26

Secret Service wraca do gry i cierpi na te same problemy co reszta prasy komputerowej

Powrót Secret Service do kiosków to bez wątpienia duże wydarzenie dla branży gier w Polsce. Przez minione miesiące byliśmy świadkami ciekawego zjawiska. Fani podzielili się na kilka grup – część z uporem maniaka wieszczyła projektowi spektakularną klapę i krytykowała każdą nowość ogłoszoną przez twórców. Pozostali ostrożnie wygłaszali poglądy i czekali na debiut. Była też grupa tryskających huraoptymizmem. […]

Powrót Secret Service do kiosków to bez wątpienia duże wydarzenie dla branży gier w Polsce. Przez minione miesiące byliśmy świadkami ciekawego zjawiska. Fani podzielili się na kilka grup – część z uporem maniaka wieszczyła projektowi spektakularną klapę i krytykowała każdą nowość ogłoszoną przez twórców. Pozostali ostrożnie wygłaszali poglądy i czekali na debiut. Była też grupa tryskających huraoptymizmem. W końcu kultowy SS się pojawił. Jakie pierwsze wrażenie na mnie wywarł?

Starego SS pamiętam jak przez mgłę. Byłem wtedy jeszcze szczylem i dopiero uczyłem się czytać. Pierwsze numery, jakie w latach ’90 trafiły w moje dłonie były datowane na 2-3 lata wstecz. A mimo to zaczytywałem się w nich z zapartym tchem równie intensywnie co w komiksach ze Spider-Manem wydawanych wówczas przez TM-Semic. Z tamtego okresu pamiętam niewiele, ale SS zawsze kojarzył mi się ze świetnymi recenzjami, przyjemnymi tekstami i luźną formą. Sentymentu, który wówczas się narodził nie były w stanie przyćmić potem dziesiątki innych magazynów, na które przeznaczałem praktycznie całe kieszonkowe: CDA, Click!, Gamestar, Komputer Świat: Gry, Reset, Świat Gier Komputerowych i wiele, wiele innych. Gdyby zsumować dziś wartość pudeł, które trzymam na strychu, wyszedłby pewnie solidny gamingowy pecet.

Nie przez sentyment chcę jednak oceniać SS, a bardziej skupić się na szansach, które ten tytuł ma na naszym rynku prasy. Rynku trudnym, bo tak naprawdę zdominowanym przez CD Action. Rynku, który z roku na rok notuje coraz gorsze wyniki. W końcu rynku, na którym magazyn za 14,50 zł bez dołączanej płyty może wywoływać jedynie pobłażliwy uśmiech. Taki też jest wydźwięk większości komentarzy w sieci. W porównaniu o 1,50 zł droższym CDA, które ma ponad 30 stron więcej i dwie DVD z pełnymi wersjami gier wygląda to zwyczajnie słabo. I tutaj pojawia się pierwszy problem nowego SS, bo o ile dla fanów marki (w przeważającej mierze należących do grupy 30+) taka kwota nie będzie zbyt dużą przeszkodą, to nowego czytelnika odrzuci z marszu. Czy aby magazyn o takiej tematyce nie powinien mieć czegoś do zaoferowania również dla młodszych odbiorców?

DSC_9364

Pierwszy nakład jest imponujący – 50 tys. egzemplarzy robi niemałe wrażenie. Wystarczy, że sprzeda się połowa, a będziemy mogli mówić już o pewnym sukcesie. A jest duża szansa na to, że taki wynik uda się uzyskać, bo tytuł wywołał sporą burzę w mediach i ogromna liczba osób powędruje do kiosków chociażby z ciekawości. I właśnie z tego względu pierwszy numer powinien być wyjątkowy – wykonany tak, aby potencjalny czytelnik już po przekartkowaniu powinien wiedzieć, że za dwa miesiące znów pójdzie do kiosku i znów wyłoży te 14,50 zł mając pewność, że warto. Niestety nie do końca udało się uzyskać taki efekt.

Pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne. Magazyn został wydany na solidnym (aczkolwiek nie kredowym lecz błyszczącym) papierze o przyzwoitej gramaturze. Gruba okładka i klejony grzbiet czynią pismo niepodatnym na trudy dnia codzienne. Możemy z powodzeniem taszczyć je tygodniami w plecaku i czytać po 15 minut każdego poranka w metrze i raczej nie odbije się to negatywnie na jego kondycji.

DSC_9363

Od strony graficznej jest przyzwoicie. Okładka nie oczarowała mnie jakoś szczególnie. Biała ramka wokół wygląda koszmarnie. O wiele fajniej wyglądałoby rozciągnięcie przestrzeni roboczej na całą powierzchnię. Typografia nagłówka nawiązuje do klasyk, choć jest pozbawiona charakterystycznej błyskawicy – to dobry krok, bo pozytywnie odbija się na przejrzystości. Niżej wkrada się już trochę chaosu i panuje za duży ścisk (udałoby się tego uniknąć, gdyby nie ta nieszczęsna ramka). Wyeksponowane na okładce nagłówki nie porywają jakoś szczególnie – no może nie licząc wizyty na ranczo George’a Lucasa. Zarówno „UFO Enemy Unknown” jak i „Sierra On-Line historia” nie budzą żadnych emocji, chyba że wśród fanów tych marek.

Wewnątrz od razu atakują nas reklamy. Twórcom udało się sprzedać powierzchnię w dwóch kluczowych miejscach – na tylnej okładce, gdzie znajdziemy fantastyczną grafikę TP-Linka (jestem naprawdę pełen uznania), a także na drugiej i trzeciej stronie, gdzie zagościł „Dragon Age: Inkwizycja”. Ogólnie reklam w treści jest dość sporo, co wbrew pozorom napawa dużym optymizmem, bo skoro reklamodawcy są zainteresowani tytułem to znaczy, że rosną jego szanse na przetrwanie. Na 100 stron aż 16 zostało przeznaczonych na ten cel.

DSC_9362

Skład jest bardzo klasyczny, a rzekłbym że nawet nawiązujący do lat ’90. Białe tło z czarną czcionką to połączenie najlepsze i najbardziej oczywiste. Oczywiście magazyn nie trzyma się go kurczowo i w niektórych miejscach znajdziemy całkowicie czarne lub żółte (znany i lubiany dział KGB) strony. To dobrze, bo przez to nie jest monotonnie. Wnętrze jest przesiąknięte ogromną ilością zdjęć i dotyczy to nie tylko relacji i reportaży, ale również recenzji. Często układa się je w fikuśne mozaiki, które można nazwać albo oldskulowymi albo przestarzałymi – jak kto woli. W celu utrzymania większego ładu na stronach, twórcy posiłkują się grubymi czarnymi pasami, które są kompletnie nietrafionym pomysłem. Myślę, że o wiele lepiej byłoby wykorzystać w tym celu grafiki, albo cienkie, subtelne ramki. Świetnie radzi sobie z tym darmowy Gamer chociażby.

Typografia jest prosta, a w webdesignie i składzie proste rozwiązania są najlepsze, bo są… proste. Na jednej stronie mieszczą się trzy szpalty tekstu (+ jakieś pomniejsze wstawki graficzne), dzięki czemu wersy są krótkie i magazyn czyta się wygodnie nawet w niesprzyjających warunkach. Nie jest to może jakieś mistrzostwo świata i osobiście, mając porównanie z Gamerem, którego regularnie czytam od samego początku, zdecydowanie wybieram tego drugiego. Niemniej jednak trudno na tym polu zarzucić nowemu SS cokolwiek poważnego. Jest po prostu przyzwoicie.

DSC_9366

Treść jeszcze przede mną, więc tego aspektu nie mogę ocenić w sposób rzetelny (jak wspomniałem na wstępie są to jedynie moje pierwsze wrażenia). Już na pierwszy rzut oka widać jednak, że SS cierpi na te same przypadłości co reszta prasy komputerowej – nieaktualność. Wystarczy spojrzeć na dział recenzji – jedynym tytułem na czasie jest The Vanishing of Ethan Carter. Pozostałe gry miały swoje premiery kilka miesięcy temu: Child of Light, Broken Age, Mercenary Kings. Są też produkcje, których recenzje nie miały prawa się tutaj pojawić: Brothers: A Tale of Two Sons i Broken Sword 5 to tytuły z roku 2013… Natomiast z drugiej strony mamy dwie recenzje z kategorii „Early Access”. Gdzie tu sens, gdzie logika? Brak jakiegokolwiek mocniejszego uderzenia, a przecież tych w minionych miesiącach było sporo – chociażby Destiny, które do dnia premiery wywoływało ogrom emocji.

Widać, że nowy SS publicystyką stoi i to będzie jego najmocniejszym punktem. Felietony, reportaże, przekroje i komentarze kuszą już samymi tytułami. Wiele z nich to wynurzenia na temat przeszłości i historii, ale pojawiają się też tematy związane luźno z grami komputerowymi i krążącymi wokół nauki, kultury, fandomu, papierowych RPG-ów, fantastyki itp. Mam nadzieję, że każdy kolejny numer będzie zawierał coraz większą liczbę treści odnoszących się do bieżących kwestii, bo tych póki co jest zdecydowanie za mało. Na samym sentymencie i oldschoolowych tytułach nie da się jechać zbyt długo.

Murowany sukces czy wielka klapa? Mam nadzieję, że nikt nie spodziewał się ode mnie konkretnej odpowiedzi, bo takiej nie otrzyma. Jest zdecydowanie za wcześnie. Nowy SS wygląda przyzwoicie – zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz. Jest jeszcze wiele do poprawy, ale wierzę, że na tym polu dział graficzny oraz odpowiadający za treść będą ewoluowali z numeru na numer. Tematycznie nowy SS sprawia wrażenie, jakby chciał nadrobić te minione kilkanaście lat na 100 stronach. Przez to widać sporo naleciałości z lat ’90. W pewnym momencie miałem wrażenie, jakbym przeglądał magazyn o grach retro, a nie pismo aspirujące do miana czołowego tytułu gamingowego nad Wisłą (bo tak jest, czyż nie?). Mam nadzieję, że tak nie będzie wyglądał każdy kolejny numer. Pierwszy krok został w każdym razie postawiony, a ja jestem gotowy dać twórcom szansę na drugi, trzeci i czwarty z nadzieją, że wykiełkuje z tego coś naprawdę fajnego. Może nie będzie to tytuł, który zatrzęsie rynkiem prasy, ale powinien trafić w pewną niszę stałych czytelników. Z drugiej strony prognozy te opieram głownie na naiwnej wierze, że w Polsce jest miejsce na wartościową publicystykę o grach na papierze, a to dość wątłe fundamenty.