Recenzja

Recenzja Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów. Tak fantastycznej bitwy w filmach Marvela jeszcze nie było

22

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów rozgrzewa kina do czerwoności i notuje fantastyczne wyniki. Trudno się dziwić, bo filmy z superbohaterami Marvela ostatnio nie zawodzą. Tym razem jednak nie wszystko poszło dobrze.

Kinowe oblicze uniwersum Marvela przeżywa swój złoty okres. Kolejne premiery są ziszczeniem marzeń fanów, a nierzadko zdobywają też serca recenzentów. Dziś Iron Man, Kapitan Ameryka, Thor i inni są znani bardziej niż kiedykolwiek. Z kart komiksów przeglądanych przez nastolatków przeniknęli do popkultury, wskutek czego przy filmach z ich udziałem dobrze bawią się wszyscy: od najmłodszych po (bardzo) dorosłych.

Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów to kontynuacja historii opowiedzianej w drugim filmie, którego bohaterem był Steve Rogers (Chris Evans). W Zimowym Żołnierzu stawiał czoła swojemu przyjacielowi sprzed lat, któremu organizacja Hydra wyprała mózg i zmusiła do posłusznego wykonywania rozkazów. Tu historię poznajemy, w momencie gdy kierowani przez niego Avengers polują na Crossbones'a (Frank Grillo). W komiksach był on jednym z ciekawszych i potężniejszych superzłoczyńców. Tutaj niestety jego rola jest wyłącznie epizodyczna. Szybko bowiem przechodzimy do poważniejszego wątku. W wyniku akcji giną kolejni cywile, a politycy biorą na celownik superbohaterów. Avengers mieliby od tej pory działać pod egidą ONZ, na co przystaje targany wyrzutami sumienia Tony Stark (Robert Downey Jr). I tu dochodzi do rozłamu, bo Kapitan Ameryka nie zgadza się na założenie politycznych kajdanów. Grupa dzieli się na dwa obozy. Tymczasem pojawia się wspomniany Zimowy Żołnierz, czyli Bucky Barnes (Sebastian Stan), który znowu sieje zamęt i spustoszenie. Na domiar złego Avengers mają innego przeciwnika, Helmuta Zemo, który kieruje się niejasnymi metodami i nie przebiera w środkach.

Zobacz też: Kapitan Ameryka - najważniejsze informacje o bohaterze

Wprowadzenie do historii nie jest najlepsze. Ba, sama pierwsza scena, a także cały wątek walki z Crossbones'em trochę rozczarowują. Brakuje tutaj choćby odrobiny świeżości - to wszystko już widzieliśmy w Czasie Ultrona i poprzednich filmach z superbohaterami. Potem film zaczyna nabierać rumieńców, ale tu również pojawiają się momenty przestoju. Wydłużające się dialogi bohaterów nie byłyby niczym negatywnym, gdyby nie naiwne motywacje. Genialny, zawsze racjonalnie myślący Tony Stark niemal przez cały film kieruje się wyłącznie emocjami, dokonuje błędnych ocen, nie analizuje sytuacji i postępuje pochopnie. Brakuje mu przy tym pazura - znany z kąśliwych komentarzy megaloman ustąpił tutaj posępnemu zgorzknialcowi. Kapitan Ameryka jest bardziej wiarygodny, ale i w tej kreacji widać kilka braków. Przez niemal cały film miałem wrażenie, że co innego mówił i co innego robił. Ten dysonans mocno przeszkadzał w poprawnym odbiorze postaci. Dobrze na tym tle prezentuje się Zimowy Żołnierz, ale jego rola jest akurat w tym filmie najprostsza, a motywy jasne i konkretne.

Konflikt między nimi przeradza się w prawdziwą wojnę bohaterów, bo po stronie Rogersa i Starka stają postaci, które przewijały się dotąd w innych filmach Marvela. I tu film nabiera rozmachu, bo tylu indywidualności jeszcze na jednym ekranie nie mieliśmy. Eskalacja konfliktu następuje na lotnisku, gdzie dochodzi do epickiej bitwy, którą mógłbym oglądać zapętloną setki razy i pewnie nigdy by mi się nie znudziła. To jest najważniejsza rzecz, dla której zdecydowanie warto obejrzeć ten film. Twórcy stanęli na wysokości zadania. Oprócz znanych twarzy, jak Hawkeye (jak zwykle świetny Jeremy Renner), Black Widow (Scarlett Johansson), Scarlet Witch (Elizabeth Olsen) czy Vision (Paul Bettany) mamy tutaj również debiutantów. Przede wszystkim z Avengers pierwszy raz spotyka się Ant-Man, który dotąd występował jedynie we własnym filmie. Paul Rudd kolejny raz dowodzi, że został doskonale obsadzony w tej roli, a jakby tego było mało, doskonale odnajduje się w towarzystwie Kapitana Ameryki i innych. Ale to nie on gra pierwsze skrzypce, bo widownię z foteli niemal zrywa Spider-Man i tutaj mała dygresja.

Jestem wielkim fanem Człowieka Pająka. Przeczytałem setki komiksów, oglądałem z zapartym tchem (prawie) wszystkie kreskówki z jego udziałem. Tobey Maguire w tej roli wypadł nieźle - przynajmniej w dwóch pierwszych filmach, bo trzeci był w mojej opinii totalną porażką. O wiele bardziej przypadł mi do gustu Andrew Garfield, mimo, że wielu mu zarzucało zbyt jednolitą grę aktorską (nieudacznik Parker niczym nie różnił się od dowcipnego Spider-Mana). Na wieść o restarcie filmowej serii zareagowałem zatem bardzo negatywnie. Złościło mnie też, że teraz w roli Pająka wystąpi jakiś dzieciak (Tom Holland) - o maksymalnie odmłodzonej cioci May już nie wspomnę... I tu muszę uderzyć się w pierś, bo mój hejt był zupełnie bezpodstawny. Holland jako Peter Parker jest absolutnie genialny i, jak dotąd, to najlepszy Spider-Man, jakiego widziałem na dużym ekranie. Maguire i Garfield mogą mu niestety tylko pastować buty. I to jest drugi największy argument, który zdecydowanie przemawia za obejrzeniem tego filmu. Przy czym nie musicie się obawiać, że Spider-Mana będzie za mało - zapewniam, że nasycicie się. Z drugiej strony fabularnie jego udział nic w filmie nie zmienia, ale to chyba nikogo nie zaskakuje.

Drugi ciekawy debiut to Black Panther, w którego wcielił się Chadwick Boseman. Jego rola już zdecydowanie jest mocno związana z fabułą, a sama kreacja postaci robi wrażenie. Trzeba pochwalić nie tylko ciekawą i niebanalną grę aktorską, ale również świetny, zdecydowanie przykuwający wzrok strój. Napawa to dużym optymizmem przed premierą solowego filmu o Czarnej Panterze, który już został zapowiedziany.

Wielka bitwa bohaterów na lotnisku nie jest finałem filmu. Ten następuje później i niestety mocno zaniża ocenę, bo jest pozbawiony rozmachu i pod wieloma względami naiwny. Nie wątpię jednak, że może się spodobać, bo lekki humor zostaje tutaj zastąpiony znacznie poważniejszymi wątkami, a całość jest bardzo emocjonalna. Nie jestem jednak pewny, czy właśnie tego oczekiwałem po Civil War. Jest to nieco inny typ niż te, do którego przyzwyczaiły nas filmy Marvela. Historia bowiem mocno zahacza o zagadnienia filozoficzne - konsekwencje pracy superbohaterów, ich wyrzuty sumienia oraz wywoływane zniszczenia. Analogiczny wątek pojawiał się zresztą niedawno po drugiej stronie barykady, w Batman vs. Superman i wszyscy wiemy, jak to się skończyło.

Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów jest filmem, na który fani i tak pójdą, niezależnie od recenzji i opinii w sieci. I zdecydowanie warto to zrobić z przynajmniej dwóch powodów, o których wspomniałem wyżej. Sam konflikt Kapitana Ameryki i Iron Mana, który jest główną osią fabuły, nie został jednak dostatnie mocno rozkręcony. Nie chce przez to powiedzieć, że film jest krótki - 140 minut to aż zanadto. Mam jednak wrażenie, że liczba herosów, którzy pojawiają się na ekranie uniemożliwiła braciom Russo poświęcenie dostatecznej uwagi tym dwóm postaciom. Film jest i tak skonstruowany w taki sposób, by uniknąć zbędnego lania wody, a mimo to zdarza się mu tracić tempo i lekko zanudzać widza, a już szczególnie na początku. Zależnie, po której stronie staniecie - Kapitana Ameryki czy Iron Mana, wyjdziecie pewnie z kina z innymi nastrojami. Nie wątpię jednak, że będziecie w dużym stopniu usatysfakcjonowani liczbą i skalą doznań.

Ocena: 7/10

Kup Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów na cdp.pl. Kliknij!

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

filmyMarvelrecenzje