Militaria

Co mogło być powodem uderzenia rakiety lub jej szczątków w terytorium Polski?

Krzysztof Kurdyła
154

W jednej z polskich wsi położonych przy granicy z Ukrainą doszło do eksplozji. Zginęli ludzie, a w obliczu ataku Rosji na ukraińską infrastrukturę pojawiły się podejrzenia, że mogła tam uderzyć zabłąkana rakieta. Ten scenariusz okazał się, przynajmniej częściowo, prawdziwy.

Pierwsze wątpliwości

Muszę przyznać, że oglądając pierwsze zdjęcia i filmy, które błyskawicznie pojawiły się w sieci, byłem co do hipotezy rakietowej mocno sceptyczny. Ślady wybuchy nie wyglądają na efekt uderzenia tak dużych pocisków, jakimi Rosja atakuje Ukrainę, a części rakiety wyglądały mi bardziej na elementy zniszczonego silosu.

Zmyłką w tym ostatnim przypadku okazała się być skala, najlepiej wyeksponowany element na zdjęciu wydawał się znacznie większy, niż się potem okazało. Do tego miał bardzo grube ścianki (w rakietach w większości miejsc stosuje się jak najlżejsze cienkościenne poszycia) i wydawał się słabym kandydatem na część rakiety.

Coś nie dawało mi jednak spokoju i poszukałem w sieci zdjęć szczątków poradzieckich rakiet i znalazłem bardzo dobre ujęcie silnika na paliwo stałe rakiety S-300. Jak się okazało, fragment ten dało się prawie idealnie wpasować w sekcję dyszy, a właściwie dolnego uszczelniacza silnika, do którego dysza jest mocowana. Akurat te elementy muszą być też znacznie grubsze, więc wszystko zaczynało pasować.

Oczywiście w tamtym momencie, na podstawie takiego fotomontażu, stwierdzić, że to na pewno elementy S-300, się nie dało. Komponenty silników w poradzieckich rakietach są podobnie zaprojektowane, a ze zdjęć wymiarów ściągnąć się nie da. Trzeba było czekać, aż na miejscu pomierzą to specjaliści, niemniej już wczoraj w nocy dało się stwierdzić, że są to fragmenty jakiejś rakiety produkcji poradzieckiej.

Co mogło się wydarzyć?

Pierwszą rzecz, którą należy jasno powiedzieć, to to, że celowy atak Rosji, jedną rakietą, na kraj NATO był absurdalnie nieprawdopodobnym scenariusze, dla którego ciężko byłoby znaleźć logiczne (z punktu widzenia Rosjan) uzasadnienie.  Pierwsze co powinno się każdemu nasunąć, to że był to wypadek, który nastąpił w wyniku awarii rakiety jednej ze stron konfliktu. Wbrew pozorom to dość powszechne zjawisko, szczególnie jeśli mowa o radzieckich i postradzieckich systemach.

Już wczoraj w nocy najbardziej prawdopodobne wydawało się że w polską wieś uderzyła, a właściwie eksplodowała nad nią, niesprawna ukraińska rakieta S-300, wystrzelona przeciw atakującym infrastrukturę elektryczną przy granicy z Polską, rosyjskim rakietom manewrującym. Całkiem niedaleko granicy jest elektrownia węglowa w Dobrotworze, istnieje też połączenie energetyczne z Polską i zapewne jakieś stacje rozdzielcze po drodze. Jest więc więcej niż prawdopodobne, że gdzieś w tej okolicy działa ukraińska OPL.

Informacje spływające dziś od rana, tak z Polski, jak i Stanów Zjednoczonych, którzy mają nad naszym niebem samoloty wczesnego ostrzegania wskazują wprost, że trajektoria lotu rakiety wskazuje na awarię ukraińskiego pocisku przeciwlotniczego.

Dziwny wybuch

Dla osób śledzących na bieżąco konflikty zbrojne, efekty eksplozji ukazane na zdjęciach i filmach zupełnie nie pasują do tego, co powinno wywołać uderzenie rakiet branych w tym wydarzeniu pod uwagę (Kalibr, KH-101 i podobne, S-300). Zniszczenia są relatywnie nieduże, przyczepa nie została zniszczona tylko poderwana i przewrócona od dołu, stojący tuż obok traktor ma niewielkie uszkodzenia. Obiekty w pobliżu również niebyt ucierpiały.

To może wskazywać, że przy uderzeniu głowica rakiety na szczęście nie eksplodowała lub, co chyba nawet bardziej prawdopodobne, że w rakiecie zadziałał samolikwidator, a na to miejsce spadły tylko jej szczątki. Eksplodować mogły jej fragmenty, np. resztki paliwa, wywołując przy okazji wybuch pyłów z suszarni zboża. Na odpowiedź na to pytanie przyjdzie nam zapewne jeszcze trochę poczekać.

Wczoraj pojawiały się też doniesienia mówiące o dwu pociskach, które wleciały w naszą przestrzeń. Mogło się więc też tak zdarzyć, że to rosyjski pocisk manewrujący się zepsuł i zbłądził, a ukraiński S-300 dopadł go dopiero nad naszym terytorium. Jeśli tak by było, śledczy znajdą szczątki dwu rakiet, ale w świetle dzisiejszych komunikatów nie wydaje się to prawdopodobne.

Rakiety też się psują

Rakiety się psują, a rakiety poradzieckie psują się nawet bardzo. W urządzeniach tego typu, jeśli nie zostały wykonane z komponentów odpowiedniej jakości i w odpowiednim reżymie technologicznym, jeśli nie są odpowiednio serwisowane lub przekroczyły terminy „przydatności”, punktów potencjalnej awarii jest całkiem sporo. Starzeje się paliwo stałe rakiet, z czasem degraduje się elektronika, która w rosyjskich rakietach i tak nie jest najwyższych lotów.

W sieci bez problemu znajdziecie ujęcia np. różnych awarii pocisków systemu S-300. W jednym z bardziej znanych, po wyrzuceniu rakiety z wyrzutni przy pomocy gazogeneratora, nie odpalają silniki, a rakieta spada na wyrzutnię. Z obecnego konfliktu pojawiło się przynajmniej kilka filmów pokazujących awarię systemu nawigacji lub identyfikacji celu rakiet, gdzie pocisk po wystrzeleniu zawraca i uderza we własną wyrzutnię, albo kręci „bączki” po niebie do czasu zadziałania samolikwidatora.

Rakiety nie muszą się też zepsuć, mogą się zgubić i nie dotrzeć do celu,  szczególnie gdy ich sensory i mapy nie są zbyt wysokiej jakości. Z tych wszystkich powodów montuje się w nich wspomniane samolikwidatory, które w przypadku niewykonania misji lub awarii mają rakietę w miarę bezpiecznie zniszczyć w powietrzu. Czy w omawianym przypadku to urządzenie zadziałało, dowiemy się po ukończeniu śledztwa.

Kto jest winny?

Historie wojen pełne są sytuacji, w których własne oddziały ostrzeliwują swoje jednostki (tzw. „friendly fire”), czasem bombardują źle zidentyfikowane cele. W takich sytuacjach można rozpatrywać to, czy ktoś po „naszej” stronie nie zawinił, nie dopełnił swoich obowiązków. W przypadku takim jak wczorajszy, awarii technicznej pocisku trzeba przyjąć, że takie sytuacje raz na jakiś czas się zdarzą i nie mamy na to wpływu.

Winnym całej sytuacji jest tylko i wyłącznie agresor, czyli Rosja, ponieważ to jej działania zmuszają Ukrainę do wystrzeliwania rakiet OPL. Owszem, nasi sąsiedzi używają czasem przeterminowanych rakiet i amunicji, ale tylko dlatego, że skala tego konfliktu powoduje, że nie ma innego wyjścia. Ba, tak NATO, jak i Polska również różne przestarzałe i zachomikowane w magazynach uzbrojenie jej dostarcza. Śmierć naszych rodaków jest bardzo przykra, ale trzeba traktować je jako zdarzenie losowe, wywołane pośrednio rosyjską agresją.

Pozostaje mieć nadzieję, że specjaliści pracujący na miejscu wybuchu szybko opublikują raport dotyczący całego zdarzenia, ponieważ już widać, że na jego tle nakręca się kolejna idiotyczna polsko-polska wojenka o skuteczności OPL, o procedurach dotyczących prowadzenia tego zdarzenia. Tym razem nie popisała się też strona ukraińska, która nawet dziś nie zmienia narracji o rosyjskim ataku. Takie zachowanie nie jest dziś nikomu potrzebne, ba jest wręcz szkodliwe. Życia ludziom się nie przywróci, a ukraińska OPL i tak dalej będzie musiała swoje zadania wykonywać.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu