VOD

The Last of Us nie jest wierną ekranizacją. Oto, czym serial różni się od gry

Kacper Cembrowski
4

Dziś jest ten dzień — serial The Last of Us oficjalnie wylądował na HBO Max. Z tej okazji przyjrzyjmy się wszystkim różnicom między oryginałem a ekranizacją przygód Ellie i Joela.

The Last of Us nie jest wierną ekranizacją, a adaptacją. Co za tym idzie, osoby odpowiedzialne za produkcję dla HBO wprowadziły nieco zmian do tego świata. Jak potwierdził Konrad Kozłowski w swojej recenzji na łamach Antyweb, w żaden sposób nie wpływa to negatywnie na odbiór produkcji, a wręcz przeciwnie — lecz zmiany są obecne i to w niektórych dość kluczowych kwestiach. O co dokładnie chodzi?

Polecamy: Z twarzy Jeremy'ego Rennera usunięto krwawe rany! Dobra decyzja?

Inny sposób zarażania się wirusem. Koniec z pyłkami i maskami

Jedną z największych zmian, która była bardzo często komentowana przez krytyków, jest sposób rozprzestrzeniania się wirusa i zarażenia się ludzi — w grze mieliśmy do czynienia z zarodnikami, a przed pyłkiem bohaterowie chronili się, nosząc maski. W serialu zrezygnowano z tego motywu, najprawdopodobniej ze względu na pewne problemy narracyjne. Bohaterowie w końcu bez przerwy musieliby chodzić w maskach, a unikając tego, finalnie i tak wszyscy by byli zarażeni.

Czas akcji. Nie 2030, a 2023

Drugą znaczącą różnicą jest czas akcji. W grze szalona epidemia wybuchła w 2013 roku, a cała akcja dzieje się około w 2030 roku. W przypadku serialu sprawa wygląda znacznie inaczej, gdyż wirus pojawił się w 2003 roku, a akcja rozgrywa się w 2023, czyli w teraźniejszości. Craig Mazin w rozmowie z Inverse wytłumaczył, skąd taka decyzja:

Kiedy oglądam serial i jest rok 2023, a serial ma miejsce w 2043 roku, to czuję, że jest to po prostu trochę mniej realne. Nawet jeśli oglądam serial w 2023 roku i ma on miejsce w 2016, to jest to trochę mniej realne. Pomyślałem, że może być interesująco po prostu stwierdzić: "Hej, spójrzcie, to się dzieje właśnie teraz w tym równoległym wszechświecie. To się dzieje w tym roku.”

Dłuższy prolog

Należy również wziąć pod uwagę sam prolog historii, który skupia się na historii Sary, córki Joela, podczas wybuchu epidemii. W grze jednak poświęcono temu mało czasu (chociaż całość i tak odcisnęła piętno na graczach), a w serialu poświęcono temu zdecydowanie więcej czasu, gdyż całość trwa blisko 30 minut. Mamy więc trochę lepszą perspektywę na to, jak wyglądał świat przed „zagładą”.

Mniejsza przemoc

Neil Druckmann powiedział, że w serialu zdecydowano ograniczyć przemoc, pozostawiając tylko „niezbędne” brutalne sceny. Współprzewodniczący Naughty Dog przyznał, że wynika to ze specyfiki danego dzieła popkultury — w grze potrzebna jest większa brutalność, by pomóc graczom poczuć większą immersję i wtopić się w ten świat, kiedy w serialu nie jest to wcale potrzebne. Wręcz przeciwnie — jeśli przemocy jest mniej, to podczas brutalnych scen dużo bardziej czuć powagę wybranego momentu.

Więcej miejsca na poboczne wątki

Warto również zwrócić uwagę na to, że jeśli jesteście fanami świata The Last of Us, to serial będzie dla Was doskonałą sprawą. W show na HBO twórcy postanowili poświęcić więcej uwagi pobocznym wątkom oraz drugoplanowym postaciom, dzięki czemu każdy widz może rozszerzyć swoją wiedzę na temat tego uniwersum i poznać jeszcze więcej jego tajemnic.

Przekłada się to na fakt, że w serialu mamy możliwość poznania dokładniejszych losów Billa (który pomógł głównym bohaterom zdobyć samochód) oraz jego wspólnika Franka, którego w grze... cóż, nie mieliśmy okazji bliżej poznać. Co również istotne, w serialu pierwszy raz możemy zobaczyć Annę, matkę Ellie, która w grach była wyłącznie wspominana w dialogach.

Oglądaliście już The Last of Us? Jak oceniacie najnowszą produkcję, za którą odpowiadają Craig Mazin i Neil Druckmann? Koniecznie podzielcie się swoją opinią w komentarzach!

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu