38

Ten nieszczęsny zakaz fotografowania (część I)

Wyciągasz aparat cyfrowy, robisz zdjęcie i nagle staje obok Ciebie urzędnik lub przedstawiciel służb mundurowych, żądając skasowania fotografii lub zapłaty za możliwość ich wykonywania? Jest duża szansa, że trafiłeś właśnie na kłamcę, złodzieja lub dyletanta. Jak się bowiem okazuje, mamy w Polsce do czynienia z mariażem nieznajomości przepisów, kulawego prawa i postsocjalistycznych sentymentów. A jeśli można […]

Wyciągasz aparat cyfrowy, robisz zdjęcie i nagle staje obok Ciebie urzędnik lub przedstawiciel służb mundurowych, żądając skasowania fotografii lub zapłaty za możliwość ich wykonywania? Jest duża szansa, że trafiłeś właśnie na kłamcę, złodzieja lub dyletanta. Jak się bowiem okazuje, mamy w Polsce do czynienia z mariażem nieznajomości przepisów, kulawego prawa i postsocjalistycznych sentymentów. A jeśli można przy tym uszczuplić kieszeń naiwnego fotografika, to hulaj dusza, piekła nie ma!

Przez wiele lat pracowałem jako fotoreporter prasowy i kilkukrotnie byłem w trakcie wykonywania obowiązków służbowych bezprawnie zatrzymywany, a raz chciano mnie nawet oskarżyć o… terroryzm! A ponieważ jako osoba zajmująca się fotografią urbeksową dostaję od Was mnóstwo listów z pytaniami o nieszczęsny polski zakaz fotografowania, postanowiłem pogrzebać kijaszkiem w przepisach i odszukać sensowną odpowiedź. Jak się jednak okazuje, łatwiej w warunkach domowych odnaleźć bozon Higgsa…

Prawo prasowe

Polskie przepisy gonią postęp, ale wciąż z prędkością wyścigowego ślimaka. Mówiąc wprost, w dobie mediów elektronicznych rodzime przepisy wciąż datuje się na czas furmanki i sracza za drewnianą chałupą. Mimo że zdjęcia robi obecnie każdy (mamo, tato, mam aparat w telefonie!), do dziś nie wypracowaliśmy żadnego sensownego aktu prawnego, który precyzowałby prawa i obowiązki osób fotografujących.

Niejasne skrawki ustaleń rozrzucone są w różnych miejscach. Ponieważ jednak pewna Rada Orzeczeń Nieomylnych w Sprawach Blogów uznała, że blog to prasa i cześć pieśni, warto poszukiwania rozpocząć od ustawy Prawo prasowe, wszak wielu z nas udziela się na blogach właśnie.

Artykuł 13. rzeczonej ustawy mówi, iż nie wolno nam publikować wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe, jak również wizerunku świadków, pokrzywdzonych i poszkodowanych, chyba że osoby te wyrażą na to zgodę. I to jest jeden z niewielu przepisów klarownych w swej treści. Ale chwileczkę…

Czy aby na pewno? Czym jest wizerunek takiej osoby? Gdzie prawna definicja wizerunku? Nie ma, panie dzieju. Przyjęło się więc, że gdy zasłonimy komuś oczy, jest on już kompletnie nie do rozpoznania (metodę tę oficjalnie stosuje policja – dziś sprawdziłem to osobiście w Komendzie Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu).

Tylko że tutaj właśnie zaczynają się schody, a że polskie prawo nie jest precedensowe, możemy wejść na niezłą minę. Znany jest bowiem przypadek z Dolnego Śląska, gdzie pewien były funkcjonariusz służb bezpieczeństwa pozwał lokalny portal za opublikowanie jego wizerunku. Oczy co prawda mu zasłonięto, ale powód upierał się, że znajomi rozpoznali go, o ile pamiętam, po wąsach (sic!).

Warto zwrócić uwagę na fakt zaistnienia tu syndromu tzw. samospełniającej się przepowiedni – wyobraźmy sobie, że Pan X. jest podejrzanym w sprawie, a prasa publikuje jego zdjęcie z zasłoniętymi oczami. W tym momencie nikt delikwenta nie poznaje. Jeszcze nie… Sęk w tym, że facet idzie do sądu, pozywa daną gazetę, a w drugiej udziela wywiadu, sam ujawniając swoją tożsamość.

