca od czasu do czasu coś od siebie, ale całość utrzymuje w znanej i bliskiej nam konwencji. Należy też zaznaczyć, że przy scenariuszu pracowała także Phoebe Waller-Bridge, której wpływ na niektóre dialogi lub zachowania jest łatwo wyczuwalny.

Dzięki temu film miejscami ożywa, odchodząc od dynamicznego, ale dość mrocznego formatu. Oczywiście, że na fanów czeka sporo nawiązań do poprzednich filmów - tych z Rogerem Moorem i Seanem Connerym, a także Piercem Brosnanem. Objawia się to doborem aut, które powozi Bond, a także wyposażeniem. Ciekawie wypada nowa odsłona na tle pamiętnego Skyfall, w którym ograniczono gadżeciarstwo, a teraz w pewnym stopniu wracamy do korzeni filmów.

Daniel Craig to James Bond z krwi i kości

Wiele pytań i wątpliwości dotyczyło tego, w jakiej formie znajduje się Daniel Craig, któremu przyjdzie zagrać wciąż jednak sprawnego i wyszkolonego agenta. Można śmiało powiedzieć, że jego aktualna forma zbiegła się w czasie z tym, co spotkało graną przez niego postać, bo choć obydwaj są znacznie starsi, to werwy i zaciętości odmówić im (Craigowi i Bondowi) odmówić nie można.

Aktor pokazał się ze znakomitej strony w scenach walk i strzelanin, ale udowodnił też swoje umiejętności w bardziej czułych scenach. Okoliczności, w jakich miał okazję występować, przypominały na każdym kroku o budżecie ponad 250 mln dolarów, które odpowiednio spożytkowano na wszystkie, nawet najmniejsze detale w scenografiach, kostiumy, rekwizyty czy odwiedzane lokalizacje.

007 gotowy do ostatniej służby

Wielu fanów będzie prawdopodobnie tęsknić za Danielem Craigem w tej roli, a ja na pewno. Nareszcie ukazano Bonda jako człowieka z wadami i uczuciami, ale też odpowiednio zbudowanego mężczyznę, który jest w stanie spuścić swoim przeciwnikom łomot. Pomimo charakterystycznych dla serii wodotrysków, całość wybrzmiała niezwykle wiarygodnie, co uważam za jedno z największych osiągnięć Craiga i jego pięciu filmów.

Można tylko żałować, że tym razem konfrontacja z przeciwnikiem nie jest tak emocjonująca, jak bywały wcześniejsze, gdy widmo porażki Bonda była bardziej prawdopodobne, wręcz namacalne. Rami Malek jako Lyutsifer Safin nie stwarza takiego zagrożenia, które sprawiłoby, że bylibyśmy w stanie powątpiewać w powodzenie misji Bonda. Fabularnie “Nie czas umierać” to piękne domknięcie opowiadanej przez ostatnie kilkanaście lat historii, mimo że to ostatnie rozdanie o mało go nie zabiło.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: