Fallout
17

Świetne, ponadczasowe tytuły. Uwielbiam do nich wracać

Chciałoby się powiedzieć: "gdzie się podziały tamte strzelanki?", albo ponarzekać na to, że nowe gry nie mają już "tego ducha", który kazał nam ślęczeć przed monitorem długie godziny. Hej, wcale tak nie jest - na rynku można znaleźć sporo tytułów, które uwierzcie mi, za 10 lat będą uznawane za kultowe. Dla mnie jednak istnieje cała gromada produkcji, do których wracam, a mają nawet... 20 lat.

Dlaczego niemal nie popłakałem się, gdy uruchamiałem trzeciego Fallouta? Bo doskonale pamiętałem pierwsze dwie części, które stały się podstawą do stworzenia genialnej serii. Choć „trójka” okazała się być ostatecznie znacznie słabsza, to mimo wszystko nie zdołała naruszyć „epickości” produktu Interplaya. Pierwszy Fallout kazał mi szukać hydroprocesora, co ostatecznie okazało się dla mojej postaci tragiczne w skutkach. Hydroprocesor zdobyty, Mistrz zniszczony, a Nadzorca i tak postanowił pozbyć się wtedy naprawdę potężnego Przybysza z Krypty. Druga część to już przede wszystkim wysoko podniesiona poprzeczka w kwestii trudności gry. O ile dobrze zbalansowana postać radziła sobie w „jedynce” całkiem nieźle, tak już w Fallout 2 gameplay nie wybaczał żadnych błędów. W ostatnim czasie „bawię się” drugim Falloutem i uwierzcie mi, że co jakiś czas zdarza mi się sypać inwektywami w stronę twórców – za horrendalnie trudne „losowe zdarzenia” na mapie, za czasami zbyt napompowanych przeciwników i za naprawdę skomplikowane zadania.

stare gry fallout

Ale dwie pierwsze części mają duszę. Eksploracja, walka, zbieranie przedmiotów, rozmowy z NPC i odkrywanie sekretów świata wykreowanego w Fallout to ogromna frajda. Kolejnym odsłonom tego nie odmawiam, ale porównując chociażby Fallout 4 do swoich protoplastów, odczuwam swego rodzaju niedosyt. Może związany z tym, że najnowsze produkcje bardzo odchodzą od tego, co wypracował Interplay?

Zobacz też: Gra Max Payne – co w niej tak niezwykłego?

Unreal Tournament i MONSTER KILL

Początek nowego tysiąclecia to również walka między id Software i Epic Games. Moda na sieciowe shootery porzucające tryb fabularnej kampanii na rzecz czegoś w rodzaju morderczych igrzysk to zjawisko, które można porównać do obecnie trwającej mody na Battle Royale. Wtedy liczyli się tylko dwaj gracze: Unreal Tournament oraz Quake III Arena i w mojej ocenie to właśnie ten pierwszy tytuł wygrał.

Unreal Tournament oferował (oferuje!) wszystko, co powinna mieć dobra sieciowa strzelanka. Doskonale wyważone bronie, szybka akcja i odpowiednia liczba trybów gry – od klasycznego deathmatcha aż po „Assault”, gdzie trzeba było przejąć odpowiednie punkty na mapie, a w następnej rundzie je obronić.

Unreal Tournament

Do dzisiaj, jeżeli zainstalujecie UT możecie znaleźć sporo działających serwerów, gdzie najpierw będziecie musieli zainstalować niebotyczne ilości modów. Właściwie nie ma już obecnie miejsca, w którym zagramy na klasycznej, „czystej” instalacji gry. Przez niemal 20 lat zostało stworzonych mnóstwo map, modów, mutatorów, które również wspominam bardzo ciepło.

Half Life

Incydent w Black Mesa. I wszystko jasne – Gordon Freeman, choć jego fizis nie wskazuje na to, że kiedykolwiek mógłby on zostać „badassem” pokroju Serious Sama, B.J-a Blazkowicza, czy też Doom Guya, również nieźle sobie radzi z wrogami, a jego sztandarową bronią jest… łom. Łom, który wraz z jego prawicą tworzy doskonale znane graczom logo serii. Pierwsza część opowieści o przygodach Freemana to właściwie creme de la creme wśród strzelanek i swego rodzaju wzór, którym podążały różnorakie tytuły. Tajemnicza, doskonale opowiedziana historia oraz prosta, aczkolwiek satysfakcjonująca mechanika gry spowodowały, że w Half Life gra się po prostu dobrze. Wiele więcej nie trzeba.

Half Life

Kolejne części udowodniły, że Valve potrafi robić dobre strzelanki. Mało tego, na silniku Source wyrosły również inne kultowe gry. Co dalej z Half Life 3? Czy kiedykolwiek się pojawi? Cóż, znając Gabena i jego podejście – tak, jeżeli naprawdę to będzie się opłacać. W tym momencie Valve zarabia krocie i raczej nikt nie przejmuje się żądaniami fanów.

