Recenzja

Shin Megami Tensei V - recenzja. Mroczny i wciągający RPG

Kamil Świtalski
0

Shin Megami Tensei to seria, której początki sięgają końcówki lat 80. ubiegłego stulecia. Mroczna, wymagająca, doskonała - tak bym określił właściwie lwią część gier z cyklu. W Polsce gracze kojarzą SMT przede wszystkim dzięki kolorowej Personie (chociaż kolorowa to ona jest od trzeciej wzwyż). I je...

Shin Megami Tensei to seria, której początki sięgają końcówki lat 80. ubiegłego stulecia. Mroczna, wymagająca, doskonała - tak bym określił właściwie lwią część gier z cyklu. W Polsce gracze kojarzą SMT przede wszystkim dzięki kolorowej Personie (chociaż kolorowa to ona jest od trzeciej wzwyż). I jeżeli to właśnie te gry są dla was zachętą by uruchomić Shin Megami Tensei V, poważnie bym się zastanowił nad wyborem. Jeżeli jednak wiecie z czym to się je, wiecie że będzie mrocznie, wiecie że czeka was grind i miejscami koszmarnie wymagające pojedynki — a poza tym macie ochotę na taką zabawę — to ze świecą szukać lepszego RPG. Serio.

Jak to się wszystko zaczyna...

Jak to w wielu japońskich opowieściach bywa, Shin Megami Tensei to opowieść w której wcielamy się w najzwyklejszego everymana. Cichego ucznia, który wybiera się ze szkoły do domu. Jego podróż zbiega się z komunikatem o niebezpieczeństwie i poradzie, by trzymać się w grupach. Kiedy dołączamy do jednej z nich i przemieszczamy się w stronę metra, docieramy do miejsca tajemniczego incydentu. Odgrodzone od tłumu gapiów miejsce jest jednak niezwykle kuszące, a kiedy się do niego zbliżamy... tajemnicza siła przenosi nas do innego świata. Netherworld to miejsce kipiące od niebezpieczeństw — pełne krwiożerczych demonów, zaś topografia miasta mimo że identyczna jak Tokio w którym przed chwilą byliśmy, nijak ma się do miejsca w którym znajdowaliśmy się kilka sekund wcześniej. Ruiny, zgliszcza, jak po katakliźmie.

Co to za miejsce i dlaczego tam trafiliśmy? Tego wam już nie zdradzę - to tajemnica, którą musicie rozwikłać samodzielnie chwytając Nintendo Switcha i ruszając do zabawy!

Turowe RPG, które potrafi dać w kość

Shin Megami Tensei od kiedy pamiętam było po prostu (aż) turowym RPG, w którym graczowi przyjdzie błądzić po mniej lub bardziej zawiłych korytarzach. Napotykani na naszej drodze wrogowie zasadniczo będą chcieli z nami walczyć, ale... nic nie stoi na przeszkodzie, by zachęcać ich aby zasilili szeregi naszej ekipy. Możemy przekupić ich słowem, walką lub dobrami materialnymi. A kiedy już zbierzemy ich odpowiednio dużo (i miejsce na kolejnych kompanów nam się skończy) - warto skorzystać z fuzji, by tworzyć jeszcze silniejsze demony, które pomogą nas w walce. Poza umiejętnościami demonów, nasz bohater także będzie stopniowo uczył się nowych sztuczek, które odblokowywane będą wraz z progresem.

Brniemy przed siebie lochami, zniszczonym Tokio i innymi zakamarkami Netherworld, pokonujemy kolejnych wrogów i tak toczy się zabawa. I to przez solidnych 40-50 godzin (a ci, którzy chcą poznać każdy zakamarek i odkryć wszystkie sekrety gry muszą doliczyć nawet drugie tyle). Co zatem sprawia że jest to tytuł taki wyjątkowy i automatycznie wskoczył na listę moich ulubionych gier tego roku?

Poziom trudności - bo samo chodzenie przed siebie i wybieranie podstawowych ataków nie wystarczy. Trzeba pogłówkować, znaleźć odpowiednią taktykę. Prawda jest taka, że w kość potrafią dać nie tylko bossowie, ale zdarzyło mi się też przez drobną nieuwagę zginąć z rąk przypadkowego randoma. Taki już styl tej zabawy. Ale jeżeli chcielibyście po prostu poznać tamtejszą historię i nie napocić się podczas zabawy, to zawsze czeka na was najniższy poziom trudności, który wybacza znacznie więcej.

Klimat który czaruje od pierwszych chwil

Uwielbiam serię Shin Megami Tensei za całokształt, ale klimat jest tym, co najczęściej nie pozwala mi się od tych gier oderwać. Muzyka która zostaje ze mną długo po skończeniu przygody, a także budowa świata i charakterystyczny design składają się na fantastyczną całość.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że SMT V nie jest grą dla każdego i jest dość odmienna od lwiej części mainstreamowych japońskich RPG, które święcą triumfy na Zachodzie. Dlatego lojalnie ostrzegam.

Ostrzegam też przed technicznymi niedoskonałościami. Nintendo Switch nie jest konsolą idealną — i niedobór mocy jest tam z każdym rokiem coraz bardziej widoczny. SMT V jest tytułem na wyłączność hybrydowej konsolki japońskiego koncernu, tak. Ale jeżeli liczyliście że zapewni mu to perfekcyjną optymalizację, to niestety - nic z tych rzeczy. Gubi klatki, wygląda... jak wygląda. I jeżeli mam być szczery, to właśnie techniczne aspekty są absolutnie najgorszym elementem tej przygody. Czy na tyle by odepchnęły fana? Nie.

Czy na tyle że mają prawo się nie podobać? Jak najbardziej.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: