VOD

Wiedźmin wraca z 2. sezonem. Niby taki sam, a inny - oceniamy nowe odcinki

KK
Konrad Kozłowski
20

Długo wyczekiwana premiera 2. sezonu “Wiedźmina” zbliża się wielkimi krokami i najczęściej zadawanym pytaniem jest to, czy będzie on inny (lepszy?) od premierowego. Zwiększono budżet, ekipa nabrała pewności, serial wygląda znacznie lepiej. Oceniamy nowe odcinki.

Netflix nie silił się na otwieranie nowego sezonu w jakiś zaskakujący sposób. Otrzymujemy bezpośrednią kontynuację wydarzeń z finału poprzedniej serii, co nie jest żadnym zaskoczeniem, bo urwano wtedy wiele wątków. Dość szybko jednak sytuacja się stabilizuje, jeśli można to tak ująć, a wtedy przechodzimy do tradycyjnego tempa rozgrywania się akcji serialu. Tutaj twórcy nie postanowili zmienić zbyt wiele - wciąż nie brakuje pełnych dialogów scen podczas spacerów przerywanych bardziej dynamicznymi sekwencjami w pierwszej części nowego sezonu. Nie wyczułem tu większej zmiany, więc jeśli z przyjemnością oglądaliście pierwszy sezon, to podobnie będzie tej zimy podczas seansu nowych epizodów. To dość oczywiste, bo musiała zostać zachowana pewna spójność pomiędzy seriami - gdyby znacząco się różniły, wtedy też pojawiłyby się głosy niezadowolenia.

Bałagan w historii zażegnany. Jaki jest 2. sezon Wiedźmina?

Wraz z końcem 1. sezonu “Wiedźmina” pożegnaliśmy jednak nietypową narrację w serialu - jednoczesne prowadzenie trzech osi czasowych spowodowało, że w Sieci zaroiło się od poradników podpowiadających, jak należy rozumieć przedstawiane wydarzenia. W 2. sezonie takiej sytuacji już nie będzie, bo wątki trójki głównych bohaterów - Geralta, Ciri i Yennefer - rozgrywają się jednocześnie. Bez obaw, nie zrezygnowano jednak z dodatkowych sposobów na uzupełnienie historii bohaterów m. in. dzięki retrospekcjom. Dzięki nim lepiej zrozumiemy tych, których sądziliśmy że znamy, ale mamy też szansę poznać zupełnie nowe postacie i to te naprawdę istotne i ważkie dla historii. Nie sądzę, by ktokolwiek był zaskoczony zmianami w fabule serialu względem tego, co można pamiętać z książek Andrzeja Sapkowskiego. “Wiedźmin” Netfliksa to adaptacja, więc niektóre wątki zostały pominięte, inne skrócone lub rozwinięte. Pojawiają się też postacie, których czytelnicy nie znają, co będzie chyba miłą niespodzianką, bo na każdego czeka coś nowego.

Realizacyjnie w “Wiedźminie” podniesiono poprzeczkę niektórych efektów, dzięki czemu serial wygląda lepiej i bardziej wiarygodnie. Lokalizacje, które wybrano do kręcenia nowych odcinków mogą się podobać - pod tym względem wykonano kawał dobrej roboty, podobnie jak przy pierwszym sezonie. Kostiumy podzieliłbym na dwie kategorie - te, którym poświęcono mniej oraz te, którym poświęcono więcej uwagi, ale nie razi to po oczach. Sytuacja nie powtarza się więc z pierwszej serii, gdzie dotyczyło to również scenografii. Pojedyncze lokalizacje nie były wtedy zbyt… przekonujące, ale odnosiło się do tych, które nie miały większego znaczenia dla fabuły i zazwyczaj do nich nie wracaliśmy. Tym razem każda lokalizacja pokazuje, że nie szczędzono pieniędzy na produkcję, więc całość jest spójna i wypada naprawdę korzystnie.

Twórcy i obsada nabierają pewności siebie, a to po prostu widać

Aktorsko serial stoi nadal na wysokim poziomie, choć wiem, że pod adresem wcześniejszych odcinków pojawiało się sporo pretensji. Nie przeszkadza mi gburowaty Henry Cavill jako Geralt, myślę że nadaje mu odpowiedniego charakteru, a fani w jego pracy na pewno dostrzegą inspirację i książkami, i grami. Nie sądziłem, że Freya Allan jak Ciri zdoła tak podnieść poziom swojego występu - jest dojrzalsza jako aktorka, lepiej odnajduje się w tej roli, a nowe okoliczności sprawiają, że miała okazję wykazać się też w nieco bardziej wymagających fizycznie scenach. Generalnie odniosłem wrażenie, że obsada nabrała pewności i przekonania do tego, co pragnie nam zaprezentować, a to widać na ekranie. Całości dopełniają nowe postacie, które szybko odnalazły się w całym projekcie i mogą być wręcz gratką dla części widzów. Nie będę psuł frajdy i wykładał kawy na ławę zdradzając ich tożsamość.

Nie liczyłem na rewolucję w przypadku 2. sezonu “Wiedźmina”, raczej spodziewałem się kontynuacji opartej na tych samych zasadach, co premierowa seria. Pozwoliłem się więc kilkukrotnie mile zaskoczyć zwrotem akcji czy pojawieniem się nowej postaci. Do trochę nierównego poziomu technicznego (scenografie, kostiumy) przywykłem w pierwszej serii, ale teraz wyglądało to o niebo lepiej i bardziej podobała mi się praca kamery. Serial sprawia wrażenie bardziej dojrzałego, dopracowanego i lepiej sfinansowanego. Joey Batey ponownie nie zawodzi jako Jaskier przygryzając komu się da i wprowadzając udany element humorystyczny, dlatego w ogólnym rozrachunku stwierdzam, że na finał sezonu (widziałem 6 z 8 odcinków 2. sezonu) i następne serie będę czekał niecierpliwie.

Premiera 2. sezonu “Wiedźmina” już 17 grudnia na Netflix.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: