17

Paul Allen, współzałożyciel Microsoftu, znalazł na dnie oceanu legendarny okręt

tafla wody
Paul Allen nie próżnuje - jeden z założycieli Microsoftu wydaje swą fortunę m.in. na rozwój biznesu kosmicznego oraz poszukiwania zatopionych okrętów. Tym razem historia z tego drugiego pola: jego zespół odnalazł USS Indianapolis, amerykańską jednostkę, która poszła na dno w 1945 roku. W wyniku tej tragedii śmierć poniosło blisko 900 osób. Wraku poszukiwano, lecz bezskutecznie - przełom nastąpił w poprzednim roku, a kilka dni temu ekipa miliardera dopięła swego, ustaliła jego położenie. Nie dowiemy się jednak, gdzie dokładnie leżą szczątki krążownika.

USS Indianapolis odnaleziony – takie nagłówki pojawiają się w mediach na całym świecie. I chociaż dla przeciętnego zjadacza chleba w Polsce (ale też w USA) nie ma to większego znaczenia, mamy do czynienia z ciekawym wydarzeniem. Po ponad siedmiu dekadach rozwikłano jedną z zagadek II Wojny Światowej. To może ucieszyć 22 członków załogi jednostki, którzy żyją do dzisiaj, a także rodziny poległych oraz pasjonatów historii. Ekipa Paula Allena znowu narobiła sporo szumu wokół swojej pracy.

Przypomnę, że kilka lat temu pisałem o innym wielkim odkryciu tego zespołu: na początku 2015 roku poinformowali, że znaleźli wrak japońskiego superpancernika Musashi, potem przyszedł czas na włoski niszczyciel, chociaż to nie było już tak spektakularne odkrycie. Teraz Allen może się znowu pochwalić czymś bardzo dużym. Dlaczego udało się dokonać odkrycia? Wskazuje się na dwa czynniki: wykorzystanie nowych technologii w poszukiwaniach, ewolucję sprzętu oraz pracę wykonaną przez historyków – laicy w tym temacie rzadko zdają sobie sprawę z tego, że poszukiwania na morzu poprzedzone są długimi godzinami poświęconymi na grzebanie w archiwach, przekopywanie się przez góry map, dokumentów, dzienników. Tym razem pomógł materiał wideo: na filmie sprzed 72 lat dostrzeżono USS Indianapolis i ustalono, iż okręt uchwycono na krótko przed zatonięciem – to pozwoliło ustalić nowy obszar poszukiwań, inny od wcześniej zakładanego.

Okręt zwodowano w Nowym Jorku na początku lat 30. XX wieku. Był jednym z dwóch krążowniku typu Portland. W tej samej dekadzie przyjmował on na swoim pokładzie prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Delano Roosevelta. Okręt przebywał poza Pearl Harbor, gdy Japończycy dokonali ataku, dzięki czemu uniknął uszkodzenia czy nawet zniszczenia. Kolejne lata to głównie służba w ramach eskortowania lotniskowców. Prawdopodobnie najciekawszy, a z pewnością najbardziej tajemniczy i tragiczny okres służby przypadł na kończący wojnę rok 1945. Było to jedno z ostatnich wielkich zatopień globalnego konfliktu.

Krążownik wysłano z San Francisco w kierunku Marianów Północnych. Wyruszył w połowie lipca, bez eskorty i z rozkazem poruszania się z maksymalną prędkością (przez kolejne 74 godziny poruszał się z prędkością 29 węzłów, czyli 54 km/h – to duże osiągnięcie). Działo się tak za sprawą ładunku: USS Indianapolis przewoził wzbogacony uran oraz komponenty potrzebne do skonstruowania bomby atomowej Little Boy. To ona zastała zrzucona 6 sierpnia 1945 roku na Hiroszimę. Okręt wykonał misję, dostarczył wspomniany ładunek na wyspę Tinian i ruszył w kierunku Guam. 30 lipca 1945 roku rozpoczął się dramat załogi: jednostka natrafiła na japoński okręt podwodny I-58, który posłał w jej kierunku torpedy. Dwie sięgnęły celu.

USS Indianapolis szybko zatonął, trwało to zaledwie 12 minut. To zbyt krótko, by przeprowadzić właściwie ewakuację, ale mimo to zdecydowana większość załogi zdołała opuścić okręt: z blisko 1200 osób, w wyniku ataku torpedowego zginęło około 300 osób. Niestety, rzesza rozbitków trafiła do wody wyłącznie w kamizelkach ratunkowych. Rozpoczął się koszmar – kolejni ludzie tracili życie w wyniku odwodnienia, wychłodzenia oraz ataków rekinów. Pomoc nadeszła dopiero po kilku dniach, gdy rozbitków dostrzegł pilot bombowca. Uratowano niewiele ponad 300 osób. Atak, późniejsze wydarzenia i bilans ofiar nie pozostawiają złudzeń: doszło do jednej z największych tragedii w historii amerykańskiej marynarki. Co prawda więcej ludzi zginęło na pokładzie USS Arizona podczas nalotu na Pearl Harbor, ale na pełnym morzu najbardziej śmiercionośne okazały się właśnie wydarzenia z końca lipca 1945 roku.

Ta historia pozostawiła po sobie wiele pytań: dlaczego okręt nie otrzymał eskorty, gdy zakończył tajną misję, dlaczego wcześniej nie podjęto poszukiwań, skoro spodziewano się go w porcie w konkretnym dniu? Dowódcę jednostki postawiono przed sądem wojskowym, co nie tylko złamało jego karierę, ale też doprowadziło do samobójczej śmierci.

Okręt długo musiał czekać na odnalezienie i… dla zdecydowanej większości osób jego położenie nadal pozostanie tajemnicą – marynarka zdecydowała, że współrzędne jednostki nie zostaną odtajnione. Wiadomo, że wrak spoczywa na głębokości 5,5 km, a część zespołu Allena nadal prowadzi badania w tym rejonie i chce odnaleźć więcej szczątków. W ten sposób przypomniano ciekawą (choć tragiczną) historię i kolejny raz udowodniono, że warto szukać. Aż kusi, by zadać pytanie o kolejny sukces, którym zadziwi świat Paul Allen. Chyba, że badania dna morskiego ustawią teraz miejsca testom Stratolaunch – największego samolotu świata.