Filmy

To prawdziwa uczta dla każdego widza. Recenzja Spider-Man: Bez drogi do domu

KK
Konrad Kozłowski
0

Jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku podbije serca fanów - jestem co do tego przekonany. Seans "Spider-Man: Bez drogi do domu" daje ogrom frajdy, mnóstwo satysfakcji, wzrusza i cieszy. Czy to najlepszy film o Człowieku Pająku? Tu się z innymi nie zgodzę.

I wolę już na samym początku zaznaczyć, że choć koncept na tego rodzaju produkcję jest fenomenalny i niesamowicie gra na uczuciach widza, to gdy odłożymy wszystkie te zachwyty na bok, to okaże się, że całość bazuje na czymś, co stworzono wcześniej i popycha bardziej naprzód uniwersum wokół, niż sanego Spider-Mana Toma Hollanda. Ale to tak naprawdę jedyny poważny zarzut z mojej strony wobec "Spider-Man: Bez drogi do domu", bo w pozostałych aspektach film jest emocjonalnym rollercoasterem, co pokazuje, że osiągnięto zamierzone cele.

Recenzja Spider-Man: Bez drogi do domu

Fabuła "Spider-Man: Bez drogi do domu" rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie zostawiliśmy Petera Parkera ostatnim razem. Teraz jego tożsamość znamy nie tylko my i kilka osób z uniwersum, lecz również cały świat. Wszystko przez wysłaną w ostatniej chwili przed śmiercią wiadomość od Mysterio - wyjawił on kim naprawdę jest Spider-Man, a to błyskawicznie wpływa nie tylko na życie chłopaka. Jego przyjaciele i rodzina również muszą mierzyć się z tym, jak postrzegani są przez wszystkich dookoła, a społeczeństwo jest podzielone. Niektórzy uważają go za bohatera, inni domagają się, by był oskarżony i skazany za zabójstwo Mysterio. Świat staje na głowie dla Petera Parkera, przed którym ostatni rok nauki przed pójściem na studia. Nastolatek znalazł się więc w niezwykle trudnym położeniu, więc nic dziwnego, że jest skłonny sięgnąć po wyjątkowe środki, by wykaraskać się z kłopotów.

Powrót Zielonego Goblina, Electro, Doktora Octopusa i innych

Wybranie zaklęcia, za które będzie odpowiadać Doctor Strange wydaje się rozsądnym i właściwym wyjściem z tej sytuacji, ale schodki zaczynają się już na samym początku, bo wymazanie wszystkim pamięci zrodzi nowe wyzwania. Nie jest tajemnicą, że w efekcie działań Petera i Stephena (Benedict Cumberbatch) do ich wymiaru przedostają się złoczyńcy, których znamy z poprzednich odsłon przygód Człowieka Pająka. To cała plejada czarnych charakterów, począwszy od Zielonego Goblina, a na Electro kończąc. To naprawdę miłe widzieć ich ponownie, bo oczywiście wracają wspomnienia z seansów wszystkich trzech wcześniejszych filmów, a że udało się zaangażować tych samych aktorów, co lata wcześniej, to robi to ogromne wrażenie, za każdym razem, gdy odnoszą się do dotychczasowych wydarzeń. Doszło, naturalnie, do kilku zmian, bo Electro Jamiego Foxxa nie jest już cały niebieski, ale chyba nikt nie będzie miał tego za złe twórcom.

Byłem zaskoczony, jak szybko w "Spider-Man: Bez drogi do domu" zawiązuje się akcja. Wstęp, dotyczący rozterek Petera, zostaje daleko w tyle, gdy wsiadamy do pociągu multiwersum i wraz z bohaterami próbujemy zrozumieć, co się dokładnie dzieje. Zachowanie Parkera, który będzie dążył do jak najbardziej pokojowych rozwiązań i kompromisów, może być przez niektórych określane mianem niefrasobliwości, ale dalsza część filmu nadaje temu większej głębi i sensu. W "Spider-Man: Bez drogi do domu" naprawdę dużo się dzieje i odwrócenie wzroku choćby na chwilę, może nas sporo kosztować - nie poznamy ważnej informacji albo nie usłyszmy dobrego żartu, a tych nie brakuje.

Techniczny majstersztyk

Podobnie jak w przypadku poprzednich filmów Marvela oraz Sony, tak i tym razem całość stoi na bardzo wysokim poziomie technicznym, który momentami oszukuje widza. Oszukuje oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo niektórzy na pewno nie poznają się, że starszych aktorów znacząco odmłodzono, a niektóre efekty w ogóle nie przypominają wygenerowanych komputerowo scen, rekwizytów czy innych elementów, które mają kluczowe znaczenie dla scen. Długość trwania też wydaje się odpowiednio zoptymalizowana i choć moglibyśmy pod koniec zakrzyknąć, że chcemy więcej, to wydaje mi się, że zachowano bezpieczny dystans od granicy przesłodzenia fanom.

Druga połowa filmu to prawdziwa uczta dla fanów Spider-Mana, bo jest to dzieło wieńczące pewną epokę. Końcówka filmu pozostawia naprawdę sporo pytań, ale wielki finał jest na tyle satysfakcjonujący, że czujemy się spełnieni po seansie. Myślę, że na przestrzeni trzech filmów Peter Parker naprawdę dojrzał i było to wszystko potrzebne, by móc kontynuować jego historię w nowym-starym stylu w kolejnych filmach. Twórcy naszpikowali ten film tylko easter-eggami, że nie będę zaskoczony opinią, wedle której cała produkcja to fenomenalny fan service. Tylko jeśli te filmy miałby być czymś innym, to po co w ogóle by powstawały? Kluczem do sukcesu w tym przypadku jest rozwaga i balans, z jakimi udało się spiąć całą fabułę i opowiedzieć tę historię w tak zgrabny, acz dynamiczny i pełen zwrotów akcji sposób.

 

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: