Technologie

Rower elektryczny może zirytować. Ta jedna rzecz jest najgorsza

JS
Jakub Szczęsny
50

Były już tony oklasków z mojej strony dla rowerów elektrycznych. Były wojenki w komentarzach, gdzie broniłem racji "elektryków", przy okazji zbierając cięgi od osób którym ta idea nie leży. Postanowiłem, że te nastroje należy rozbudzić raz jeszcze, bo przecież "związek" z takim urządzeniem wcale nie musi być zbiorem tylko dobrych doświadczeń. Okazuje się, że czasami człowiek wali facepalma i zastanawia się nad tym, czy warto było.

Ja tam sobie cenię to, że mogę wpaść do biura nie będąc zdyszanym jak zwierzę po pogoni za ofiarą. Pot nie leje mi się po plecach, nic mnie nie boli. Do biura dojeżdżam właśnie takim urządzeniem, w którym można jechać absolutnie bez pedałowania. Można też pedałować w trybie z "asystą". Można i bez asysty, ale daleko tak nie pojedziesz. Albo pojedziesz i wyplujesz kawałek drzewka oskrzelowego.

W moim przypadku to problem wynikający wprost z wagi roweru, która podchodzi pod 40 kilogramów. Zapytacie pewnie, co to w ogóle za potwór i dlaczego tyle waży. ADO A20F, który wygląda bardziej jak dzik pośród fatbike'ów: na bardzo szerokich oponach z głębokim bieżnikiem jest tragicznym wyborem, jeżeli chcesz pojechać gdziekolwiek bez napędu elektrycznego. Opory toczenia w takim ogumieniu są spore, a i waga roweru - nawet bez baterii - jest spora. Choć problemu z siłą w nogach nie mam, tak z układem oddechowym już tak. Opaska już po chwili będzie ostrzegać o zbliżaniu się do HRmax, od wewnątrz zaleje mnie śluz, oskrzela skurczą się i będę czuć nieprzyjemny metaliczny posmak wynikający z gwałtownego zwiększenia się ukrwienia w układzie oddechowym.

Kiedy miesiąc miodowy zamienia się w rutynę

Opowiadałem Wam o tym, jak doskonale jest jeździć rowerem elektrycznym ze zdjęć w zimie. Oczywiście lód szybko weryfikuje ludzi słabych z fizyki: brak trzeciego punktu podparcia spowoduje, że wybijecie sobie zęby. Ale już ubity śnieg (taki "do jeżdżenia po nim) to żadna przeszkoda dla tej dzikoświni na kołach. Tarczowe hamulce to polisa ubezpieczeniowa na wypadek awaryjnego hamowania. Ale i z drugiej strony - masa urządzenia powoduje, że te tradycyjne - rowerowe nie dałyby sobie rady. Głęboki bieżnik i przyjemna amortyzacja z kolei to możliwość zadziwienia kierowców: przejedź na pełnej prędkości po progu zwalniającym i pędź przed siebie. Albo zjedź sobie ze schodów skracając sobie drogę.

Fantastyczne wrażenia jednak musiały przemieszać się z pewnymi niedogodnościami. Ciężka bateria 10,4 Ah ze zintegrowaną stacyjką (baterię można sobie spokojnie wyciągnąć i podładować w mieszkaniu - a rower ląduje w piwnicy) jest super. Naprawdę. Tyle, że jej ładowanie już trochę trwa. Żeby z jazdy móc wyciągać zawsze jak najwięcej, to gdy wpadam do pracy, rower ląduje przy ładowarce. Wracam do domu, też ładowanie. I tak w kółko, nawet na niewielkich dystansach. A jak już jeżdżę dla siebie, po to żeby się trochę "zmachać" (co jest wykonalne), to zazwyczaj biorę ze sobą plecak i ładowarkę. Tak na wszelki wypadek. Daleko nie jeżdżę, wszystko odbywa się w ramach miejskiej infrastruktury.

"Wyzerowana" bateria będzie ładować się nawet 8 godzin. Czyli akurat tyle, ile zazwyczaj się pracuje. Albo tyle, ile się śpi. Więc dramatu nie ma. Jednak, kiedy będziesz chciał wyjechać gdzieś poza miasto i tam trafi Cię konieczność podłączenia roweru do ładowarki - po 4 godzinach w dalszym ciągu możesz mieć problemy z zasięgiem tego monstrum. Czas uzupełniania energii jest nieubłagany. Jeszcze nie nauczyłem się zakrzywiania czasoprzestrzeni, ale ciągle nad tym pracuję. Może kiedyś się uda.

