płyty winylowe
24

Mój osobisty sukces – przekonałem rodziców do Spotify

Będzie trochę w stylu "drogi pamiętniczku". Muszę Wam się jednak czymś pochwalić. Za punkt honoru postawiłem sobie "ucyfrowienie" moich rodziców, którzy z naturalnych powodów są mniej technologiczni niż ja. Jest jeszcze sporo do zrobienia, ale mogę odhaczyć kolejny sukces. I mama i tata zaczęli "czuć" ideę Spotify.

Zaczęło się stosunkowo niewinnie. Przed Dniem Ojca znowu główkowałem, co by tu kupić tacie z okazji tego święta. W kontekście prezentów ryzykantem nie jestem, więc podpytałem tatę, czy czegoś potrzebuje. Właściwie, to nie pomógł mi w ogóle, bo powiedział mi tylko, żebym znalazł „coś mądrego, rozwijającego”. Od razu do głowy wpadła mi książka. Tak też się stało, po drodze wstąpiłem do galerii, zaliczyłem Empik i wyłuskałem z półek coś, co trafi w tatusiowy gust. Ale przy okazji przypomniałem sobie, że tata bardzo uruchamia się, jak w radiu leci sobie Queen. Zajrzałem jeszcze na półki z muzyką zagraniczną i po chwili wyszedłem z kompletem ze sklepu.

Z racji tego, że mam stosunkowo blisko do domu rodzinnego, wpadam tam dosyć często. Wcale nie po słoiki, lecz po to, żeby podładować baterie i spędzić miło czas. Złożyło się przy okazji, że w domu pojawiła się również moja mama (przyjeżdża 2 razy do roku), więc kroiło się większe święto. Zabrałem tatę do jego samochodu, włożyłem kupioną płytę i uwierzcie mi – zobaczyć taką minę swojego ojca to jeden z piękniejszych momentów w życiu. Odmłodniał, pośpiewał, oparł się w fotelu i po prostu słuchał. Podziękował, zbił pionę. Książkę natomiast czyta do snu. Cholera, taki ucieszony nie był chyba od czasów, kiedy zdałem maturę.

vinyl i gramofon

Wieczorna impreza – i nagle wpadłem na szatański plan

Jak wspomniałem wyżej – kroiło się grubsze święto. Przyjechała też moja kochana siostra z dzieciakami, zabrałem ze sobą swoją technologiczną dziewczynę (tak, chwalę się i wcale jej imię nie kończy się na .jpg), a ona postanowiła, że bierzemy ze sobą wspólnego Google Home’a, którego dostała na I/O. Bo ładnie gra, a tak w ogóle, to lubimy pokazywać rodzicom takie rzeczy.

Jako, że głośniczek gra naprawdę ładnie, to uznałem, że będzie robił nam za wodzireja wraz ze Spotify. Rodziców zaś nie chciałem bombardować z pomocą Daft Punk, Gorillaz i reszty obecnie granej u mnie świty, więc stworzyłem ustawioną pod nich playlistę. Do zestawienia weszli Queen, Toto, Boney M, Earth Wind and Fire, Michael Jackson, Depeche Mode, Pink Floyd i jeszcze inni. Zasiedliśmy do stołu, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, pograliśmy w karty i oczywiście – słuchaliśmy muzyki. Ani tata ani mama nie mówili, że za głośno, to jest niedobre, a może coś innego włączyć. Najzwyczajniej w świecie dobrze się bawili – jeszcze trochę, a zaczęliby tańczyć.

Synku, a skąd masz tyle fajnej muzyki?

W sumie, to spodziewałem się tego pytania. Właśnie po to pokazałem rodziców i głośnik i zaangażowałem do tego Spotify. W moim domu jest tak – mama polega głównie na YouTube, a tata woli wydania płytowe. Odpowiedziałem im rzecz jasna, że to jest Spotify, że jest fajne i niedrogie. I że korzystam z tego codziennie, bo jest bardzo wygodne, nie muszę trzymać wszystkiego na żadnym urządzeniu i ulubioną muzykę mam zawsze „ze sobą”, tylko, że w chmurze.

Ale takie argumenty do moich rodziców nie przemówiły. Oni chcieli mieć właśnie te piosenki zawsze ze sobą – w telefonie, w komputerze – gdziekolwiek tylko chcą. Słusznie uznałem, że skoro logiczne przesłanki za uwolnieniem się od niedoskonałego pod tym względem YouTube’a, należy zaatakować sentymentem. I udało się – zainteresowałem rodziców streamingiem. Ciekawe, jak pójdzie mi z serwisami VOD…