Recenzja

Tales of Arise - recenzja. Takich RPG chcemy więcej

Kamil Świtalski
0

Z serią Tales of mam... prawdziwie burzliwą relację. Jej początki sięgają 1995 roku i choć grałem we wszystkie odsłony, wielu... po prostu nie lubię, a w niektórych  nawet nie dane mi było dojść do finału. Ale przy nich są też takie, w które wpadałem jak śliwka w kompot i nie mogłem oderwać się od konsoli - dlatego byłem niezwykle zainteresowany Tales of Arise. Pierwszą częścią od 2016 roku, do tego wskakującej międzygeneracyjnie zarówno na PS4/PS5 jak i Xbox One / Xbox Series. Jak gra wypadła w praktyce?

Historia która wciąga. Bohaterowie, do których się przywiązujemy

Nie ukrywam że od RPG zawsze wymagam co najmniej przyzwoitej historii i bohaterów, których nie będę miał dość po pięciu minutach zabawy. W końcu mówimy o grach, z którymi spędzamy kilkadziesiąt minut. Nie będę czarował - opowieść o człowieku w masce który nie pamięta nic ze swojej przeszłości nie wzbudziła mojego zainteresowania od samego początku. Jednak z każdą godziną gry, kiedy dowiadywałem się więcej o problemach świata wykreowanych przez scenarzystów - zniewolonych przez przybyszów z Renan ludach Calaglii, całość stawała się coraz bardziej intrygująca, podobnie jak kolejne postaci, ich rozterki i poszukiwania dróg do wolności i/oraz szczęścia. Z każdą godziną dowiadujemy się więcej o tamtejszych niesnaskach, a niebawem główny bohater dorabia się zestawu wiernych towarzyszy, którzy będą u jego boku walczyć o dobro tamtejszego świata. W prologu scenarzyści otwierają wrota do naszego regionu i stawiają dziesiątki pytań, które będziemy rozwiązywać pokonując pięcioro lordów z Konkursu Koronnego.

Dobrze napisana przygoda, która po prostu sprawia dużo frajdy

Seria Tales of od zawsze stawia na bohaterów. Rozpisuje ich dokładnie, opowiada o ich motywacjach, dba o interakcje wewnątrz grupy. Tutaj żadnego z tych elementów nie zabrakło i jest prawdziwą wisienką na torcie do ciekawie napisanej historii, którą poznawałem z zainteresowaniem. Ale to nie visual novel, a RPG - warto więc też poświęcić chwilę innym aspektom gry. Eksploracja świata w poszukiwaniu składników do gotowania, zadań pobocznych i spółki daje sporo frajdy — choć jak na grę od Bandai Namco przystało, idealnie nie jest. Tereny są duże, ale nie brakuje w nich niewidzianych ścian, które skutecznie zablokują nas przed pójściem tam, gdzie nie powinniśmy. Można w ogóle odnieść wrażenie, że te wszystkie rozległe mapy są głównie po to, byśmy tracili czas biegając z miejsca na miejsce po składniki, przy okazji przeplatając je walkami. A te zaprojektowane zostały wyśmienicie - i są na tyle dynamiczne, że nawet kiedy zostałem zmuszony do kilkudziesięciu minut grindu, nie byłem ani trochę zły.

Dynamiczna i wymagająca. Taka jest walka w Tales of Arise

Walka to element, do którego naprawdę trudno mi się przyczepić. Owszem - zarzucani przez pierwsze godziny samouczkami dotyczącymi kolejnych elementów tamtejszego systemu możemy poczuć się skołowani, ale wiem z doświadczenia, że wszystko szybko wchodzi nam w krew. Wykorzystywanie technik specjalnych (do których wykorzystujemy specjalne, odnawialne, punkty), uniki (bez których nawet pojedynki z pierwszymi lepszymi łebkami mogą okazać się wyjątkowo trudne), a do tego nasza (działająca automatycznie) ekipa nareszcie nie jest tak bezmyślna, jak miało to miejsce w poprzednich odsłonach. Do ideału brakuje wiele, ale jest lepiej niż kiedykolwiek - a combosy w połączeniu z atakami grupowymi są naprawdę baaaardzo satysfakcjonujące. Można jednak mieć "ale" do różnorodności wrogów - w kolejnych krainach będą silniejsi, może nawet nauczą się nowych sztuczek, ale z grubsza wiemy czego się po nich spodziewać już na pierwszy rzut oka... a szkoda.

Pomiędzy generacjami. Szkoda

Tales of Arise wyszło w czasie, kiedy poprzednią generację konsol mają miliony graczy na całym świecie, nowa zaś wciąż raczkuje. Naturalnym więc jest, że Bandai Namco (podobnie jak Scarlet Nexus) wyda ją i tutaj, i tutaj. No i nie ma co ukrywać: gra nie wygląda najpiękniej na świecie, ale trzeba oddać jej to, że rusza się nieskazitelnie. Światy są pełne niewidzialnych ścian i w gruncie rzeczy nie dzieje się zbyt z nich wiele, ale za to - są duże, a ekrany ładowania (w ogrywanej przeze mnie wersji na Xbox Series X) błyskawiczne.

A kiedy już jesteśmy przy pomoście między generacjami - duży minus dla twórców za to, że nie pomyśleli o kompatybilności save'ów między Xbox Series X/S, a rodziną Xbox One. Bo mimo że kupioną raz grę uruchomimy na obu sprzętach, to zapis synchronizuje się wyłącznie w obrębie konsol Series X/S — chciałem z ciekawości sprawdzić jak to działa na starszej generacji, ale konieczność przebijania się od początku przez intro skutecznie mnie zniechęciła.

Mimo wad - to wciąż jeden z najlepszych jRPG ostatnich lat

Tales of Arise nie jest grą idealną, ma swoje "ale". Niech was one jednak nie zniechęcają - dajcie jej szansę. To jeden z najlepszych przedstawicieli gatunku ostatnich lat: z barwną paletą "żywych" bohaterów i wciągającym światem. Wszystko to okraszone zostało tym, co tygryski lubią najbardziej: ładną oprawą audiowizualną i świetnym systemem walki. Czego chcieć więcej?

 

Tales of Arise - plusy i minusy
plusy
  • Historia i świat
  • Bohaterowie, którzy są JACYŚ
  • Wpadająca w ucho muzyka
minusy
  • ...już gdzieś takiego wroga widziałem?
  • Świat obfitujący w niewidzialne ściany
  • Międzygeneracyjność bije po oczach

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: