0

Recenzja filmu Batman vs Superman: Świt Sprawiedliwości

Pojedynek Batmana z Supermana to jedno z największych wydarzeń komiksowych ze stajni DC. Dość szybko podjęto decyzję o przeniesieniu jej na wielki ekran - czy nie za szybko? Oto recenzja Batman vs Superman: Świt Sprawiedliwości.

Batman i Superman w jednym filmie – na coś takiego fani ostrzyli sobie zęby od lat. Komiksowa konfrontacja dwóch superbohaterów doczekała się animowanej interpretacji w dwuczęściowym filmie „The Dark Knight Returns”. Aktorska wersja wzbudzała jednak większe emocje, bo miała szansę dotrzeć do większej liczby widzów i spopularyzować filmowe uniwersum DC, które w momencie premiery  Batman V. Superman było na jeszcze dość wstępnym etapie.

Film otwierają sceny mające nadać seansowi odpowiedni ton. Reżyser daje nam do zrozumienia, że nie będzie to jedna z tych radosnych i zabawnych produkcji, po których wychodzimy uśmiechnięci z kina. Śmierć rodziców Bruce’a Wayne’a oraz pojedynek Supermana z Zodem oglądany z perspektywy spieszącego na ratunek Wayne’a – to jedne z moich ulubionych scen w tym filmie, również przez muzykę Hansa Zimmera i Junkie XL. Otwarcie jest naprawdę dobre – poważny ton zamienia się jednak później w groteskę, którą wielu osobom trudno będzie zdzierżyć.

Batman vs. Superman: Świt sprawiedliwości to także Wonder Woman i Lex Luthor

Oprócz dwóch tytułowych superbohaterów, w filmie pojawiają się także Wonder Woman i Lex Luthor. Nie zabrakło Louis Lane, a także Alfreda. Bardzo przelotnie, ale poznajemy też dwójkę innych herosów, ale w taki sposób, że wolałbym już do tego nie wracać myślami.


Batman widzi w Supermanie zagrożenie. Superman jest zmuszony do konfrontacji z Batmanem przez spisek Lexa Luthora – fabuła jest tak prosta. Równie, a może jeszcze bardziej banalne jest zakończenie ich walki i choć niektórym scenom mogą towarzyszyć jakieś emocje, o tyle całościowo trudno mi mówić w tym przypadku o ciągłym napięciu i niepewności u widza. Niestety, pomimo naprawdę udanych niektórych kadrów i ujęć, nie jest łatwo stać się uczestnikiem wydarzeń na ekranie. Może pobudzić w nas empatię historia pracownika Wayne Enterprises, ale jest to jeden z kilku wątków. Lex Luthor, czyli Jesse Eisenberg, wypada w tym filmie dość przeciętnie. Na jego głowę posypały się gromy, ale ja nie jestem aż tak krytyczny wobec jego występu. Owszem, w jego zachowaniu widać próbę naśladowania Heatha Ledgera (Joker w Mrocznym Rycerzu) i postać jest dość daleka od tej, którą znamy z komiksów, ale w takich okolicznościach Eisenberg i jego występ nie są największym problemem.

Konflikt Batmana z Supermanem

A jacy są Superman i Batman? Ten pierwszy nie zmienił się znacząco w stosunku do tego, co widzieliśmy w Człowieku ze stali (Henry Cavil wypadł tam naprawdę dobrze), natomiast pierwszy taki występ Afflecka uważam za udany. Jako zmęczony i poirytowany życiem Bruce Wayne’a z ciętym dowcipem prezentuje się naprawdę dobrze. W kostiumie Nietoperza wypada niewiele gorzej, ale brak możliwości wykazania się zrzuciłbym na scenariusz do filmu.

A ten jest, delikatnie mówiąc, chaotyczny. Po premierze filmu na nośnikach fizycznych i dystrybucji cyfrowej widzowie zyskali szansę zobaczyć pełniejszą wersję filmu Zacka Snydera – dodatkowe sceny okazały się na tyle istotne, że dopiero wtedy historia zaczyna się jakoś układać. Wielka szkoda.

Pod względem wizualnym Batman Vs. Superman nie rozczaruje, ale niektóre efekty specjalne mogą pozostawić niesmak. Pojedynek z Doomsday’em ogląda się dość ciężko, głównie ze względu na wygląd czarnego charakteru. Pojawienie się Wonder Woman można potraktować jako światełko w tunelu, ale jeśli oglądacie tę scenę z polskim dubbingiem, to lepiej zatkajcie uszy.

O Batman Vs. Superman można by dyskutować godzinami. Są tutaj momenty, które wydają się dobrze przemyślane i zaplanowane, ale bledną przy chaotycznej akcji i fabule, której zadaniem było nie tylko przedstawienie nam konfliktu pomiędzy superbohaterami, ale też ich przedstawienie i umiejscowienie w obszernym uniwersum, które miano nadzieje będzie rozbudowywane w kolejnych produkcjach.

Nawet rozszerzona wersja filmu go nie naprawia


Zabrakło tła i kontekstu – zanim ujrzeliśmy na ekranie wymęczonego walką z przestępczością Batmana, powinniśmy byli ujrzeć jego starania w zaprowadzaniu porządku w Gotham. I takie braki można by wymieniać dalej. Opowiedzenie tego wszystkiego, co wymyślili sobie scenarzyści, w jednym filmie było niemożliwe, a więc najpoważniejszy błąd popełniono już na dość wczesnym etapie. Próbując nadrobić stracony dystans do uniwersum Marvela, DC powinno krok po kroku budować świat, którym widzowie się zainteresują i z którym zbudują pewną więź – bez tego trudno od nich wymagać jakiegokolwiek zaangażowania.

Ocena filmu Batman vs. Superman: Świt sprawiedliwości – 6/10