Mobile

Smartfony Blackberry powrócą, ale czy próby wskrzeszenia umarłych mają jakiś sens?

KK
Krzysztof Kurdyła
21

Blackberry to nazwa, która w przeszłości znaczyła na smartfonowym rynku więcej niż dziś Apple i Samsung razem wzięci. Mowa jednak o smartfonach pierwszej generacji, którym Apple debiutem iPhona zbudowało nagobek. Blackberry przespało moment na włączenie się do walki, świetny Blackberry OS 10 pojawił się na rynku zbyt późno i w czasie, gdy renoma firmy mocno podupadła, choćby przez wypuszczenie koszmarków w stylu Storma. Markę próbowano bezskutecznie ratować przy pomocy Androida, później próbowali wskrzesić ją Chińczycy od TCL. Nie z tego nie wyszło. Teraz kolejną próbę podejmuje Onward Mobility, ale... czy takie podpieranie się upadłymi markami ma w ogóle sens?

Frontem do klienta

To co nowemu licencjobiorcy marki Blackberry trzeba przyznać, to że stara się zmobilizować stary „elektorat” Blackberry do włączenia się w prace nad nowym smartfonem / smartfonami. Stworzono stronę, na której zainteresowani mogą się zarejestrować i dzięki temu otrzymają nie tylko informację o postępach projektu, ale także będą mogli wpłynąć na jego ostateczny kształt. Tak przynajmniej zarzekają się twórcy nowego otwarcia dla tej marki.

Co niepokoi?

Warto jednak zauważyć, że o ile Onward Mobility zamierza poraz kolejny wskrzeszać ducha Blackberry z fizyczną klawiaturą, to samo nie ma doświadczenia w zakresie projektowania smartfonów, a do tego podąża ścieżką, którą przerobiło już znacznie większe TCL. Chińczycy na pomyśle polegającym tylko i wyłącznie na graniu nostalgią poległo. Na dziś, jedyną wartością dodaną od marketingowej strony przez nowych dzierżawców marki, jest próba połączenia marki Blackberry z technologią 5G.

Patrząc na to wszystko, człowiek dochodzi do wniosku, że projekt smartfona zostanie wykonany przez jakiegoś chińskiego producenta, a Onward skupi się na projekcie obudowy, stworzeniu nakładki na Androida i marketingu. Nie widać tu pomysłu na zrobienie czegokolwiek więcej, niż u TCL, wręcz przeciwnie. W dzisiejszych czasach taki pomysł raczej nie ma prawa wypalić, chyba że firma celuje w zagospodarowaniem małej niszy i na takim założeniu przygotowała biznesplan.

Czy to ma sens?

Blackberry, Nokia, Palm - upadłe marki powracają na rynek co jakiś czas, ale czy siła tych nazw jest faktycznie tak duża, żeby miało to jakikolwiek sens? Moim zdaniem nie bardzo, a wydaje się wręcz, że przecenianie ich siły marketingowej przez nowych właścicieli jest wręcz dla tych biznesów szkodliwe.

TCL miało zdecydowanie zbyt optymistyczne zapatrywania na siłę nazwy Blackberry. Także w kontekście marki Palm założyli różowe okulary, sądząc że znana kiedyś marka zdoła sprzedać masowo ich bardzo dziwaczny pomysł. Jeszcze gorzej wiedzie się właścicielom praw do marki Nokia, którym wydawało się chyba, że sama nazwa przykryje problem braku całościowej koncepcji  na kształt tego mobilnego biznesu.

Marka nie uniesie wszystkiego

Sukces dzisiejszych potentatów jest wypadkową wielu czynników, dla każdej z marek trochę innych. Apple wciąga spójnym ekosystemem i walką o prywatność, Samsung zyskuje tym, że jakieś jego urządzenia mamy w domach i stosunkowo prosto im zaufać w kwestii smartfonów. Do tego jakieś zręby firmowego ekosystemu jednak są całkiem solidne. Chińskie firmy z kolei dają nam może trochę bardziej chaotyczny ekosystem, ale nadrabiają świetnym stosunkiem jakości do ceny.

Tymczasem właściciele / dzierżawcy znanych, ale upadłych marek liczą chyba, że te dadzą im duże zyski, bez specjalnego wysiłku z ich strony. Onward Mobility nie zrobiło na razie nic, żeby pokazać, że mają jakiś inny pomysł poza przyklejeniem loga i wbudowaniem fizycznej klawiatury dla kilku sentymentalnie nastawionych użytkowników. Żeby odnieść prawdziwy sukces, będą musieli nas zaskoczyć czymś więcej. Czego im z całego serca życzę, ale w co w ogóle nie wierzę...

Źródło: [1], [2], [3]

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: