138

Rowerzysta na polskich drogach

Rower, obok biegania, w tej chwili najpopularniejsza forma aktywności fizycznej. Jak jeździ się po polskim mieście? Praktykuję to regularnie, więc mam kilka spostrzeżeń.

Rowerzysta na polskiej ścieżce rowerowej

Warszawa daje ten komfort, że znajdziemy tu naprawdę dużo ścieżek rowerowych. Przy dobrym rozplanowaniu trasy mogę korzystać praktycznie tylko z nich, choć oczywiście nie zawsze da się wszędzie dojechać. Rower to jednak dla mnie przede wszystkim trening/czas spędzony poza domem, a nie codzienny środek transportu, więc w tym temacie nie narzekam. O jeżdżeniu po ścieżkach rowerowych w dużym mieście można napisać książkę i przynajmniej kilka z poniższych sytuacji przydarzyła się również Wam.

Przecinając ścieżką ulice trafiam oczywiście na kierowców, którzy doskonale wiedzą, że skręcając muszą zwrócić uwagę na rowerzystów, ale już wiele lat temu przestałem wychodzić z założenia, że ludzie podchodzą do tego tak samo jak ja siedząc za kierownicą auta. Nauczyłem się wręcz odruchowo mocno redukować prędkość kiedy dojeżdżam do przejazdów bez sygnalizacji świetlnej oraz wszystkich tych miejsc, gdzie zielona strzałka pozwala skręcić w prawo. Myślę, że więcej niż połowa spotykanych przeze mnie samochodów nie zwraca w ogóle uwagi na przejeżdżające rowery i przecina im drogę hamując tylko na tyle, by nie wypaść z zakrętu. Z kulturą podczas takich sytuacji bywa różnie – jedni przepraszają, inni pokazują środkowy palec, przestałem na to zwracać uwagę. Zatrzymuję się, przepuszczam, jadę dalej. Jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy wyrabiałem kartę rowerową, usłyszałem, że przy zderzeniu auta z rowerem zawsze bardziej poszkodowany będzie rowerzysta i zostało mi to w głowie. Myślę więc, że przy rozsądnym zachowaniu na rowerze podczas jazdy ścieżką rowerową, da się zredukować do minimum prawdopodobieństwo wpadnięcia pod samochód.

Czasami gorzej jest…z innymi rowerzystami. I tu niestety mam jedno spostrzeżenie – w większości przypadków lepiej jeżdżą rowerzyści na własnych jednośladach, dużo gorzej ludzie na rowerach z miejskiej wypożyczalni. Nie wiem od czego to zależy, ale właśnie tacy rowerzyści najczęściej jadą z nosem wlepionym w smartfona, zjeżdżają na drugą stronę ścieżki i przejeżdżają na czerwonym. Choć akurat w tym ostatnim przypadku mam wrażenie, że na warszawskich ścieżkach panuje totalna samowolka i światła nie obowiązują. Jeśli więc ktoś mówi, że przejeżdżanie aut na czerwonym to plaga, nie wiem jak nazwałby sytuacje ze ścieżek rowerowych. Dramatem?

Różnie bywa też z oświetleniem rowerów. Kiedy zapada zmrok zdarza mi się mijać rowerzystów bez jakichkolwiek świateł i nie ukrywam, że podnosi mi się wtedy tętno – szczególnie jeśli jeżdżą szybko. Nie do końca rozumiem czemu ktoś mając własny rower nie jest w stanie zainwestować nawet w najprostsze, delikatnie świecące lampki na przód i tył, ale niestety często spotykam takie osoby. Oczywiście działa to też w drugą stronę – są rowerzyści z takimi reflektorami, że po ich minięciu mam mroczki przed oczami przez kolejną minutę. W przypadku warszawskich ścieżek rowerowych wystarczy, moim zdaniem, zaakcentować swoją widoczność, przy miejskim oświetleniu naprawdę nie ma potrzeby uruchamiania najmocniejszych latarek, które w warunkach leśnych pozwalają poczuć się jak w dzień.

Osobnym tematem są piesi na ścieżkach rowerowych. W weekendy to istna plaga i często kompletnie nie rozumiem dlaczego ktoś mając obok chodnik, pcha się pod koła roweru. Zdarzało mi się też gwałtownie hamować przed psami lub psimi smyczami rozciągniętymi na całą szerokość ścieżki rowerowej. Ale tu najlepiej sprawdza się klasyczne podejście kierowcy samochodu – oczy dookoła głowy i szybka analiza różnych scenariuszy. Dziecko prawdopodobnie wybiegnie na ścieżkę, a pieszy idący sobie nią w najlepsze wejdzie raczej pod koła niż zejdzie  na bok. Szkoda nerwów, lepiej zwolnić przyhamować, bezpiecznie ominąć niż później naklejać plastry na kolana i łokcie. Rower ma być dla mnie frajdą, a nie stresem.

Z jakością ścieżek bywa różnie, ale zauważyłem, że kiedy jest zauważalnie gorzej – miasto reaguje i remontuje trasę, choć trwa to czasem dziwnie długo. Wciąż jednak da się zauważyć nie tylko wyłączone z użytku fragmenty ścieżek, ale również trasy, które kończą się trawnikiem, choć mogłyby się ciągnąć jeszcze długo. Zdarza się, że spotykam urwane ścieżki, których bieg rozpoczyna się ponownie za kilkaset metrów i nie do końca rozumiem zamysł takiej konstrukcji trasy. Ścieżek pojawia się jednak w Warszawie coraz więcej i jestem z tego powodu bardzo zadowolony.

Rowerzysta na polskich ulicach

Planując miejskie wycieczki rowerowe po ścieżkach rowerowych praktycznie w ogóle nie zjeżdżam na warszawskie ulice. To nie jest przyjazne miejsce dla nikogo, tym bardziej staram się ich unikać będąc na rowerze. Metr odległości przy wyprzedzaniu przez auta (oraz rekomendowane 1,5 metra) to fikcja i wolę nie ryzykować. Wychodzę też z założenia, że rowerzysta na trzypasmowej miejskiej ulicy to średni pomysł, więc się tam nie pcham. Również dlatego, że jako kierowca widzę zamieszanie, sznur samochodów za rowerem i niebezpieczne manewry. A najbardziej wkurzają mnie nieśmiertelni kaskaderzy, którzy prześlizgują się między autami, a później nie zwracając uwagi na światła, jadą dalej. I ja rozumiem, że nie każdy pamięta swój kurs i egzamin na prawo jazdy, ale rowerzysta do jazdy po ulicach potrzebuje wyłącznie dowodu osobistego, co – podobnie jak w przypadku małych skuterów – daje im jakąś niepisaną moc ignorowania przepisów ruchu drogowego. Zauważyłem też dość ciekawą rzecz. Jazda rowerem po warszawskich ulicach wymaga najwyraźniej niecodziennej odwagi i mocnego charakteru, bo właśnie tam widzę najbardziej nabuzowanych rowerzystów. To właśnie oni najczęściej odgrażają się kierowcom, choć wina leży często właśnie po ich stronie. To oni wskakują na chodnik by minąć sygnalizację świetlną i skręcają w lewo ze skrajnie prawego pasa. Mam wręcz wrażenie, że niektórym coś się pomyliło i uważają, że jadą kilkutonowym tirem, a nie rowerem. Niesamowite i przerażające jednocześnie.

Czy czuję się bezpiecznie jeżdżąc na rowerze?

Raczej tak, choć bardzo dużo zależy od konkretnego dnia tygodnia i godziny. Najbardziej lubię jeździć późnymi wieczorami kiedy ścieżki są już puste. Weekendy, szczególnie teraz, to dramat i sznur rowerów. A im więcej rowerzystów na ścieżce, tym dziwniejsze sytuacje – jazda obok siebie, wyprzedzanie na trzeciego, przeskakiwanie na chodnik, stawanie na środku ścieżki. Przyjemność z jazdy jest wtedy bardzo mała, a ścieżki wydają się za wąskie.

Im cieplejszy weekend, tym więcej na ścieżkach przeróżnych pojazdów. Hulajnogi elektryczne i inne tego typu pojazdy, rolkarze, deskorolkowcy – do wyboru, do koloru. Ostatnio minąłem nawet dziewczynę na butach z małymi kółkami. Możliwe, że coś mnie ominęło, ale w myśl przepisów polskiego prawa, po ścieżce rowerowej mogą poruszać się jedynie rowery – co też daje jasny sygnał, gdzie Polacy mają przepisy. Hitem bywają też dostawcy jedzenia na skuterach, którzy zmieniają trasy jak rękawiczki i potrafią mknąć ścieżką rowerową w najlepsze, a później przejechać trawnikiem na chodnik. Nie są to na szczęście zbyt częste sytuacje, ale sprawiają, że uczucie bezpieczeństwa nieco spada.

Nie wydaje mi się aby ostatni rok był najlepszym czasem na przyglądanie się sytuacji związanej z rowerami. Zamknięte siłownie i kluby fitness sprawiły, że zainteresowanie tymi pojazdami wzrosło. W kwietniu wymieniałem rower syna na większy model i zauważyłem, że sklepy świecą pustkami. W ostatni weekend mijałem okoliczny sklep rowerowy i widziałem kolejkę na kilkadziesiąt osób. Rowerzystów w polskich miastach jest teraz zdecydowanie więcej i mocno przekłada się to na komfort jazdy, między innymi dlatego upodobałem sobie późne godziny wieczorne, a w weekendy unikam najbardziej ruchliwych tras. Pewnie nie każdy się ze mną zgodzi, ale moim zdaniem Warszawa jest przyjazna rowerom i mam nadzieję, że ten trend będzie postępował. A do jazdy oczywiście zachęcam, bo to super sprawa.

grafika: 1, 2, 3