Return to Castle Wolfenstein

Piałem z zachwytu w trakcie gry w The New Order. Wcale nie było mi żal rozpruwanych nazistów w The New Colossus. Boję się odrobinę Youngblood – Wolfenstein od zawsze był opowieścią głównie o Blazkowiczu, a tymczasem okazuje się, że zagramy jego… córkami. Kiedy Blazkowicz był jeszcze bardziej szatynem niż blondynem, a i nie wykazywał przy okazji zbyt wysokiego użycia anabolików/ćwiczeń/ryżu z kurczakiem i kreatyną – wystąpił w jednej z lepszych moim zdaniem gier z serii. Co ja mówię – w swoich czasach była najlepsza, a może i nawet biła na głowę poprzedników.

Wolfenstein nigdy nie udawał, że opowiada standardową historię o nazistach i II Wojnie Światowej. Mecha-Hitler może i nawiązuje do zdrowo popapranych pomysłów zwolenników miernego malarza, ale w rzeczywistości nikt o nim nie myślał. W Return to Castle Wolfenstein przegięto i połączono okultyzm z nowoczesną techniką, której nie powstydziliby się i dzisiejsi szaleni naukowcy.

Return to Castle Wolfenstein

Ucieczka z zamku, atak na wykopaliska, walka z nieumarłymi, rozprucie Olaryka… a następnie boje w bazie rakietowej, norweskie laboratorium z superżołnierzami i na sam koniec… walka z Henrykiem I Ptasznikiem. W wyliczance wygląda to jak sen naćpanego historyka, ale w Return to Castle Wolfenstein spięto to naprawdę genialnie.

Max Payne

Gliniarz, któremu narkomani (sami na to nie wpadli) wytłukli rodzinę zostaje uwikłany w intrygę. Niesłusznie oskarżono go o zabicie swojego partnera – ma na karku i policję i bezdusznych bandytów. Brzmi sztampowo, ale wraz z komiksową oprawą w cutscenkach oraz doskonałą narracją samego głównego bohatera takie podejście nabiera kolorytu.

Ale nie tylko to stanowi o jakości gry. Bullet-time, który został wdrożony do serii Max Payne pozwala na unikanie kul wrogów i rozpruwanie kolejnych bandytów w iście filmowy sposób. Nie zawsze wnosi to cokolwiek nowego do stanu potyczki, ale w istocie umila grę. Kto z nas nie chciał kiedyś wyskoczyć w powietrze, przetoczyć się po biurku i jednocześnie nafaszerować wrogów serią z czegoś szybkostrzelnego? Ja chciałem. I na szczęście realizowałem się w tym kierunku jedynie w grach.

Mafia

Dzięki Konradowi Kozłowskiemu ten punkt znalazł się w tekście. Ten przypomniał mi, że o tej grze zapomnieć nie można i rzeczywiście – myśląc o kultowych tytułach popełniłbym ogromny grzech, gdybym nie napisał o Mafii. Często porównywano tytuł do GTA, ale nieco niesprawiedliwie, bowiem w tym przypadku położono nacisk na historię, a nie zabawę w piaskownicy. Doskonałe dialogi, spójna i wartka opowieść o honorze, pieniądzach, krzywdzie, zabawie i… gangsterach. Ale nie takich pokroju Masy, tylko gościach z klasą i… Tommy Gunem.

mafia

Choć mechanika walki nigdy mi w Mafii nie odpowiadała (podobnie jak w serii GTA), to mimo wszystko cenię sobie tę serię właśnie za historię. I uwierzcie mi, że Mafia III to według mnie potwarz dla tej trylogii.

Red Alert 2

Jedynkę pomijam, bo (przyznaję się) zagrałem w nią dosłownie dwa razy. Za to już druga część kultowej serii to dla mnie wzór dobrze zakręconej strategii czasu rzeczywistego. I właściwie jedyny tytuł tego typu, który zdołał mnie porwać. Nie wiem, czy to przez wschodnie korzenie, czy też znacznie bardziej „sexy” uzbrojenie, ale Związkiem Radzieckim grało mi się znacznie lepiej.

Z pewnością nie była to tak skomplikowana strategia jak np. Age of Empries, ale szybka rozbudowa bazy, pozyskiwanie surowców, konstruowanie wojska do morderczego ataku dawało sporą frajdę. Kilka razy grałem w Red Alert 2 również w sieci i… niestety, ale szybko dałem sobie spokój. Myślałem, że jestem całkiem dobry w tę grę, ale prędko okazało się, że nie umywał się nawet do tych średnich graczy.

Wracam również do… gier z NES-a

Contra, Metroid, Kickmaster… to nie jedyne tytuły, które włączam „na chwilę”, po to, żeby po prostu sobie pograć. Contrę przechodzę dla zabicia nudy, w około 20 minut ze standardowym pakietem żyć. Metroid to już dłuższa wycieczka przez Zebes, a Kickmastera pokonałem jeden, jedyny raz jeszcze na doskonale znanym w Polsce Pegasusie od Bobmarku. Między innymi o tych grach pisaliśmy tutaj.

A Wy? Do jakich gier często wracacie? Podzielcie się w komentarzach!