white lines
7

Twórca „Domu z papieru” ma dla was nowy serial. „White Lines” – recenzja

"Dom z papieru" to światowy fenomen. Serial Alexa Piny bije rekordy popularności, ale twórca hitu postanowił przygotować dla nas coś nowego. "White Lines" to jego nowy serial na Netflix, którego pierwsze odcinki widzieliśmy przedpremierowo.

Mało która premiera Netfliksa wzbudza tak wiele emocji, co „Dom z papieru„. Hiszpański serial pojawił się w serwisie po wykupieniu przez platformę praw do dystrybucji na całym świecie, a jego oglądalność była tak duża, że Netflix zdecydował się wykupić prawa do kontynuacji i odpowiada za produkcję kolejnych sezonów. Za nami premiera już 4 części, a spekulacje nad 5. i 6. sezonem cały czas trwają. Wiele wskazuje na to, że historia będzie kontynuowana, ale scenarzysta „Domu z papieru” nie zamierza pracować tylko nad tą fabułą. Gdy (oficjalnie) wciąż ważą się losy nowych sezonów „Domu z papieru”, na Netflix trafia serial „White Lines” od Alexa Piny.

Zobacz też: Ponad 60 filmów zniknie z Netfliksa w maju – pełna lista

„White Lines” jest od twórcy „Domu z papieru” – to od razu widać

Choć „La casa de papel” to bardzo dynamiczny i pełen tajemnic serial, to opowiadana w nim historia nie jest zbyt skomplikowana. Relacje pomiędzy bohaterami oraz ich rozterki są bardzo bliskie temu, co przeżywamy na co dzień i prawdopodobnie również dlatego serial ogląda się tak dobrze. Seans mija bardzo szybko, bo w każdym odcinku była wartka akcja. Choć postacie znalazły się w dość wyjątkowych okolicznościach, to nietrudno jest zrozumieć przeżywane przez nich emocje, bo wszystko wykładane jest niemal jak na tacy. Brak potrzeby analizy tego, co oglądamy pozwala cieszyć się seansem i bez większego wysiłku śledzić losy głównych bohaterów. Skąd tak wiele słów analizy „Domu z papieru”, skoro miałem zrecenzować „White Lines”? Sytuacja jest bowiem następująca: obydwa seriale mają wiele punktów wspólnych i opierają się na podobnych założeniach, choć w pewnym momencie różnice zaczynają być dobrze widoczne.

Polecamy: Wywiad z Tokio i Profesorem z Domu z papieru

Zoe Walker (Laura Haddock) po 20 latach dowiaduje się, że jej brat Axel został zamordowany. Wcześniej sądzono, że z wyboru zapadł się pod ziemię zrywając kontakt ze wszystkimi znajomymi i rodziną. Gdy jego ciało zostaje odnalezione, Zoe wraca na Ibizę odkryć prawdę o tym, co spotkało Axela. Samodzielnie prowadzi śledztwo w rajskich warunkach docierając do coraz bardziej mrocznych tajemnic wyspy i jej mieszkańców. Piękne i kolorowe kluby pełne wesołych i szczęśliwych ludzi to w dużej mierze tylko przykrywki dla nielegalnej działalności różnego rodzaju. To właśnie w nich grał Axel – znany DJ z Manchesteru, który spełniał swoje marzenie o karierze na rajskiej wyspie.

white lines

Dlaczego (nie) warto oglądać „White Lines”?

Na tempo akcji w „White Lines” narzekać nie będziemy. Kolejne sceny następują po sobie bardzo szybko, zanim zdążymy złapać oddech. Aktualne wydarzenia przeplatają się z retrospekcjami, w których mamy szansę nieco bliżej poznać Axela, ale to wcale nie oznacza, że zaczniemy do niego pałać sympatią i (nieco bardziej) przejmować się się jego losem. Nie wszystkie podejmowane przez niego decyzje były właściwe, podobnie jak i te, które podejmuje Zoe. Do rozwiązania zagadki zbliżamy się więc z obydwu stron, ale nawet taki zabieg nie sprawił, że w którymś momencie zostałem prawdziwie zaintrygowany historią. W dużej mierze wpływają na to nijakie, jednowymiarowe postacie, a także zagmatwana i zahaczająca o wiele wątków fabuła. Czasem odnosiłem wrażenie, że jest tego już zbyt wiele i zbyt wysoko sięgają niektóre intrygi. Przez to całość traci na wiarygodności.

Polecamy: Sprawdź premiery na Netflix na maj

„Dom z papieru” może się podobać nie tylko z powodu sposobu opowiadania historii, ale także dzięki wielu dopracowanym szczegółom. Tego w początkowych odcinkach „White Lines” nie widać, choć nie będę ukrywał, że trzy pierwsze epizody zleciały mi bardzo szybko, bo to mało wymagająca rozrywka z ładnymi obrazkami na każdym kroku. Jeśli chcecie poczuć nieco egzotyki i zobaczyć coś lekkiego, to „White Lines” może być w sam raz.