Efekt? Teraz wszyscy rozpoznają go na zdjęciu, ergo zdobywa on świadków na rzecz stawianej przez niego tezy. Słowem, artykuł 13. rzeczonego aktu prawnego możemy sobie wsadzić w d… buty, bo przepis dotyczący wizerunku bez definicji wizerunku jest równie przydatny jak latarka do krojenia chleba.

Ciężkie, prawda? Cóż, żyjemy w Polsce. Nie takie bareizmy spotykamy na co dzień. Wróćmy jednak do ustawy dla pismaków.

Warto przyjrzeć się artykułowi nr 14, bowiem mamy tu do czynienia ze słynną „dyrektywą paparazzi”. Otóż gdy fotografujemy osobę sławną, znaną czy po prostu występującą oficjalnie, musimy pamiętać, że nie wolno bez jej zgody publikować informacji oraz danych (a zatem i zdjęć) dotyczących prywatnej sfery życia, chyba że wiąże się to bezpośrednio z działalnością publiczną danej osoby.

I choć zapis ten jest nieco bardziej w swej treści klarowny niż poprzedni, również narzekać możemy na sute niedookreślenie. Czym jest „prywatna sfera życia”? Definicji brak. Kiedy mamy do czynienia z „działalnością publiczną”?

No dobrze, macie rację, to akurat jest proste – teoretycznie. Jeśli, dajmy na to, premier RP pracuje od 7.00 do 15.00, to mamy określony czas działalności publicznej. Tylko co, jeśli ktoś ma nienormowany czas pracy? Czy premierem, dyrektorem, prezesem, prezydentem jest się tylko w wyznaczonych godzinach?

A jeśli burmistrz Zadupia Dolnego pójdzie na oficjalny raut z okazji urodzin proboszcza i wracając niejako z pracy dokona staropolskiego haftu na chodniku – czy można to zaliczyć do działalności publicznej, czy też jest to już prywatna sfera życia? Robić zdjęcie i publikować, nie robić czy może robić, a potem zasłaniać oczy czarnym paskiem? Odpowiedzi nie znają nawet sędziowie polskiego wymiaru sprawiedliwości. Dlaczego? Bowiem przepisy tak niejasne jak wspomniane wyżej, otwierają szerokie pole do interpretacji. W efekcie, parafrazując przysłowie „co kraj, to obyczaj”, mamy w Polsce sytuację, którą opisać można słowami: „co sąd, to orzeczenie”. Istna rosyjska ruletka w samym sercu oświeconej Rzeczpospolitej.

Nie każdy internauta to dziennikarz

No dobrze, ale co zrobić, jeśli nie prowadzicie bloga, facebookowego fanpage’a, twittera czy fotograficznej ścianki na pinterest? Co, gdy po prostu postanowiliście zrobić zdjęcie w muzeum, na dworcu kolejowym, lotnisku, na terenie kopalni czy fabryki?

Co, gdy macie korbę na punkcie ptaszków, a sokół pustułka przelatuje właśnie nad prywatnym zakładem produkcji zatyczek do uszu i ochrona obiektu rzuca się Wam do gardeł, z jednej strony próbując odebrać Wam aparat, z drugiej wzywając policję? Co, gdy ochroniarz w muzeum mówi Wam, że lampa błyskowa szkodzi obrazom olejnym, ale gdy zapłacicie, nagle, w magiczny sposób szkodzić przestanie? Co, gdy fotografujecie prześliczną chmurkę, a pan ze stosownej agencji informuje Was, że nie wolno Wam fotografować nieba, bo będące przedmiotem sporu obłoczki są prywatną własnością prezesa X., ergo musicie złożyć prośbę o pozwolenie – najlepiej w siedemnastu językach – i czekać dekadę na odpowiedź? A może po prostu korci Was, by zrobić zdjęcia jednostki wojskowej? Czy macie do tego prawo?

O tym wszystkim w kolejnych częściach!

Na zdjęciu częściowo zamalowany zakaz fotografowania na murach byłej jednostki wojskowej we Wrocławiu (fot. Joanna Dura).