Felietony

Prosty pomysł jak "naprawić" transport publiczny. W niektórych miejscach już działa

KR
Krzysztof Rojek
25

Transport publiczny mierzy się z szeregiem problemów. Ten jeden można jednak szybko i łatwo rozwiązać.

Jak zapewne wiecie, nie jestem zbyt wielkim fanem transportu publicznego w moim mieście Warszawie. Oczywiście - jest to prawdopodobnie najbardziej rozbudowana siatka połączeń w Polsce, w skład której wchodzą autobusy, tramwaje, metro i kolej. Jednocześnie jednak, ZTM ma kilka problemów, zaczynając od tego w jaki sposób rozplanowane są połączenia transportowe, które w jednym miejscu potrafią się dublować bądź tryplować, aby jednocześnie zostawiać inne rejony miasta bez sensownego dojazdu, przez rosnące ceny biletów, które i tak są znacznie wyższe niż w innych miastach, po fakt, że rozkłady jazdy w wielu przypadkach służy temu, żeby dowiedzieć się, kiedy dany autobus na pewno nie przyjedzie.

Zanim zaczniemy, chciałbym tylko nadmienić, że mam świadomość, że transport miejski nie jest czymś za co realnie płacimy biletem, ale jest czymś po części "danym" przez miasto, ponieważ samorząd co roku wykłada na jego utrzymanie około 1000 zł na każdego mieszkańca. 60 proc. kwoty niezbędnej na utrzymanie tej siatki połączeń pochodzi z budżetu, a zaledwie 40 z biletów i innych dotacji. Jednak moim zdaniem nie oznacza to, że w takim wypadku mamy się pozbyć jakichkolwiek oczekiwań względem transportu miejskiego, a wręcz przeciwnie. Miasto od lat prowadzi kampanie mającą zachęcić ludzi do korzystania z autobusów i tramwajów, ponieważ dzięki temu na ulicy jest mniej korków i mniej spalin, więc zyskuje na tym i miasto i środowisko. Zacząłem się więc zastanawiać, czy jest coś, co można zrobić by usprawnić nieco ten system, albo chociaż - uczynić go bardziej atrakcyjnym.

Oczywiście, wszystkich problemów transportowych nie rozwiąże się w jedną noc...

Nigdy nie poprowadzi się tak nowej linii tramwajowej, autobusowej czy metra tak, aby wszystkim pasowało. Oczywiście, każdy chciałby, żeby zbiorkom podjeżdżał pod jego dom, a sam uważam, że dziś w Warszawie siatka połączeń jest tragicznie niedopasowana do tego, gdzie mieszka najwięcej ludzi, ale wiem, że niewiele da się z tym zrobić. Drugą kwestią są wspomniane ceny biletów - tutaj też, z racji na to, że stanowią małą część realnej kwoty, raczej nic nie zdziałamy. Jednak to, że komunikacja miejsca w dużej mierze jeździ "jak chce", irytuje mnie dosyć mocno. Nie raz nie dwa miałem przesiadkę  na którą teoretycznie powinienem czekąć 5-7 minut, a jazda autobusem numer 1. trwała tyle, że i tak dałem radę się na nią spóźnić. Jest to szczególnie irytujące, gdy mieszka się na rogatkach miasta, gdzie bez przesiadek ani rusz.

Oczywiście, nie mogę mieć pretensji do ZTM także o to, że autobus utyka w korku. A te w Warszawie potrafią być naprawdę paskudne. Żeby dać wam jakieś mgliste pojęcie, jak wygląda dojazd do mojego domu autobusem w godzinach nieszczytowych (czyli około 14), to pewnego dnia, po powrocie z konferencji autobus wlókł się tak bardzo, że wysiadłem z niego na przystanku, po czym przespacerowałem sobie 3 przystanki i na kolejnym wsiadłem dokładnie do tego samego autobusu. I to tylko dlatego, że zaczęło padać. To z kolei sprawiło, że zacząłem się zastanawiać nad jedną kwestią - za jaką usługę płacę jako pasażer? Jeżeli ktoś korzysta z karty miejskiej, nie ma tego problemu, natomiast ja zazwyczaj kupuję bilety (po prostu nie jeżdżę tyle, by karta się opłacała).

 

I teraz tak - rozkład jazdy autobusu/tramwaju etc. został wymyślony po to, by pokazać, za ile pojazd zjawi się na danym przystanku. Jeżeli więc chce podjechać na przystanek który według rozkładu oddalony jest o 17 minut jazdy, to nie widzę sensu kupować inny bilet niż 20 minutowy. Co jednak, jeżeli po drodze zdarzy się korek bądź inne utrudnienie, przez które wspomniane 17 minut nie zostanie osiągnięte? No cóż, dopóki jest to opóźnienie w granicach 20 minut, nie ma problemu. Ale umówmy się - często nie jest. W takiej sytuacji pasażer musi kupić kolejny bilet. Traci więc dwa razy, ponieważ musi wydać więcej za przejazd, który dodatkowo jest opóźniony. Trochę kuriozum, nieprawdaż?

... ale ten jeden można.

Nie tak dawno jeden z uczniów, który jechał na egzamin maturalny ZTM, musiał wziąć taksówkę. bo przez olbrzymie opóźnienia, jakie miał autobus. I nie jest to jedyny taki przypadek. To pokazuje jedno - rozkład jazdy nie jest tylko wskazówką, ale też - pewnym zobowiązaniem przewoźnika, którego powinien się trzymać. Dlatego uważam, że jeżeli autobus się spóźnia, nie ma podstaw, by winę (i karę finansową w przypadku kontroli biletów) ponosił za to pasażer. Wątpię, by kanar przyjął argument spóźnienia się autobusu/tramwaju jako przyczynę przeterminowanego biletu. I niektórzy to widzą, ponieważ rozwiązanie tego jest banalnie proste i wprowadzane już w niektórych miastach, np. w Lublinie. Tam od roku działa bilet tzw. przystankowy zakodowany w karcie płatniczej. Przykładasz kartę na wejściu i wyjściu, a system sam liczy ile przystanków przejechałeś. Nie trzeba martwić się czy bilet "wystarczy". Taki system da się również wdrożyć w przypadku biletów czasowych. Wystarczy, by w momencie kasowania biletu biletomat kodował informację o tym, na jakim przystanku ostatnio zatrzymał się autobus/tramwaj/metro i sprawdzał, na ile "powinien" starczyć bilet. Jeżeli jest to bilet 20 minutowy, powinien wystarczyć do przystanku oddalonego o nie więcej niż 20 minut według rozkładu. Tak samo działałoby to w przypadku biletów np. 75 minutowych, które często służą do przesiadek. Po przejechaniu np. 30 min. jednym środkiem transportu, w kolejnym biletomat patrzyłby, ile czasu jeszcze zostało i do którego przystanku można maksymalnie dojechać.

Nie rozwiązałoby to problemów ze spóźniającymi się autobusami, ale sprawiłoby, że pasażerowie nie ponosiliby kosztu tego, że przewoźnik się spóźnia, a w przypadku biletów czasowych - w wielu miejsca rozkłady jazdy zostałyby zweryfikowane pod kątem tego, ile faktycznie zajmuje dojechanie z przystanku do przystanku. Dziś bowiem mam wrażenie, że duża część z tych wartości nie uwzględnia ruchu ulicznego i sprawdza się tylko we wczesnych godzinach rannych baź późnych wieczornych. Co więcej, sam ten pomysł nie jest niczym nowym, ponieważ pomysł na bilety przystankowe obija się o stołeczne ZTM od dobrych kilku, jeżeli nie kilkunastu lat, jednak na razie planów jego wprowadzenia ani widu ani słychu. Oczywiście, może to sprawić, że wtedy z biletów do kasy miasta będzie wpadało nieznacznie mniej środków, ale pamiętajmy, że jednym z głównych celów Stolicy jest w tym momencie zachęcenie ludzi do korzystania z transportu publicznego.

Przejrzysty i bardziej sprawiedliwy system opłat mogłyby w tym niesamowicie pomóc.

 

 

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu