0

To jeden z lepszych seriali o zjawiskach paranormalnych, jaki ostatnio widziałem

Według większości ocen usłudze Apple TV brakuje silnych tytułów. Nie podzielam tej opinii z dwóch powodów i najnowszym z nich jest serial "Servant". Takie podejście do dramatu i zjawisk paranormalnych mnie po prostu zachwyciło.

„Servant” jest jednym z seriali, które nie trafiły na Apple TV+ w pierwszej fali, lecz ukazał się kilka tygodni po uruchomieniu usługi. Dystrybucja produkcji odbywa się na tych samych zasadach – na początek dostaliśmy trzy odcinki, a każdy kolejny będzie ukazywał się co tydzień. Taka forma oglądania wcale mi nie przeszkadza, bo podobnie jak w przypadku „The Morning Show”, jeszcze bardziej angażuję się w seans każdego z epizodów, a później mam czas na przetrawienie, tego co zobaczyłem i jeszcze większą ochotą zasiadam do oglądania następnych odcinków. A podczas oglądania oglądania „Servant” warto pozostać skupionym.

„Servant” ma niesamowity klimat

]

Serial opowiada o rodzinie, do której domu wprowadza się niania. Młoda dziewczyna wydaje się być dobrym wyborem do opieki nowo narodzonego dziecka, ale od samego początku można poczuć, że coś jest z nią nie tak. Jest zbyt cicha, grzeczna i spokojna. Szybko orientujemy się też, że nie mamy do czynienia z typową rodziną – państwo Turnerowie przeżyli prawdziwą tragedię tracąc dziecko po zaledwie 13 tygodniach od urodzenia.

Nie wiemy, jak do tego doszło, ale terapia, mająca przywrócić balans w ich życiu, a w szczególności Dorothy Turner (Lauren Ambrose), polega na zastąpieniu niemowlaka lalką. Sean Turner (Toby Kebbell) zdaje się lepiej znosić to, co ich spotkało, ale prawdziwe wyzwania dopiero przed nim. Pracująca w domu Turnerów niania  Leanne Grayson (Nell Tiger Free) ewidentnie skrywa jakieś tajemnice. Dostrzega to tylko Sean, który tworząc przepisy na dania dla restauracji oraz organizując cateringi pracuje w domu. Dorothy będąca reporterką lokalnego kanału ósmego nie zauważa zmian i niepokojących zdarzeń, dlatego mąż zwraca się o pomoc do jej brata Juliana (Rupert Grint).

Wybaczcie te enigmatyczne opisy, ale nie chcę zbyt dużo zdradzać na temat fabuły „Servant”, ponieważ wraz ze sposobem nakręcenia serialu, są to dwa najsilniejsze atuty tej produkcji. Nietypowe ujęcia, naprawdę świetnie wykadrowane sceny i zgrabny montaż powodują, że serial ogląda się niczym będąc zahipnotyzowanym. Nie doświadczymy tu dynamicznej akcji, ta toczy się raczej dość powoli, ale atmosfera i klimat jakie udało się wykreować M. Night Shyamalanowi (reżyser „Szóstego zmysłu”, „Split” i „Glass” ) sprawiają, że cały czas ma się ochotę na więcej. Kamera prawie nigdy nie opuszcza domu. Co więcej, bardzo często oglądamy całą sekwencję wydarzeń z jednej kamery, ponieważ podczas wielu scen ujęcia opierają się tylko na jej dynamicznych ruchach. To powoduje, że można odnieść wrażenie, jakbyśmy znajdowali się wewnątrz serialu i próbowali samodzielnie skupić wzrok na najistotniejszych rzeczach.

„Servant” to (na razie) najlepszy serial na Apple TV+

Każdy z odcinków trwa około 30 minut, co jest odpowiednią wartością przy tej produkcji. Gdyby wyglądałoby to inaczej, powiedzmy 45 lub 60 minut na odcinek, prawdopodobnie taka długość sprawiałaby, że przerywalibyśmy oglądanie i wracali do seansu w późniejszym czasie. A takie wybijanie z rytmu szkodziłoby atmosferze, jaką potrafią wygenerować odcinki. Jeśli miałbym wskazać najlepszy z seriali, które do tej pory ukazały się na Apple TV+, to wybrałbym właśnie „Servant”. „The Morning Show” czy „For All Mankind” mogą być bliższe mojemu sercu, ale nie są to produkcje skierowane do szerszego grona odbiorców. W przypadku „Servant” jest inaczej, bo poruszana tematyka nie jest tak specjalistyczna.

Jeśli planujecie obejrzeć cokolwiek na Apple TV+, to w pierwszej kolejności włączcie „Servant”. Nie powinniście się zawieść.