32

Streaming streamingiem, ale tak wydaną muzykę aż chce się dotknąć i kolekcjonować

Żyjemy w czasach, gdy dostęp do multimediów jest łatwiejszy i tańszy, niż kiedykolwiek wcześniej - dla przeciwieństwa coraz chętniej wybieram fizyczne wydania albumów, ale nie tylko te standardowe.

Od zawsze miałem w sobie coś z kolekcjonera, co objawiało się na wiele sposobów. Gdy otrzymałem jedną z piłek, która była futbolówką na jednym z najważniejszych turniejów, od razu chciałem uzupełnić zestaw o kolejne – te, które prezentowano później, a także te, którymi grano lata wcześniej. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku kultury i multimediów – filmy i seriale można oglądać online, to najwygodniejszy sposób i nie ma co do tego żadnych wątpliwości, ale oprócz aspektu jakościowego (wydania Blu-Ray przewyższają na przykład strumień 4K w iTunes czy na Netflix pod względem bitrate’u) w grę wchodzi także kwestia fajnie wyglądających lub po prostu wyjątkowych pod pewnymi względami wydań.

Nie inaczej jest z muzyką, której nigdy nie zdołamy przesłuchać w całości po wykupieniu dostępu do Spotify, Tidala czy Apple Music. I na komputerze, i w drodze na telefonie, nic nie może równać się z usługami streamingowymi, bo dzięki stałemu dostępowi do sieci w mgnieniu oka mogę zmienić nastrój wybierając kompletnie innego wykonawcę i gatunek – kiedyś, gdy zapomnieliśmy skopiować do pamięci urządzenia konkretny album, musieliśmy słuchać tego, co znalazło się na odtwarzaczu/telefonie, aż do chwili szansy podłączenia ich do komputera. Ale poza samą muzyką, artyści i wydawcy wielokrotnie oferują znacznie więcej i choć nie uważam się za melomana czy eksperta w tej dziedzinie, to po prostu lubię docenić także tę całą otoczkę wokół danej płyty.

Zakupy czynię raczej okazjonalnie, czekając na fajną okazję lub stawiając jedynie na tych najbardziej ulubionych wykonawców. Dziś bez większego problemu można zamówić wydania z Wysp czy USA, na które, owszem, będzie trzeba zaczekać i za które, niestety, trzeba będzie zapłacić więcej, aniżeli za zwykłe edycje, ale specjalne wydania winyli pozwalają bardziej namacalnie doświadczyć dokonań artysty.

Do tej pory zdecydowałem się chociażby na przezroczysty winyl albumu Tranquility Base Hotel and Casino od Arctic Monkeys, przezroczysto-niebieskie krążki z muzyką 2. sezonu Stranger Things czy pomarańczową płytę od Nory Jones. Najświeższym członkiem kolekcji jest ścieżka dźwiękowa z filmu Strażnicy Galaktyki na dwóch czerwono-żółtych winylach – znacznie więcej znajdziecie teraz w Empiku i to w naprawdę śmiesznej cenie, biorąc pod uwagę to, jak wiele potrafią sobie zażyczyć dystrybutorzy niektórych specjalnych wydań (a szczególnie, gdy doliczymy koszty transportu przez ocean). Tu za przykład posłuży mi ścieżka dźwiękowa z filmu Pierwszy człowiek przygotowywana przez Mondo, gdzie sama płyta to koszt 25 dolarów, a wysyłka 22 dolary – niemal drugie tyle, za dostarczenie płyty.

Co w tym wszystkim jest najważniejsze? Wszystko, moi drodzy. Każdy element jest tu równie istotny – muzyka, płyta, obwoluta i opisy czy ewentualne dodatki w postaci książeczek. Nie brakuje wydań, gdzie wraz z wersją na winylu, dostajemy też kod umożliwiający pobranie wszystkich utworów w postaci plików mp3 lub wav ze strony www. Słuchanie muzyki w postaci cyfrowej pozwala swobodnie przewijać utwory i przełączać je, kiedy tylko mamy na to ochotę.

W przypadku winyla oczywiście jest to możliwe, ale dość utrudnione i najczęściej zdarza mi się po prostu odsłuchać całego krążka od początku do końca, dzięki czemu przekonuję się do jednego z kawałków. Daje to też szansę na odbiór całości, tak jak to zaplanował (czasem) artysta, a w dobie streamingu, YouTube’a i singli, trudniej jest przysiąść do danego albumu i dać mu szansę wybrzmieć. A jeśli dodatkowo będę mógł przyjrzeć się sporych rozmiarów okładce, przeczytać kilka słów od wykonawcy lub jakieś ciekawostki, a później przejrzeć fotografie, to jestem pewien, że nowe nagranie zrobi na mnie inne wrażenie, aniżeli to odsłuchane w przerwach od innych zajęć lub w ich trakcie. Winyl angażuje i mi to naprawdę pasuje.16