Razu pewnego rower się rozładował w terenie

I pomyślałem sobie, że to czas dla bohatera. Postanowiłem być bohaterem na swoim rowerze i po chwili uznałem, że to wszystko jest o kant pośladków potłuc. Już po pierwszym kilometrze uznałem, że to nie jest warte mojego zachodu i dalej już rower tylko prowadziłem. No, nie da się. Oczywiście, są lżejsze rowery elektryczne, są nawet takie superlekkie, z niewiele ważących materiałów. Rozpuściłem wici wśród użytkowników rowerów i zdanie jest takie: rower elektryczny (taki standardowy) będzie ważyć więcej niż szosówka, a czasami i nawet więcej niż model MTB. Waga może oscylować w okolicach konstrukcji miejskiej, która zazwyczaj jest mniej przywiązana do jak najniższej masy zestawu. Taki rower w dalszym ciągu da się obsługiwać siłą własnych mięśni, ale dla niektórych i tak będzie to "takie średnie" doświadczenie.

Dla mnie rozładowana bateria oznacza właściwie koniec zabawy. Jako że dobrze żyję z ludźmi, to kiedyś udało mi się podładować baterię w Żabce. Akurat wypiłem kawę, pogawędziłem ze znajomą - kasjerką, kupiłem czekoladę którą zostawiłem w sklepie. Taki to ze mnie miły człowiek. Ale to nie tekst o moim życiu, a o rowerze. Wiecie, ta zabawka jest świetna - dopóki silnik elektryczny działa i Ci pomaga. Zabawa skończy się w momencie pełnego rozładowania baterii i nie ma przeproś. Nie jestem Louisem Armstrongiem na szprycy, by dać sobie radę z takim dzikiem.

Zasięg. Ten też jest kontrowersyjny i w ostatecznym rozrachunku - "taki sobie". Producent mówi, że na samym silniku elektrycznym przejdzie toto 40 kilometrów. A w trybie "wspomagania" już 80 km. Nie wiem, w jaki sposób było to liczone, ale jakieś 15 kilometrów przy użyciu jedynie silnika elektrycznego oraz 35 kilometrów w trybie wspomagania, to było maksimum moich możliwości. Może dlatego, że mam tyłek w wersji kombi i nadprogramowe kilogramy od siedzenia przy komputerze - no i też dlatego, że jestem leniwym egzemplarzem homo sapiens.

Na zwykłym rowerze, dajmy na to na szosówce - pojedziesz tak daleko, ile zdołasz. Przy okazji prawilnie się upocisz i spalisz przyjemną ilość kalorii. To też znam "z praktyki", bo był taki moment (już wtedy pisałem dla Was na AW) że dosiadałem codziennie szosówkę i robiłem 50-60 kilometrów bez większych problemów. Problemy bywały na drugi dzień, kiedy nawet przy koszeniu trawnika czułem, że wczoraj jeździłem rowerem. No i ból tyłka. Ale z tym ostatnim można sobie radzić - odpowiednie siodełko, wkładka do bokserek na rower i "rura"!

Tutaj zasadniczo ogranicza Cię zasięg. I nie ma przeproś. Chciałbym czasami zrobić więcej, ale się nie da. Stąd mój plan, żeby w okolicach lata, dorwać jakiś ciekawy rower szosowy BEZ NAPĘDU. Nie dlatego, że napęd jest zły. On został stworzony do nieco innych celów, które mają swoje ograniczenia. A ja ramy tychże przekroczyłem i okazało się, że nie zawsze niebo jest tak niebieskie jak się wydaje. Trawa też nie zawsze jest tak zielona, jak człowiek ją widzi. Wystarczy się trochę postarać.

To jeszcze nie ten czas. Nie wszystko jest do wszystkiego

Dzisiaj trochę marudzę - także dlatego, że marudzenie lubicie. Wybaczcie mi, że nie zawsze w tym tekście zestawiam jabłka z jabłkami i gruszki z gruszkami. Tak być powinno, ale ze względu na mnogość wyborów, których możemy dokonywać jako konsumenci, powoduje że na pewne niuanse należy wskazywać - mimo oczywistych różnic między produktami. Rower elektryczny rowerowi elektrycznemu może być nierówny podobnie, jak zwykły rower i rower elektryczny. Spójrzcie na sprzęt ze zdjęć.

Życzę Wam miłego końca tygodnia, odpoczynku i dużo zdrowia - Drodzy Czytelnicy. Widzimy się (i czytamy) jutro!

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu