21

Trzy nowoczesne żarówki i jeden głośnik – o tym jak „sodówa uderzyła mi do głowy”

Połączone z siecią i sterowane aplikacją żarówki stają się coraz popularniejsze, ale trudno mówi tu o prawdziwym rynku masowym. Gdy połączymy to z kwestią posiadania inteligentnego głośnika, sytuacja staje się jeszcze ciekawsza - takich użytkowników jest w Polsce zapewne garstka. Czy w ogóle warto się takim zestawem zainteresować?

Słucham? TP-Link produkuje żarówki?

Zestaw, który testuję od dłuższego czasu to trzy żarówki firmy TP-Link. Zgadza się – to ta sama marka, którą kojarzycie przede wszystkim z routerami, a od pewnego czasu ze smartfonami z linii Neffos. Dostępne w ofercie cztery modele żarówek smart różnią się na pierwszy rzut oka tylko inną barwą paska na oprawce. Nie jest to przypadkowe działanie, bo dzięki temu błyskawicznie odróżnimy konkretne wersje żarówek, które mają co innego do zaoferowania i można je nabyć w innych cenach. Trzeba przyznać, że propozycja TP-Linka nie jest przekombinowana, bo najniższym modelem jest LB100, która oprócz łączności z siecią Wi-Fi i współpracą z aplikacjami, pozwala regulować natężenie światła. I to by było na tyle.

Opis modelu LB110 deklaruje współpracę z asystentami głosowymi oraz opcję monitorowania zużycia energii. LB120 to przede wszystkim zmienne światło białe – podobnie jak w ekranach większości nowych smartfonów, tutaj również możemy zdecydować o barwie światła, wybierając pomiędzy „zimną”, a „ciemną”. W opisach znajdziecie też wspomnienie o funkcjach planowania włączania i wyłączania światła, zdalnej kontroli (poza siecią Wi-Fi) oraz kompatybilność z Asystentką Alexa od Amazonu, choć głównym centrum dowodzenia będą aplikacje Kasa od TP-Link. To tyle teorii.

 

Po rozpakowaniu żarówek pozostaje nam jedynie wkręcić je w żądane miejsce – lampkę, żyrandol, gdziekolwiek. Od razu rozświetlą pomieszczenie przy domyślnych ustawieniach, a następnym krokiem jest naturalnie połączenie ich z siecią Wi-Fi w naszym domu. Do tego potrzebna będzie aplikacja Kasa Smart do pobrania z Google Play i App Store. Po założeniu konta, które pozwoli zapisać wszystkie ustawienia na później, dodajemy kolejne żarówki do naszego ekosystemu – z tym procesem poradzi sobie dosłownie każdy, jesteśmy prowadzeni jak za rękę, tu nie ma miejsca na niepowodzenie. Gdy już to zrobimy, zauważymy, że oprócz zakładki z urządzeniami, aplikacja oferuje nam wiele, wiele więcej. Druga z nich odnosi się do kamer (nas nie dotyczy), trzeba do scen (wrócimy), smart akcji (bez odpowiedniego routera nic nie zdziałamy) i aktywności (przy żarówkach na niewiele się zda). Zgadza się – interesują nas więc tylko dwie.

Aplikacja Kasa dla urządzeń TP-Link – nie wiem skąd ta nazwa, ale działa

Z poziomu „urządzeń” możemy nimi nie tylko zarządzać, ale także zmieniać włączać i personalizować ich działanie.  Włączenie i wyłączenie odbywa się oczywiście poprzez tapnięcie w przycisk po prawej stronie, natomiast gdy dotkniemy nazwy, przejdziemy do ustawień danej żarówki. To, co znajdziemy w środku zależy oczywiście od modelu urządzenia. Na biurku znajduje się tradycyjna lampka z najniższym modelem żarówki, dlatego regulować mogę tylko poziom natężenia światła. Ale umieszczona „nad głową” lampka nad kanapą to model LB120, która pozwala na regulację poziomu barwy niebieskiej – decyzja była bowiem prosta, bo właśnie tutaj zdarza mi się czytać te zwykłe, tradycyjne, papierowe książki i nie chciałbym mieć do czynienia z oświetleniem przypominającym świetlówki ze szpitalnych korytarzy. Możliwość dostosowania według własnych potrzeb obydwu poziomów (natężenia światła i barwy), to niezwykle wygodna i praktyczna rzecz – trudno ją docenić, uprzednio jej nie próbując, ale gdy to zrobicie, trudno z niej zrezygnować.

Jeśli dokładnie przyjrzeliście się zrzutom ekranu z aplikacji, to na pewno zauważyliście, że dwie żarówki, których używam, to nie wszystkie urządzenia TP-Link w moim domu. Faktycznie, codziennie służy mi także smart gniazdko HS110. Niemal wszystko, co tyczy się żarówek, znajduje zastosowanie i tutaj: zdalny dostęp, ustawianie harmonogramu i obsługa głosowa. Problemy? Żadnych i jestem całkowicie poważny. Ani razu nie zdarzyło się, by gniazdko nie reagowało na polecenia. Podobnie żarówki. Ale chyba nie sądzicie, że za każdym razem, gdy chcę włączyć światło, to sięgam po telefon, odblokowuję go, włączam aplikację i klikam, gdzie trzeba? Co to, to nie – postawiłem na Google Home i Asystenta Google.

Wszędzie Alexa. A ja używam Asystenta Google

Choć TP-Link w swoich materiałach ewidentnie wskazuje Amazon Alexa, jako asystenta kompatybilnego z ich produktami, to Asystent Google też dogaduje się z nimi całkiem nieźle. Pierwsza konfiguracja może nie należy do najprzyjemniejszych czynności, ale później jest już z górki. Po zintegrowaniu konta Kasa z Asystentem Google, uzyskujemy dostęp do wszystkich podłączonych do sieci urządzeń. Warto jednak nadmienić, że każdorazowa zmiana nazwy, usunięcie lub dodanie nowego urządzenia wymaga ponownego parowania kont Google i Kasa – to może trochę zirytować, ale przecież nie dzieje się to tak często, bym miał tu tylko narzekać.

Zobacz też: Asystent Google oficjalnie w Polsce

Tym bardziej, że integracja tego typu urządzeń z Asystentem Google wypada coraz lepiej. Oprócz włączania i wyłączania pojedynczych żarówek, Asystent radzi sobie ze scenami, które zdefiniujemy w aplikacji Kasa (tak, trzeba to zrobić przed połączeniem kont). Można więc wskazać parę żarówek, ustawić żądany poziom jasności i barwę, a po haśle „activate Evening”, gdzie to drugie słowo jest nazwą sceny, wszystkie żądane parametry będą od razu ustawione. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zmieniać poziom jasności oddzielnie dla każdej z żarówek (podajemy wartość procentową). Co więcej, w aplikacji Home od Google zaimplementowano część ustawień dotyczących wielu urządzeń, więc jeśli posiadamy sprzęt różnych marek, to w ramach jednej apki można nimi zarządzać. Super sprawa.

A jak to wygląda w zwykłej codzienności? Bez ingerencji w instalację elektryczną będziemy zdani jedynie na aplikację oraz ewentualnie asystenta głosowego, jeśli chodzi o zarządzanie oświetleniem. Wszystko dlatego, że zasilanie musi być dla nich zawsze włączone. W zamian otrzymałem jednak szansę na wcześniejsze włączenie świateł (przed wejściem do domu), wyłączenie zdalne lampki z drugiego pomieszczenia lub bez ruszania się z fotela, łóżka, kanapy, a regulacja natężeniem światła i barwą powoduje, że można stworzyć sobie idealne warunki do pracy, czytania, oglądania filmów czy innych form relaksu.

Koszt zakupu żarówek to ponad 100 zł za sztukę – nie jest to tania inwestycja, ale każda z nich ma nam służyć nawet do 20 lat. Co więcej, TP-Link zapewnia, że energooszczędność żarówek doprowadzi do pewnych oszczędności finansowych, o czym nawet mielibyśmy przekonać się w aplikacji, gdzie do dyspozycji są dane dotyczące średniego użycia (czas, energia). Nie odnotowałem znaczących skoków w kwotach na rachunku za energię, dlatego mogę być pewien jednego – nie płacę więcej.

Zobacz teżKulisy i historia polskiego Asystenta Google

A zrezygnować dziś z takiego komfortu byłoby mi bardzo trudno. Wciąż część oświetlenia działa po staremu, więc to nie tak, że odwykłem od tradycyjnych włączników. Połączenie obydwu rozwiązań uznałem za najrozsądniejsze i taki pomysł sprawdza się znakomicie. Wtyczka, która pozwala uczynić smart każdy inny sprzęt (do pewnego stopnia) to też użyteczne rozwiązanie, choć trzeba mieć na to jakiś pomysł, by maksymalnie wykorzystać możliwości gadżetu. Czuję, że jeszcze tego nie zrobiłem – podłączyłem do niej lampkę z mniejszym gwintem, gdzie nie zmieszczą się żarówki TP-Link, co jest prawdę mówiąc moim jedynym zarzutem wobec nich.

Podobno „sodówa uderzyła mi do głowy”, bo nie wydaję na klasyczne żarówki, wygodnie steruje oświetleniem głosem i upewniam się, że nie zostawiłem go włączonego po wyjściu z domu. Ale hej, wiecie, że Wy też możecie?